Blog nie jest już dalej prowadzony, ani aktualizowany. Wpisy i komentarze pozostaną dostępne przez jakiś czas. Dzięki.
Archive for Z innej beczki
Reklama
Czerwiec 14, 2009, godzina 20:17 · Społeczeństwo, Z innej beczki, Za firewallem »
W odróżnieniu od pewnej liczby osób, które twierdzą, że telewizja to śmietnik, to ja telewizję wciąż oglądam. Ba, nawet korzystam intensywnie z dobrodziejstw tak zwanego “pełnego” pakietu, oglądając zwłaszcza Discovery i tym podobne kanały, ale i nie gardząc AXN i tęsknąc do AXN Sci-fi.
Zasypiam przy telewizji. Często przy Discovery lub innym National Geographic, bo jakimś cudem doskonale zasypiam gdy leci jakiś interesujący program, gdy leci coś nudnego – nie zasnę. Zauważyłem tym sposobem pewną prawidłowość – często zaczyna mi się chcieć spać jakieś 10-30 minut po rozpoczęciu ciekawego programu – nastawiam wyłączenie telewizora, odwracam się na drugi bok… i mój pokój rozbrzmiewa rykiem przerwy reklamowej. Bo przerwy reklamowe w ciągu godzinnego programu są trzy – 10 minut po, 30 minut po i 45-50 minut po. I charakteryzują się czymś, na co każdy narzeka – zwiększoną, znacznie, głośnością. Dlaczego?
Na popularnym AXN śledzę losy bohaterów serialu “Stargate: Atlantis”. Doskonale wiem, że jestem zapóźniony, że w Ameryce to już robią kolejny serial z tego cyklu, że lektor i tłumaczenie… a nie, moment – lektor mi nie przeszkadza. Cały czas, mimo znajomości angielskiego, łapię się na tym, że bardziej zwracam uwagę na tekst w obcym języku i bardziej się muszę koncentrować na nim – lektor mi nie przeszkadza, brakuje co prawda trochę oryginalnych głosów aktorów, ale – według mnie – jest to lepsze rozwiązanie niż proponowane przez niektórych napisy. Ale zostawmy tą kwestię. AXN również stosuje strategię trzech przerw reklamowych, wydłużając 40-minutowy odcinek do pełnej godziny. Najgorsze jest jednak to, że reklamy są raczej krótkie – najwięcej czasu zajmują informacje o nadchodzących serialach, godzinach emisji i tym podobnych rzeczach. Z uwagi na to, że wspomniana stacja nadaje “Gwiezdne Wrota” po trzy odcinki w weekendy rano, to ja tych samych przerywników i zapowiedzi “Kyle XY”, “Medium” i przede wszystkim “CSI” w różnych smakach, mam dość. Aczkolwiek często oglądam nagrane na kasetach wideo (tak! archaiczny nośnik dalej w użyciu!) odcinki i mogę użyć magicznej technologii Starożytnych w postaci przewijania. Niebywale przydatna sprawa.
I właśnie te powtórzenia, ta wtórność, to ryczenie telewizora w trakcie reklam jest najgorsze. Ile razy można oglądać zapowiedź “Powrotu Króla” w TVN z podłożoną piosenką niby-to-pasującą do niej? Przeróbka oryginalna, ale po 10 razie zaczyna być nudna. Ile to razy możemy oglądać uśmiechniętą prezenterkę mówiącą “Dzień dobry, poleję pana olejem!”? A rozmowa gospodyni domowej z masłem? Okropieństwo.
Są reklamy, które zapadają w pamięć – dowcipem, oryginalnością. Fajnie, że pojawia się takich coraz więcej – od Mumio z Plusem, do aktualnych Playa z dziwieniem się czy Heyah z “through”. Nawet bóbr, który zna tysiąc bitów, nie był taki zły, gdy się go porówna do całej rzeszy reklam nadawanych wciąż i wciąż.
A ponoć w historii polskiej reklamy i tak największym sukcesem była Pollena 2000.
Permalink |
Ziarenko piasku
Czerwiec 19, 2008, godzina 20:08 · Technologia, Z innej beczki »
I sprawia, że wszyscy:
mali i wielcy,
bogaci i biedni,
wolni i niewolnicy
otrzymują znamię na prawą rękę lub na czoło
i że nikt nie może kupić ni sprzedać,
kto nie ma znamienia -
imienia Bestii
lub liczby jej imienia.
Tu jest [potrzebna] mądrość.
Kto ma rozum, niech liczbę Bestii przeliczy:
liczba to bowiem człowieka.
