Archive for Za firewallem

Beztechniczny spokój

Zanim przejdę do sedna sprawy najpierw mała dygresja. Na kanale telewizyjnym Discovery Travel&Living (i żeby ostatecznie pogubić czytelników dygresja wewnątrz dygresji: kiedyś to były dwa kanały: Travel oraz Home&Leisure) leci sobie program telewizyjny “Grand Designs”, w którym to ekipa filmowa przygląda się budowie domów, które ogólnie rzecz biorąc łączy pewien rodzaj rozmachu architektonicznego, który może ujawniać się w wielkości pomieszczenia, nietypowości tegoż, czy nowinkach technologicznych zainstalowanych w domu. Wielokrotnie jednak zdarza się, że owe prezentowane wspaniałe nieruchomości są nie tylko naprawdę wspaniałe wewnątrz, ale i umieszczone w ciekawej, ładnej czy nawet - moim zdaniem - przepięknej okolicy, choćby posiadając widok na rozległe pola na równinie, czy też nawet widok ze wzgórza na jezioro.

Do czego zmierzam? Chodzi mi o fakt, że piękne otoczenie mnie osobiście nastraja bardzo refleksyjnie i aż chciało by się tam mieszkać. A nie, moment, bo zaczynam się sam gubić w swoich rozważaniach. Dzisiaj miało być o technologii, która nas otacza i o pewnych pomysłach, by się z nią pogodzić na nowych zasadach. Po cóż jednak ten dom z pięknym widokiem na jezioro przez olbrzymie okno wspomniałem? Wyobraźcie sobie zatem, że oto mieszkamy w tak znakomitym domu z pięknym widokiem i co wieczór możemy oglądać zachód Słońca nad brzegiem jeziora, które ciepłym blaskiem oświetla nasz “living room”. Piękne. Po prostu marzenie. Spokojny, cichy wieczór się zbliża, w kominku wesoło trzaska ogień… i nagle to wszystko jest przerwane przez jakże znany odgłos najpopularniejszego polskiego komunikatora sygnalizujący nadejście nowej wiadomości. Hm, coś tu nie pasuje, prawda? Z jednej strony spokojna natura za oknem, z drugiej zakłócająca nam spokój technologia? No niestety, ale to jest rzeczywistość.

Co by tu ukrywać, jesteśmy, w dużej części, niewolnikami technologii. Ja to chyba już kiedyś pisałem, że mój odtwarzacz muzyki stale znajduje się gdzieś w pobliżu, a bez mojego PDA się z domu nie ruszam (z wyjątkami), podczas gdy jestem w domu to stale aktywny jest laptop - a w nim dwa komunikatory oraz - od niedawna - Witty, czyli program do śledzenia Twittera. Tak, jestem uzależniony od Twittera. Zdałem sobie z tego sprawę właśnie, co oczywiście znając życie nie spowoduje jakiegoś radykalnego kroku, ale być może ograniczenie. Choć i tak na przykład nie używam SMS-ów Twitterowych, odkąd zwróciłem uwagę, że jednak kosztują one więcej niż do Polski wysyłane (choć co ciekawe, mam wrażenie, że tak nie było!), a tenże aktualizuję głównie korzystając z jakiś przygodnych sieci Wi-Fi. Znów się zapędziłem, miało być o technologii, a ja tu o przygodnych kontaktach… technologicznych jednak przynajmniej…

Idźmy jednak dalej krokiem ograniczania technologii, a raczej ograniczania używania jej. Pojawił się w zeszłym roku pomysł na Shutdown Day. Dzień bez komputera tak ogólnie. Pomysł niczego sobie. Powiedzmy, że przez 24 godziny w roku akurat się świat nie skończy, a jeżeli nawet to ktoś nam to powie poza e-mailem. Ewentualnie pojawi się wizja, która nam o tym powie. Dlaczego by nie pójść jednak dalej? W portalu Onet.pl przypadkiem natknąłem się na artykuł “Lekkość bytu bez pulpitu”. Tutaj jest już pomysł posunięty dalej - bez technologii, bez telefonu, bez telewizora, bez komputera, raz w tygodniu. “Świecki szabat”.