A liczba jego: sześćset sześćdziesiąt sześć.
Ap 13,16-18
Zastanowicie się dlaczego zacząłem od przytoczenia tego, jednego z bardziej znanych, fragmentów Apokalipsy św. Jana? I co to ma wspólnego z tytułem notki? Oczywiście niezbyt wiele, na pierwszy rzut oka, dopóki nie przejdę do rzeczy.
Wiecie, czym jest RFID? Taka przyszłość kodów kreskowych? Zdarzają się ludzie, którzy przyrównują możliwe upowszechnienie malutkich, identyfikujących każdego z nas, tagów RFID, do owego znamienia z 17 wersetu 13 rozdziału Apokalipsy. Bo jak wiadomo to technologia jest bardzo kontrowersyjna – mimo iż pozwala łatwiej sortować paczki, sprawdzać bilety, czy wykrywać fałszerstwa pieniędzy – to równie dobrze może się nadawać do identyfikacji ludzi – co ma wyraźne skutki dla naszej prywatności. Krąży po Internecie tekst o implantach (typu RFID) o wielkości ziarenka ryżu. Małe?
W najnowszym “Świecie Nauki” (czerwiec 2008) jest opis czegoś, co pokazuje, że jednak wielkie. Tag RFID może mieć wymiary… 0.4×0.4×0.06 mm? Albo coś jeszcze lepszego – chip ziarnkowy o wielkości 0.05×0.05×0.005 mm. Coś takiego można wszyć w papier i zobaczyć, czy domowego papieru do drukarki nie użyto do stworzenia banknotu (aż przypomina się sprawa żółtych kropek) – choć chyba rozsądniejsze było by wszycie czegoś takiego w banknot i odrzucanie tych, które tagów nie mają. Zabezpieczenie świetne.
Cała idea polega na tym, że owe mikroskopijne układy wysyłają tylko jedną rzecz – 128-bitową liczbę. Teraz wyobraźmy sobie, że tak mały układ jak podane wyżej bezproblemowo można by wprowadzić do ciała człowieka – niech nawet będzie to czoło czy prawa ręka. Idealna metoda identyfikacji ludzi (tutaj z kolei przypomina mi się dowodzenie, znalezione w Internecie, że taki system już jest tworzony, czoło ma cośtam cośtam, dlatego jest najlepszym miejscem, a system nosi nazwę BEAST). I śledzenia ich, a co. A może nie?
RFID jest pasywny. Nic nie wysyła, nie ma żadnego związku z systemem nawigacji satelitarnej. A tak małe układy jak owe ziarnkowe opisane w magazynie, o których wspomniałem wyżej, mają zasięg… do 30 cm. Wyobrażacie sobie, by co 30 cm na całym świecie znajdował się czytnik? Oczywiście, to może zostać zmienione, ulepszone… skoro metkujemy produkty w supermarketach, to dlaczego nie metkować (tagować) ludzi?
Ja tylko, najpierw odeślę do starego łańcuszka na ten temat, a potem zadam pytanie. Tatuaż to coś znanego od tysiącleci. Dlaczego niby rządy państw, choćby tych dyktatorskich, bo jak wiadomo, te bardziej demokratyczne jeszcze dla naszego dobra nie zrobiłyby takiego kroku, nie tatuują ludziom takiego zwykłego kodu kreskowego? To też by zapewniało doskonałą natychmiastową identyfikację ludzi, a co za tym idzie np. transakcje bezgotówkowe. Technologię mamy od lat.
Nie stosujemy tego tylko dlatego, że musimy zbliżyć czytnik laserowy do określonego punktu ciała? Ale przecież jeżeli byśmy zastosowali obecne mikrochipy RFID to i tak ich zasięg to te kilkanaście centymetrów! A o ile kod kreskowy by bardziej pasował do imienia Bestii.
Muszę przyznać, że implant, dzięki któremu mój (inteligentny oczywiście, teraz wszystko jest “smart”) dom, czy inny komputer, mógł mnie natychmiast rozpoznawać, to jest z jednej strony bardzo interesująca propozycja. A, że rząd będzie wiedział gdzie jestem, jak skanery odpowiednio gęsto poustawia? Już i tak wie, dzięki kamerom. Będzie tylko wiedział dokładniej.
Chyba w przyszłości nie będzie tak łatwo uchronić się przed tagiem RFID jak Richard Stallman na konferencji WSIS w 2005 roku, gdy owinął swoją plakietkę folią aluminiową (#).
Permalink |
Beztechniczny spokój
Marzec 25, 2008, godzina 15:15 · Prywatne, Społeczeństwo, Technologia, Z innej beczki, Za firewallem »
Zanim przejdę do sedna sprawy najpierw mała dygresja. Na kanale telewizyjnym Discovery Travel&Living (i żeby ostatecznie pogubić czytelników dygresja wewnątrz dygresji: kiedyś to były dwa kanały: Travel oraz Home&Leisure) leci sobie program telewizyjny “Grand Designs”, w którym to ekipa filmowa przygląda się budowie domów, które ogólnie rzecz biorąc łączy pewien rodzaj rozmachu architektonicznego, który może ujawniać się w wielkości pomieszczenia, nietypowości tegoż, czy nowinkach technologicznych zainstalowanych w domu. Wielokrotnie jednak zdarza się, że owe prezentowane wspaniałe nieruchomości są nie tylko naprawdę wspaniałe wewnątrz, ale i umieszczone w ciekawej, ładnej czy nawet – moim zdaniem – przepięknej okolicy, choćby posiadając widok na rozległe pola na równinie, czy też nawet widok ze wzgórza na jezioro.
Do czego zmierzam? Chodzi mi o fakt, że piękne otoczenie mnie osobiście nastraja bardzo refleksyjnie i aż chciało by się tam mieszkać. A nie, moment, bo zaczynam się sam gubić w swoich rozważaniach. Dzisiaj miało być o technologii, która nas otacza i o pewnych pomysłach, by się z nią pogodzić na nowych zasadach. Po cóż jednak ten dom z pięknym widokiem na jezioro przez olbrzymie okno wspomniałem? Wyobraźcie sobie zatem, że oto mieszkamy w tak znakomitym domu z pięknym widokiem i co wieczór możemy oglądać zachód Słońca nad brzegiem jeziora, które ciepłym blaskiem oświetla nasz “living room”. Piękne. Po prostu marzenie. Spokojny, cichy wieczór się zbliża, w kominku wesoło trzaska ogień… i nagle to wszystko jest przerwane przez jakże znany odgłos najpopularniejszego polskiego komunikatora sygnalizujący nadejście nowej wiadomości. Hm, coś tu nie pasuje, prawda? Z jednej strony spokojna natura za oknem, z drugiej zakłócająca nam spokój technologia? No niestety, ale to jest rzeczywistość.
Co by tu ukrywać, jesteśmy, w dużej części, niewolnikami technologii. Ja to chyba już kiedyś pisałem, że mój odtwarzacz muzyki stale znajduje się gdzieś w pobliżu, a bez mojego PDA się z domu nie ruszam (z wyjątkami), podczas gdy jestem w domu to stale aktywny jest laptop – a w nim dwa komunikatory oraz – od niedawna – Witty, czyli program do śledzenia Twittera. Tak, jestem uzależniony od Twittera. Zdałem sobie z tego sprawę właśnie, co oczywiście znając życie nie spowoduje jakiegoś radykalnego kroku, ale być może ograniczenie. Choć i tak na przykład nie używam SMS-ów Twitterowych, odkąd zwróciłem uwagę, że jednak kosztują one więcej niż do Polski wysyłane (choć co ciekawe, mam wrażenie, że tak nie było!), a tenże aktualizuję głównie korzystając z jakiś przygodnych sieci Wi-Fi. Znów się zapędziłem, miało być o technologii, a ja tu o przygodnych kontaktach… technologicznych jednak przynajmniej…
Idźmy jednak dalej krokiem ograniczania technologii, a raczej ograniczania używania jej. Pojawił się w zeszłym roku pomysł na Shutdown Day. Dzień bez komputera tak ogólnie. Pomysł niczego sobie. Powiedzmy, że przez 24 godziny w roku akurat się świat nie skończy, a jeżeli nawet to ktoś nam to powie poza e-mailem. Ewentualnie pojawi się wizja, która nam o tym powie. Dlaczego by nie pójść jednak dalej? W portalu Onet.pl przypadkiem natknąłem się na artykuł “Lekkość bytu bez pulpitu”. Tutaj jest już pomysł posunięty dalej – bez technologii, bez telefonu, bez telewizora, bez komputera, raz w tygodniu. “Świecki szabat”.
Przesada? Być może. Ja jeszcze nie jestem taką ofiarą ery informacji, nie potrzebuję wiedzieć wszystkiego, a mój głód informacji o światowej sytuacji zaspokaja przeglądanie jednego portalu internetowego oraz “Fakty” w TVN o 19:00, czasami. Nie potrzebuję śledzić notowań giełdowych, a wracając po kilku dniach bez przeglądania poczty nie widzę w skrzynce 3000 nowych wiadomości, jak niektórzy (nie licząc spamu ;-)). Jednak z drugiej strony, jak wspomniałem, Twitter jest stale obecny w moim życiu, a przed komputerem spędzam – nawet w wolne dni – stanowczo za dużo czasu, jako że jest to dla mnie zarówno praca, jak i rozrywka (ostatnio namiętnie zagrywam się we “Frets on Fire” i mnie boli brawa ręka.).