Przesada? Być może. Ja jeszcze nie jestem taką ofiarą ery informacji, nie potrzebuję wiedzieć wszystkiego, a mój głód informacji o światowej sytuacji zaspokaja przeglądanie jednego portalu internetowego oraz “Fakty” w TVN o 19:00, czasami. Nie potrzebuję śledzić notowań giełdowych, a wracając po kilku dniach bez przeglądania poczty nie widzę w skrzynce 3000 nowych wiadomości, jak niektórzy (nie licząc spamu ;-)). Jednak z drugiej strony, jak wspomniałem, Twitter jest stale obecny w moim życiu, a przed komputerem spędzam - nawet w wolne dni - stanowczo za dużo czasu, jako że jest to dla mnie zarówno praca, jak i rozrywka (ostatnio namiętnie zagrywam się we “Frets on Fire” i mnie boli brawa ręka.).

Ale wiecie co? Pomysł mi się podoba. Można skupić się na poświęceniu większej ilości czasu nawet na myślenie o czymś, o jakiś planach. Ja mam najlepsze pomysły w głowie albo gdy rano wstaję z łózka, albo gdy leżę w wannie (stąd wanny będę bronił, prysznic to nie to!). Można nawet wyjść na spacer, czy też pobiegać - nawet gdy nie mieszka się nad brzegiem jeziora, a w środku miasta. Nie mogę doczekać się wiosny, takiej prawdziwej, bo chcę znów móc wsiąść na rower i gdzieś pojeździć. Podczas gdy obecna temperatura i ilość śniegu są zdecydowanym utrudnieniem.

Chyba po prostu czas się zatrzymać, pomyśleć, przemyśleć. I nie pędzić gdzieś dalej w pogoni za tą informacją, za tą techniką, może bez tego da się trochę przeżyć. Nie namawiam bynajmniej do całkowitego porzucenia rozwoju i zaszycia się w amiszowskim miasteczku, ale…

Warto zwrócić też uwagę, że ten jeden dzień bez komputera, to jest świetna dyscyplina dla umysłu.
Nawet jeżeli naprzeciwko Ciebie leży świeża płyta z Windows Server 2008, która aż czeka, by zostać zainstalowaną.

I możecie się śmiać, ale chyba nawet wieczór z puszką piwa przed telewizorem, oglądając ciekawy program w TV, jest lepsze niż kolejna godzina siedzenia na bezproduktywnych forach internetowych.

| Komentarze (7)

Informatycy to nudziarze

Tak rzecze niejaki the.5us w dyskusji na forum Gazeta.pl. Od razu oczywiście pojawiły się komentarze, rzecz jasna informatyków bądź ich innych znajomych, że oni wcale to tacy nie są.

Sam oczywiście, jako kształcący się na informatyka, bo to pojęcie jest wystarczająco szerokie, by zmieścić wszystko, co mogę kiedyś w przyszłości robić, poczułem się urażony tym, że jestem niedomytym nudziarzem. O stereotypie informatyka pisałem już kiedyś, ale tam skupialiśmy się na cechach zewnętrznych - ubiorze, myciu i takich tam. A teraz słyszymy o cechach wewnętrznych - informatycy są nudziarzami. Oczywiście generalizowanie jest złe, do wszystkich się to co napiszę, nie będzie odnosić, ale po prostu opowiem coś o sobie. I o moich znajomych. Bez nicków, nie ma się co bać ;-)