Ale wiecie co? Pomysł mi się podoba. Można skupić się na poświęceniu większej ilości czasu nawet na myślenie o czymś, o jakiś planach. Ja mam najlepsze pomysły w głowie albo gdy rano wstaję z łózka, albo gdy leżę w wannie (stąd wanny będę bronił, prysznic to nie to!). Można nawet wyjść na spacer, czy też pobiegać – nawet gdy nie mieszka się nad brzegiem jeziora, a w środku miasta. Nie mogę doczekać się wiosny, takiej prawdziwej, bo chcę znów móc wsiąść na rower i gdzieś pojeździć. Podczas gdy obecna temperatura i ilość śniegu są zdecydowanym utrudnieniem.
Chyba po prostu czas się zatrzymać, pomyśleć, przemyśleć. I nie pędzić gdzieś dalej w pogoni za tą informacją, za tą techniką, może bez tego da się trochę przeżyć. Nie namawiam bynajmniej do całkowitego porzucenia rozwoju i zaszycia się w amiszowskim miasteczku, ale…
Warto zwrócić też uwagę, że ten jeden dzień bez komputera, to jest świetna dyscyplina dla umysłu.
Nawet jeżeli naprzeciwko Ciebie leży świeża płyta z Windows Server 2008, która aż czeka, by zostać zainstalowaną.
I możecie się śmiać, ale chyba nawet wieczór z puszką piwa przed telewizorem, oglądając ciekawy program w TV, jest lepsze niż kolejna godzina siedzenia na bezproduktywnych forach internetowych.
Permalink |
Szukajcie, a nie znajdziecie
Czerwiec 26, 2007, godzina 17:12 · Prywatne, Z innej beczki »
Garść sytuacji w jaki sposób tutaj można trafić (wybrane z pośród blisko 2000 słów kluczowych):
- jednostka miary mb – milibajt
- dlaczego stacje radiowe maja różne częstotliwości – bo jakby miały jedną, to by się nie pomieściły
- dziewczynki też mogą programować – absolutna racja! i gorąco je do tego zachęcam
- obliczanie abrakadabra imienia i nazwiska – abrakadabra!
- co znaczy 666 – “Kto ma rozum, niech liczbę Bestii przeliczy: liczba to bowiem człowieka. A liczba jego: sześćset sześćdziesiąt sześć.” (Ap 13,18)
- jakie znaki zodiaku mogą stworzyć idealny związek – każde, o ile ludzie się dobiorą odpowiedni
- gdzie jest moje miejsce w świecie? – Google nie pomoże Ci w odpowiedzi na to pytanie
- te straszne jeansy – przerażają mnie też
- odtwarzacze mp3 dla niedowidzących – iPod
Nano Shuffle – nie ma wyświetlacza, w sam raz się nadaje.
- z jakiego jezyka pochodzi slowo ,,gadżet” – ang. gadget
- jak pisać “nie” z czasownikami? – rozdzielnie
- czy informatycy mają inne zainteresowania – niektórzy zapewne tak – na przykład elektronika
A dla najczęściej powtarzających się słów kluczowych: tak, Aero Glass chodzi na Intel GMA 950!
Jestem zły, że w kółko atak na GG i Vista się słowach kluczowych pojawiają. Chyba powinienem pisać bardziej różnorodnie.
Permalink |
Spóźniona blogopokalipsa
Maj 2, 2007, godzina 22:14 · Z innej beczki »
Nie ma to jak wrócić z długiego weekendu, spojrzeć kto tu linkuje i zobaczyć coś nowego. Kliknąć i… o, zaproszono mnie do nowej blogowej zabawy! Tak więc, z niewielkim, bo ledwo tygodniowym opóźnieniem wyobrażam sobie koniec blogosfery ;-)
Ostatnie słowa?
To już jest koniec. Nie ma już nic. Jesteśmy wolni. Możemy iść?
Jeżeli nadchodzi coś niespodziewanego, to powinniśmy się z tym zmierzyć.
Jeżeli nieprzyjaciel otwiera drzwi, musisz w nie wbiec, jak rzecze Sun Tzu.
Gdyby apokalipsa, czy to blogowa, czy normalna, nadeszła, to trzeba się z nią zmierzyć. Bo kto stoi w miejscu, ten automatycznie przegrywa.
Wyobrażam sobie koniec blogosfery, nie przeraża mnie to tak bardzo. Być może świat byłby inny. Czy lepszy? Raczej nie. Blog, dla mnie osobiście, to bardzo fajna sprawa, pomaga w niektórych rzeczach. A blogi ogólnie są też niezłą skarbnicą wiedzy. Szkoda by była ją stracić, ale mamy też Wiki i resztę tego łebdwazerowego tatałajstwa, więc byśmy się odnaleźli w nowym świecie. Tak jak żyliśmy w świecie bez blogów :-)
Na szczęście apokalipsy nie ma i blogujmy dalej…
Permalink |
Wolność? A wolność wyboru?
Marzec 13, 2007, godzina 16:58 · Komputery, Społeczeństwo, Technologia, Z innej beczki »
Ostrzegam, ze moje opinie mogą być kontrowersyjne. Bo temat jest śliski – tematem jest wolne oprogramowanie. Nie mogę stwierdzić, że jest to zła idea, bo nie jest. Sam używam na co dzień aplikacji wolnych lub otwartych – pakietu GNU, przeglądarki Firefox, komunikatora Psi i paru innych. Sam tworzyłem otwarte projekty, przy pewnych też współpracowałem, co bez ich otwarcia nie było by możliwe. A otwartość jest pochodną projektu GNU, projektu wolnego oprogramowania.
Jednak tyle słyszę o wolności. O wolnym oprogramowaniu, o wolnych standardach, o braku patentów, o wolnej dokumentacji. O wolnym piwie i o wolnej Coli. A nie widzę wiecie czego? Nie widzę wolności wyboru. Są na tym świecie fanatycy, nie bójmy się użyć tego słowa, dla których największym złem jest firma Microsoft, a cały świat powinien używać pewnego innego systemu operacyjnego. Słyszę, że:
cały świat ma przejść na OpenSource, żadne rozwiązania komercyjne. to tak ma być.
Że nie trzeba się już bać panów z policji (co akurat nie jest implikacją powyższego, jako że obecnie bardziej poszukiwani są ci piraci od muzyki czy filmów – a używając nawet wolnego oprogramowania można przecież ściągać nielegalnie muzykę i ją sprzedawać – nikt nie broni). Słyszę, że “M$” i “win$hit” to zło, że zgłoszony przez wspomniany koncern format dokumentu OpenXML powinien być natychmiast odrzucony (nawiasem mówiąc nie został odrzucony, a jest dalej standaryzowany w tempie przyspieszonym - czym ISO zaskoczyło). Więc się zapytam – a gdzie u licha wolność wyboru? Dlaczego narzucać używanie określonego systemu (inna sprawa, że w nim nie jest narzucone określone środowisko graficzne na przykład)? Są tacy, co się posuwają do blokowania stron przed najpopularniejszą przeglądarką na rzecz Firefoksa, ale to jest już przesada. I zaprzeczenie wolności całkowite.
Powiecie, że nadal mam wolność wyboru, a wszyscy co narzekają na nie-wolne oprogramowanie tylko pomagają nam podjąć “właściwą” decyzję (swoją drogą dlaczego ta jedna decyzja jest właściwa?). Szkoda tylko, że wybierając inną drogą niż “jedyna słuszna wolna” staję się osaczony przez fanatyczne, przepełnione nienawiścią, ataki.
I jeszcze odnośnie wolności – jeżeli fragment programu, który wykorzystuję, jest na licencji GNU GPL, to mój program też musi być na tej licencji. Wolność wyboru dysponowania moimi fragmentami kodu zostaje mi zabrana, czyż nie?
Nie jestem przeciwko wolnemu oprogramowaniu, nie jestem przeciwko Linuksowi, nie jestem przeciwko zwolennikom wolności. I nie jestem też zwolennikiem DRM czy TC (choć to akurat może mieć zalety – nie wierzycie?). Nie pracuję dla Microsoftu, MPAA ani RIAA ;-) Ale denerwuje mnie, że mam wolność, ale jak wybiorę nieprawomyślną drogę, to jestem atakowany. Poszanowanie wolności wyboru bez agresji, niemożliwe to jest?
Przepraszam jeśli kogoś uraziłem.
A sam wierzę w świat, gdzie oprogramowanie wolne i nie-wolne będą współistniały bez ataków, bez konfrontacji, wymieniając się (dzięki otwartym formatom) danymi i współpracując.