Jak się tak przyjrzeć z zewnątrz, to faktycznie, choć mogę temu próbować przeczyć, mogę się wydawać nudziarzem. Bo co to za rozmowa, jak zawsze na komputery albo uczelnię schodzi? Nudy. Oczywiście dla kogoś, kto zna się w temacie, to rozmowa może być niebywale interesująca i dotyczyć ważnych spraw dla zachowania światowego ładu, w stylu dyskusji dlaczego emacs ssie, a vi jest wieczny. Ale fakt - dla zewnętrznego obserwatora to mogą być nudy. Fakt jest taki, że jeśli się przyjrzy wewnętrznej rozmowie dwóch fascynatów komputerów, to będą używać niekoniecznie zrozumiałego dla innych żargonu. Ale chyba używanie żargonu w rozmowie z innym przedstawicielem tej samej profesji nie jest niczym niezwykłym? Czy prawnicy między sobą nie rozmawiają o legislacji, marketingowcy o analizie SWOT czy czymś w tym stylu? Więc dlaczego informatycy nie mogą rozmawiać o debugowaniu, switchach czy czymkolwiek innym?

Oczywiście, dla wielu komputerowo-uzależnionych informatyka jest pasją, ale to nie oznacza, że nie mogą mieć innych. Duża jest popularność fantastyki, od filmów przez książki do gier RPG. Ja widzę też zainteresowanie komiksem, literaturą w naprawdę różnych odmianach (sam zaskoczony byłem ostatnio prowadząc krótką rozmowę na temat “Innego świata”, “Mistrza i Małgorzaty”, “Paragrafu 22″, “Zbrodni i kary” i czegoś jeszcze - chyba “Buszującego w zbożu”), filmem, i to nie tylko “Hakerami” i “Grami wojennymi”. Znam ludzi, którzy, choć są informatykami, trenują sport i nie piją Coli i odżywiają się zdrowo (trudno w to uwierzyć?). Znam człowieka, który wyrabia sobie kondycję skacząc po macie przed konsolą, ale to specyficzny wyjątek :-) Znam ludzi, którzy mają naprawdę szalone zainteresowania, w rodzaju obcych cywilizacji czy innej paleoastronautyki. A także prowadzą dyskusje o takich rzeczach jak natura zła w człowieku. Ot, nudne i monotonne tematy.

Z drugiej strony sam się z siebie śmieję, że wiele dyskusji prowadzę na tematy które od komputerowych przechodzą do czegoś, często matematycznych, bądź innych naukowych, a i tak zawsze do komputerów się wraca. Choć zawsze jest temat, na który zdarza mi się rozmawiać, z którego się do komputerów rzadko dochodzi. Ale o co chodzi nie zdradzę.

Stereotyp. Nudziarzy można spotkać wszędzie. A ten jeden zawód to nie jest pełen nudziarzy, z pewnością podobny odsetek da się znaleźć wśród pracowników w innych rolach. Ale może to tylko moi znajomi, przyszli informatycy, to jeszcze nie są nudziarzami, a dopiero się nimi staną?

| Komentarze (10)

Uhuha, zima zła

Przyszła wreszcie ta taka w pełni zimowa zima. Nawet przez okno nie mogę wyjrzeć, bo się teraz właśnie odbija Słońce od śniegu i nieźle po oczach razi. Z drugiej strony to w ogóle trudno mi głowę w prawo odwracać, bo mnie szyja boli… Ale o czym to ja miałem pisać? Ach tak. O zimie.

Nie przepadam za zimą. Zimno, jak sama nazwa wskazuje, nieprzyjemnie, napada tego śniegu i człowiek nie może przejść do własnego domu, bo śnieg za kostkę. I nie przepadam za czymś jeszcze. Za tym, że zima zaskakuje drogowców. To prawda, że w grudniu, zanim jakikolwiek śnieg się pojawił, widziałem pług jadący po drodze i śmiałem się, że drogowcy chcą zaskoczyć zimę. Ale jednak teraz, gdy od soboty słyszałem, że spadnie śnieg, spadnie, a gdy w środę spadł i to od razu tyle, że ulice stały się nieprzejezdne, znów widziałem, że nie udało się im.