Parafrazując mojego imiennika, Martina Luthera Kinga:
Miałem sen, że pewnego dnia ludzie przejrzą na oczy i zaczną żyć podług uniwersalnego przesłania: “wszystkie pakiety oprogramowania są równe”.
Miałem sen, że pewnego dnia na czerwonych wyżynach Georgii, synowie dawnych miłośników wolnego oprogramowanie oraz synowie dawnych pracowników zamkniętych koncernów będą mogli usiąść razem przy jednym stole braterstwa.
Miałem sen, że pewnego dnia moje dzieci będą żyły na świecie, w którym oprogramowania nie osądza się po licencji lecz po tym jakie tak naprawdę jest.
Ale jeżeli podejście się nie zmieni (z obydwu stron!) to chyba moja wizja się nie urzeczywistni.
[tags]free software[/tags]
Permalink |
Tagowanie czy tam inny LansRank
Luty 22, 2007, godzina 20:25 · Humor, Prywatne, Z innej beczki »
Kolejna blogowa zabawa! Ja, wywołany do odpowiedzi przez Vermina, muszę wziąć udział, nie ma rady ;-) Zasady? Podać 5 mało znanych rzeczy o sobie i przekazać informacje do 5 kolejny bloggerów dalej. Ciekawe jak szybko zabraknie bloggerów skoro za każdym podejściem liczba następnych wywołanych do zabawy się zwiększa :-)
Zatem, do roboty, mało znane rzeczy o mnie:
- Nie lubię brokułów. Nie lubię koloru, nie lubię smaku, nie lubię zapachu. Poziom nielubienia brokułów waha się pomiędzy poziomem nielubienia kapusty a zielonego groszku. I żeby nie było, że nic zielonego nie lubię, to ogórki nie są złe.
- Pierwsze czasopismo komputerowe, nie o grach, które kupiłem, pamiętam doskonale. PC World Komputer, numer 4/96, w którym było porównanie nowoczesnych systemów operacyjnych, Windows 95, Windows NT 3.51, OS/2 Warp 3.0 i MacOS 7.5.2. Od tego czasu czytywałem PCWK bardzo długo, bardzo regularnie. Niestety wspomniany numer wyrzuciłem jakiś czas temu, a dziś chętnie zobaczyłbym jak bardzo się podniecano nowościami, jakie przyniósł Windows 95 w owym czasie. W ogóle przeglądając stare czasopisma uśmiecham się często patrząc czy to na “przepowiednie” czy na “wspaniałe możliwości”.
- Pierwszy telefon komórkowy zakupiłem bardzo dawno, w okolicach 2001 roku. Była to Nokia 1611, w sieci Simplus, z numerem telefonu 603516521. Telefon mam do dziś, już niezbyt sprawny, a od tego czasu miałem w swoich rękach na własność ponad 10 innych “komórek”, a wieloma bawiłem się “po drodze”.
- Pierwszy Linux z jakim miałem styczność był to SUSE 5.3, z którym styczność nie zakończyła się miło, bowiem z bliżej nieznanych powodów już zniszczył on tylko tablicę partycji dysku (prawdopodobnie próbując utworzyć swoje) i tyle, dalej nic się nie działo. To było też pierwsze użycie Norton Disc Doctora i to wszystko na komputerze kolegi. Pierwszy Linux z jakim miałem styczność na dłużej to Mandrake 6.1 instalowany na dysku wirtualnym na partycji FAT. Też ciekawe rozwiązanie.
- Bardzo lubię spać “przytulony” do ściany. Być może dlatego, że jest zimna. Niestety, obecnie mam łóżko koło kaloryfera i do ściany przytulić się nie mogę.
To by było na tyle. A do następnego kręgu wybrani zostali:
Zwycięzcom gratulujemy oczywiście :-)
Permalink |
Informatycy to nudziarze
Styczeń 30, 2007, godzina 20:12 · Internet, Komputery, Społeczeństwo, Z innej beczki, Za firewallem »
Tak rzecze niejaki the.5us w dyskusji na forum Gazeta.pl. Od razu oczywiście pojawiły się komentarze, rzecz jasna informatyków bądź ich innych znajomych, że oni wcale to tacy nie są.
Sam oczywiście, jako kształcący się na informatyka, bo to pojęcie jest wystarczająco szerokie, by zmieścić wszystko, co mogę kiedyś w przyszłości robić, poczułem się urażony tym, że jestem niedomytym nudziarzem. O stereotypie informatyka pisałem już kiedyś, ale tam skupialiśmy się na cechach zewnętrznych – ubiorze, myciu i takich tam. A teraz słyszymy o cechach wewnętrznych – informatycy są nudziarzami. Oczywiście generalizowanie jest złe, do wszystkich się to co napiszę, nie będzie odnosić, ale po prostu opowiem coś o sobie. I o moich znajomych. Bez nicków, nie ma się co bać ;-)
Jak się tak przyjrzeć z zewnątrz, to faktycznie, choć mogę temu próbować przeczyć, mogę się wydawać nudziarzem. Bo co to za rozmowa, jak zawsze na komputery albo uczelnię schodzi? Nudy. Oczywiście dla kogoś, kto zna się w temacie, to rozmowa może być niebywale interesująca i dotyczyć ważnych spraw dla zachowania światowego ładu, w stylu dyskusji dlaczego emacs ssie, a vi jest wieczny. Ale fakt – dla zewnętrznego obserwatora to mogą być nudy. Fakt jest taki, że jeśli się przyjrzy wewnętrznej rozmowie dwóch fascynatów komputerów, to będą używać niekoniecznie zrozumiałego dla innych żargonu. Ale chyba używanie żargonu w rozmowie z innym przedstawicielem tej samej profesji nie jest niczym niezwykłym? Czy prawnicy między sobą nie rozmawiają o legislacji, marketingowcy o analizie SWOT czy czymś w tym stylu? Więc dlaczego informatycy nie mogą rozmawiać o debugowaniu, switchach czy czymkolwiek innym?
Oczywiście, dla wielu komputerowo-uzależnionych informatyka jest pasją, ale to nie oznacza, że nie mogą mieć innych. Duża jest popularność fantastyki, od filmów przez książki do gier RPG. Ja widzę też zainteresowanie komiksem, literaturą w naprawdę różnych odmianach (sam zaskoczony byłem ostatnio prowadząc krótką rozmowę na temat “Innego świata”, “Mistrza i Małgorzaty”, “Paragrafu 22″, “Zbrodni i kary” i czegoś jeszcze – chyba “Buszującego w zbożu”), filmem, i to nie tylko “Hakerami” i “Grami wojennymi”. Znam ludzi, którzy, choć są informatykami, trenują sport i nie piją Coli i odżywiają się zdrowo (trudno w to uwierzyć?). Znam człowieka, który wyrabia sobie kondycję skacząc po macie przed konsolą, ale to specyficzny wyjątek :-) Znam ludzi, którzy mają naprawdę szalone zainteresowania, w rodzaju obcych cywilizacji czy innej paleoastronautyki. A także prowadzą dyskusje o takich rzeczach jak natura zła w człowieku. Ot, nudne i monotonne tematy.
Z drugiej strony sam się z siebie śmieję, że wiele dyskusji prowadzę na tematy które od komputerowych przechodzą do czegoś, często matematycznych, bądź innych naukowych, a i tak zawsze do komputerów się wraca. Choć zawsze jest temat, na który zdarza mi się rozmawiać, z którego się do komputerów rzadko dochodzi. Ale o co chodzi nie zdradzę.
Stereotyp. Nudziarzy można spotkać wszędzie. A ten jeden zawód to nie jest pełen nudziarzy, z pewnością podobny odsetek da się znaleźć wśród pracowników w innych rolach. Ale może to tylko moi znajomi, przyszli informatycy, to jeszcze nie są nudziarzami, a dopiero się nimi staną?
Permalink |
Uhuha, zima zła
Styczeń 26, 2007, godzina 12:17 · Z innej beczki, Za firewallem »
Przyszła wreszcie ta taka w pełni zimowa zima. Nawet przez okno nie mogę wyjrzeć, bo się teraz właśnie odbija Słońce od śniegu i nieźle po oczach razi. Z drugiej strony to w ogóle trudno mi głowę w prawo odwracać, bo mnie szyja boli… Ale o czym to ja miałem pisać? Ach tak. O zimie.
Nie przepadam za zimą. Zimno, jak sama nazwa wskazuje, nieprzyjemnie, napada tego śniegu i człowiek nie może przejść do własnego domu, bo śnieg za kostkę. I nie przepadam za czymś jeszcze. Za tym, że zima zaskakuje drogowców. To prawda, że w grudniu, zanim jakikolwiek śnieg się pojawił, widziałem pług jadący po drodze i śmiałem się, że drogowcy chcą zaskoczyć zimę. Ale jednak teraz, gdy od soboty słyszałem, że spadnie śnieg, spadnie, a gdy w środę spadł i to od razu tyle, że ulice stały się nieprzejezdne, znów widziałem, że nie udało się im.