W środę rano wychodząc na uczelnie pomyślałem “lepiej pojadę pierwszym pasującym mi autobusem, bo na moje 44 nie ma co liczyć”. I dobrze zrobiłem, bo autobus w ogóle nie przyjechał. Tego ranka było kolokwium z Teorii Sygnałów, nasza pani doktor się spóźniła - tkwiła w wielkim korku. Jechała tyle samo ze swojego domu nie oddalonego tak daleko od uczelni, co znajomy z miasta odległego i kilkanaście kilometrów. Wczoraj, gdy wracałem do domu, to autobus stał w korku i stał…

Z drugiej strony w zimie jest fajnie. Są narty, snowboard, łyżwy, sanki i wiele innych fajnych zabaw na śniegu. Na snowboardzie z chęcią bym się nauczył jeździć, choć jednak mam ciągle przed oczami obraz tego, że jak się jeździ na nartach, to ma się nieodparte wrażenie, że wszyscy “bez jednej narty” to więcej czasu spędzają leżąc na stoku niż jadąc ;-) A na takich nartach, to stabilność pozycji jest znacznie większa (choć oczywiście upadki też się zdarzają, i niestety mam swoje nadal w pamięci :-)).

Chyba nadszedł czas wyjść i porobić zdjęcia… a właśnie. Jak zdjęcia, to i baterie. A jak mróz, to baterie trzymają krócej. Nie lubię tego. Bardzo tego nie lubię.

| Komentarze (7)

Piractwo radiowe

Wczoraj, bodajże w magazynie “Express reporterów”, był reportaż o niewidomym Kaziku z jakiejś wsi z północnej Polski (której teraz nazwy sobie nie przypomnę niestety), który uruchomił własną stację radiową i stworzył dla mieszkańców swój własny program. Bo miał pasję. Stworzył wokół siebie społeczność. Zajął się czymś pożytecznym, a nie narzekaniami.

Policja weszła do domu, skonfiskowała sprzęt stacji. Wykroczenie? Uruchomienie pirackiej stacji radiowej. Oprócz tego, że między innymi zabrano komputer, który jest chłopakowi potrzebny, jako sprzęt wyposażony w syntezator mowy. Historia kończy się happy endem, laptop ma zostać oddany, Kazik otrzymał propozycję współpracy z Radia Olsztyn, pojawiły się oferty od telewidzów.

Dochodzimy jednak do pytania - dlaczego nie mogę nadawać własnego programu? Dlaczego nie możemy uruchomić własnej stacji, o małym zasięgu, na jakiejś nieużywanej w danym regionie częstotliwości? Na przeszkodzie stoi prawo, KRRiT oraz UKE. Koncesje i pieniądze. Ale, czy oprócz pieniędzy, bo wiadomo nie od dziś, że urzędy są na nie łase, cokolwiek stoi na przeszkodzie by uruchomić własny nadajnik FM, o zasięgu kilku kilometrów? Pasmo częstotliwości jest szerokie, nadal jest w nim nieco dziur, w jakie można by się wpasować.

Jest też rozwiązanie, które pozwala rozwijać pasję bycia spikerem radiowym, nie prowadząc jednak do łamania prawa. Podcasting czy stacje internetowe. Jednak, w przypadku małej społeczności wiejskiej, nie ma szans zdać to egzaminu, jeśli się chce do tych ludzi dotrzeć. Komputer z dostępem do Sieci mają nieliczni. A tutaj chłopak chciał zrobić coś dla swojej wspólnoty. A radio FM ma każdy.

Szkoda, że nie ustalono odgórnie, że na przykład pasmo 100 MHz w całej Polsce jest wolne i może być używane bez koncesji przez każdego, tylko kto zgłosi się do urzędu podając moc nadajnika, by uniknąć sytuacji gdzie interferują ze sobą dwie stojące niedaleko siebie stacje radiowe. Przyniosło by to pozytek, mogły by powstać lokalne stacje dla małych miasteczek, gmin, czegokolwiek, które integrowałyby lokalną społeczność. Sprzęt radiowy nie jest już tak bardzo drogi. Jeśli ktoś chce realizować pasję - ma szansę zainwestować.