W środę rano wychodząc na uczelnie pomyślałem “lepiej pojadę pierwszym pasującym mi autobusem, bo na moje 44 nie ma co liczyć”. I dobrze zrobiłem, bo autobus w ogóle nie przyjechał. Tego ranka było kolokwium z Teorii Sygnałów, nasza pani doktor się spóźniła – tkwiła w wielkim korku. Jechała tyle samo ze swojego domu nie oddalonego tak daleko od uczelni, co znajomy z miasta odległego i kilkanaście kilometrów. Wczoraj, gdy wracałem do domu, to autobus stał w korku i stał…
Z drugiej strony w zimie jest fajnie. Są narty, snowboard, łyżwy, sanki i wiele innych fajnych zabaw na śniegu. Na snowboardzie z chęcią bym się nauczył jeździć, choć jednak mam ciągle przed oczami obraz tego, że jak się jeździ na nartach, to ma się nieodparte wrażenie, że wszyscy “bez jednej narty” to więcej czasu spędzają leżąc na stoku niż jadąc ;-) A na takich nartach, to stabilność pozycji jest znacznie większa (choć oczywiście upadki też się zdarzają, i niestety mam swoje nadal w pamięci :-)).
Chyba nadszedł czas wyjść i porobić zdjęcia… a właśnie. Jak zdjęcia, to i baterie. A jak mróz, to baterie trzymają krócej. Nie lubię tego. Bardzo tego nie lubię.
Permalink |
Czas podsumowań i planów
Grudzień 22, 2006, godzina 21:56 · Prywatne, Z innej beczki »
Nadchodzi czas podsumowań i planów. Wszyscy tak robią na koniec roku, a że ten nadchodzi, to i ja nie będę wyjątkiem. Oto bowiem “Notatki na piasku”, eksperyment, mój prawie-techniczny blog, razem ze mną kończą rok 2006. I razem ze mną, który w tym roku przestał być nastolatkiem, nadejdą zmiany.
W ciągu tego roku odwiedziło mnie, jeśli wierzyć Google Analytics, 45 583 osób, z których większość trafiła tutaj dzięki wyszukiwarce, trafiła zapewne tylko przypadkiem, bo długość większości wizyt nie była większa niż kilkanaście sekund. Największym hitem okazał się wpis o robaku atakującym Gadu-Gadu (który się bardzo na statystykach odznacza) oraz ten czy lepszy jest system plików FAT czy NTFS. 47% odwiedzających używało Firefoksa, a 0,06% – Kopiczka (pozdrawiam użytkowników forum 4programmers.net ;-)). Blisko co dziesiąty odwiedzający używa Linuksa, a jedna z osób miała 1-bitową ilość kolorów (notabene także jedna miała 12-bitową i 6 miało 520-bitową, więc chyba wyniki są zafałszowane :-)). Łącznie od kiedy istnieje blog popełniłem 133 wpisy w 19 kategoriach, na które odpowiedziano blisko 1000 komentarzy i 2400 wpisów spamowych.
Najpopularniejszym słowem kluczowym pod którym można znaleźć mnie w Internecie jest, ku zaskoczeniu mojemu, “Web2.0″. Mimo iż gdy pisałem swego czasu wpis na ten temat, to napisałem bzdury, bo całe to coś, okazało się być czymś innym. Marketingowym bełkotem.
“Notatki” to taki eksperyment. Wprawiałem się do pisania, wchodziłem do tej blogosfery całej. Pisałem różne rzeczy, ostatnio zbaczałem bardzo w stronę wpisów o pewnym systemie operacyjnym, odchodząc od korzeni jakimi była webmasterka. Nie wiem czy to się czytelnikom podoba, fakt jest jednak teraz taki, ze ja się zmieniam, i zmienia się ten blog. Będzie mniej o Microsofcie, więcej o programowaniu, więcej komentarzy do tego, co jest w Internecie, ale nadal nieczęsto. Raz na tydzień, półtora tygodnia.
Drodzy czytelnicy, nie jest was wielu, nie wiem czy są jacyś regularni, nie wiem czy to, co wypisuję tutaj się podoba. Z okazji chrześcijańskich Świąt Bożego Narodzenia oraz (ogólnodostępnego chyba) Nowego Roku życzę Wam jednak wszystkiego co najlepsze, co najmniej tyle szczęścia, ile zamieszania spowodował atak łańcuszkowego wirusa, tyle zdrowia, ile danych o nas gromadzi Google, tyle… wszystkiego co najlepsze po prostu. I do zobaczenia wraz z nowym rokiem w świecie znów odmienionym przezeń. I przez nadchodzące wydarzenia.
Permalink |
« Poprzednia strona Następna strona » Następna strona »