A może na przeskodzie stoi coś, o czym ja nie wiem?
A może taki pomysł już jest gdzieś w Europie, gdzie każdy może stację otworzyć?

Technorati Tags: , , , , ,

| Komentarze (9)

Edukacja

Najpierw to miała być odpowiedź u nbw, który pyta dokąd iść. Ale trochę nie wyszło. Teraz, gdy kolejni maturzyści musieli wziąć czarne długopisy i wypełniać zgodnie z kluczem pola oraz pisać (zgodnie z kluczem!) opowiadania temat uczenia się i studiów staje się znów aktualny. Studia? Czy potrzebne? A może wybrać własną drogą? Po co nam ta edukacja?

Wychowywano mnie w poczuciu, że studia są ważne. Na tyle ważne, że nie wyobrażałem sobie zostania bez studiów, to prawda. Jednak moje poczucia zmieniały się z czasem. Wiem, że są ludzie bez studiów, którzy doskonale sobie radzą. Ale mimo to wybrałem dalszą edukację. Edukację, by rozwinąć własne horyzonty, by spotkać ludzi, którzy mogą mi kiedyś pomóc. Nigdy nie miałem poczucia, że na studiach będzie “wyścig szczurów”. Wróżono mi to i w liceum, bo poszedłem podobno do renomowanego. Nic z tych rzeczy. Doskonała atmosfera i współpraca sąsiedzka ;-) Żadnej ostrej konkurencji. Może to i źle, kto wie?

Mam 20 lat. Nie wiem co będę robił w życiu. Nie wiem, co się ze mną stanie. Nie wiem czy zaliczę II semestr nawet :-) Wybrałem informatykę. Mówiono, że to zły wybór. Odpowiadałem, że to jest to, co mnie interesuje. Na studiach boleśnie przekonałem się, że informatyka i komputery mają tyle wspólnego co astronomia i teleskopy. To są narzędzia, a króluje matematyka. Przeszedłem, z bólem, pierwszy semestr. Teraz, jest o niebo lepiej. Są rzeczy, których uczę się z przyjemnością oraz te, których nienawidzę - to jasne. To normalne. Dzisiaj, choć mogłem sobie wykład odpuścić, poszedłem. Dowiedziałem się rzeczy, które być może nigdy mi się do niczego nie przydadzą w życiu. A może? Zawsze mogę trochę poszpanować, że znam sposób działania systemu plików FAT…

Wszechstronna edukacja… kiedyś, gdy uczyłem się biologii, geografii i tej okropnej historii myślalem, że nie jest to mi do czegokolwiek potrzebne. Ale cóż - z perspektywy nawet niedługiego czasu okazało się, że jest fajnie mieć szerokie horyzonty - umieć pogadać o filmach, soczewkach i aparatach, znać datę bitwy pod Grunwaldem, wiedzieć skąd biorą się choroby dziedziczne i gdzie leży jezioro Ładoga. Gdy dowiaduję się, że młodzi Amerykanie nie wiedzą gdzie leży Irak czy Afganistan czuję się szczęśliwy, a nawet dumny z tego, że nauczono mnie conieco wiedzy o świecie. Może i stolic krajów Oceanii nie pamiętam, może i nie powiem już dlaczego panna Izabela nie chciała Wokulskiego, ale przyznać muszę - wiele ze szkoły wyniosłem. Nie, nie chodzi o krzesła i ławki ;-)

Lekcje mogły być nudne. Może i zastanawianie się “co autor wiersza miał na myśli” było nudne i głupie. Ale poznałem jakiś autorów wierszy, poznałem podstawy analizy tych utworów - dziś mogę zabłysnąć wierszem deklamowanym z pamięci i jeszcze nawet coś o nim opowiedzieć. O właśnie, to mi przypomniało, że muszę poszukać w Internecie treści pewnego wiersza. Kiedyś nie przypuszczałbym, że mogę się kiedykolwiek tym zainteresować. A tutaj życie sprawiło niespodziankę.

Tego, co interesuje, uczymy się błyskawicznie. Ale to, co jest przekazywane w ciekawej formie jest również zapamiętywane. Dlatego nadal mogę powiedzieć twierdzenie Cantora-Bernsteina, które zostało nam powiedziane w dowcipnej formie, ale już definicji przestrzeni wektorowej (która została podana w suchej formie) nie powiem. Jeżeli trafi się na studiach wykładowca, który dobrze uczy jakiegoś przedmiotu - to jest to skarb. I żadna samodzielna nauka nie da nam takiej wiedzy, jak ta, uporządkowana i wyselekcjonowana i podarowana przez dobrego nauczyciela.

I na koniec. nbw podał powód edukowania się, który bije wszystkie sprzeciwy.

Kobiety uwielbiają mężczyzn, którzy mają szerokie horyzonty i wiedzę z wielu dziedzin

:-)

Uczmy się! Nawet jeżeli nie chcecie się uczyć na studiach - uczcie się sami. Ale nie tylko specjalizacji. Zamykanie się w jednej dziedzinie nie jest rozwiązaniem, prawda?

| Komentarze (5)

Przyjacielskie podszepty

Wczoraj w portalu Gazeta.pl można było przeczytać artykuł na temat “przyjaciół” pracujących dla róznych firm i zamujących się ogólnie rzecz biorąc reklamą. Można się zgodzić z byte, że agencje reklamowe nam robią wodę z mózgu. I jeszcze raz się okazuje, że ja w wiosce mieszkam (bo prowincja to tam Gdańsk czy inny Szczecin) :-)

Ale jeśli tak się weźmie pod lupę przyjacielskie podszepty i pocztę pantoflową, to czy nie jest to najpopularniejszy środek marketingowy? Przykłady akcji marketingu wirusowego znakomicie to nam udowadniają. Sieci społeczne, których członkiem jest prawie każdy z nas, nasze więzy, nasze kontakty - to wszystko może stać się po prostu towarem! Nie zdziwiłbym się, gdybym usłyszał, że oto osoba, która na Grono.net ma dużo znajomych, dostała propozycję pracy w agencji reklamowej. Nie zdziwiłbym się, gdyby autor poczytnego polskiego bloga otrzymał podobną propozycję opisania jakiegoś produktu (bez wyliczania wad oczywiście). W Polsce może i to nie jest jeszcze widoczne, ale pewnie przyjdzie.

Czy więc miarą człowieka będzie ilość jego kontaktów? Od zawsze znajomości pomagały w życiu, czy to w znajdowaniu pracy, czy w poszukiwaniu innych ludzi, którzy mogli by mu pomóc. A odkąd powstały serwisy typu Social Networking - Orkut, Grono, Spinacz, LinkedIn - tym bardziej widać rolę znajomości - teraz także tych “zdalnych” w naszym życiu. A każdy z naszych znajomych może nam coś polecać - czy to produkt, czy markę, czy stronę internetową… Przyjacielskie podszepty teraz pojawiają się coraz częściej. A jeśli zjawisko opisane we wspomnianym artykule się upowszechni, to skąd będziemy wiedzieć, czy osoba polecająca nam powiedzmy nowy serwis internetowy, nie jest przez niego podkupiona? A czy ludzie wytykający wady danego… telefonu powiedzmy nie są opłacani przez konkurencję producenta danego aparatu?

Jeśli dojdzie do nadużywania mechanizmów “poczty pantoflowej” to może to za sobą przynieść spadek zaufania do naszych przyjaciół - co jeszcze bardziej nas wystawi na ataki agencji marketingowych - bo już nie będziemy mogli nawet zaufać przyjaciołom i ich ocenie.

Do czego ten świat zmierza? Do przeprogramowania naszych mózgów przy pomocy naszych przyjaciół?

| Komentarze (4)