Blog nie jest już dalej prowadzony, ani aktualizowany. Wpisy i komentarze pozostaną dostępne przez jakiś czas. Dzięki.
Archive for Technologia
Dotykowy ekran? Fuj!
Kwiecień 11, 2009, godzina 21:01 · Prywatne, Technologia »
A przynajmniej w niektórych urządzeniach.
Pojawiły się pogłoski o nowym Zune, tzw. ZuneHD. I jak się patrzy na to urządzenie tutaj zaproponowane, to w oczy rzuca się – w stosunku do poprzednich wersji Zune – brak przycisków. Zamierzają wprowadzić dotykowy ekran, wzorując się na iPod Touch? Tylko nie to!
Używam dotykowego ekranu w telefonie (no dobra, nie używam aktualnie, bo karty SIM nie wykrywa – ale używałem). Ale bez przycisków było by gorzej. Tak, mogę, bez patrzenia, włączyć na przykład w kieszeni tryb wibracji. Łatwo i szybko. Używam dotykowego ekranu w Tablet PC… ale fizyczne przyciski, zwłaszcza taki działający jak strzałka w górę i dół są niebywale przydatne.
Używam Zune 30. Ma on sobie pięcioprzyciskowy D-Pad oraz dwa dodatkowe przyciski: play/pause i “back”. Najczęściej używam D-Pada – żeby ściszać, rozgłaśniać i przechodzić do następnej piosenki na playliście. No i zdarza mi się pauzować odtwarzanie, po czym je wznawiać. Wszystko to da się zrobić bez wyciągania urządzenia z kieszeni, a nawet przez kieszeń, bez wkładania ręki do niej, wystarczy wyczuć gdzie są przyciski. Żeby zmieniać piosenkę miałbym wyciągać odtwarzacz, odblokowywać ekran i “dotykać” opcji “Next”? No chyba żartujecie. To jest bez sensu!
Tak samo nie wyobrażam sobie dłuższej pracy na klawiaturze ekranowej. Może jeśli ktoś faktycznie używa komputera do oglądania zdjęć/filmów czy czegoś to ekrany (wielo)dotykowe są fajne. Ale to IMO zabawka, ewentualnie coś do specyficznego użytku. Nie do codziennej pracy.
To samo mówiłem o ekranach dotykowych w palmtopach. Dziubanie rysikiem/palcem w klawiaturkę, żeby napisać wiadomość jest głupie. Klawiatura fizyczna FTW! I to najlepiej pełne QWERTY – właśnie pisząc SMS-a na – niegdyś uwielbianym przeze mnie – słowniku T9 miałem się ochotę pochlastać.
Dotyk? Niekiedy fajne, ale błagam, nie wszędzie!
PS. I liczę, że Zune HD – o ile się pojawi – będzie faktycznie dostępne w Europie. Chociaż szczerze wątpię, że w Polsce.
Permalink |
Procedury, przyzwyczajenia
Październik 23, 2008, godzina 11:38 · Komputery, Prywatne, Technologia »
Jakiś rok temu (pod koniec września 2007) zakupiłem pewną książkę o zarządzaniu czasem. Przeczytałem, wielu zasad zastosować nie mogłem, nie pracując na pełny etat i nie będąc administratorem do których ta pozycja jest kierowana. Niemniej jedną z zasad obowiązujących w zarządzaniu czasem jest wypracowanie sobie pewnych procedur postępowania. Stałych, niezmiennych (ale powinny być elastyczne) zasad, by odciążyć mózg od robienia niektórych rzeczy – by stały się automatyczne.
Wcześniej, na początku ubiegłego roku (styczeń 2007), zastanawiałem się po co miałbym mieć palmtopa. I w przeciągu tego roku 2007 dzięki zarówno zastanawianiu się po co palmtop, po co cośtam i jak zorganizować sobie zarządzanie czasem wykształciły mi się procedury. Których bym nie zauważył, gdyby oczywiście coś się nie zaczęło psuć.
O ile zastanawiałem się po co mi palmtop (de facto Pocket PC, wiem, że to jest różnica), myśląc o zastąpieniu nim telefonu, aparatu (słabego strasznie) i odtwarzacza MP3 naraz, o tyle w najśmielszych snach nie podejrzewałem, że podstawowa funkcja, do jakiej “osobiści asystenci cyfrowi” zostali stworzeni, czyli pomaganie w organizacji czasu, przyda się mnie. Owa książka, i wyrobiony dzięki niej nawyk, by stworzyć sobie procedurę i jej przestrzegać, we współpracy z technologią, zaowocowały rozwiązaniem mojego wielkiego problemu – zapominania.
Tak, zapominam. Zwłaszcza o rzeczach, które miałem zrobić, dla kogoś, dla siebie, które trzeba zrobić na jutro, do szkoły czy gdzieś. O ile jeszcze w projektach programistycznych na przykład sprawę załatwia mi system śledzenia zgłoszeń, komentarze i tym podobne rzeczy, o tyle w “zwykłym” życiu zwyczajnie o wielu rzeczach zapominałem – i to już od małego, nie zapisywałem sobie w zeszycie że w następny wtorek pani od przyrody chciała by przynieść coś do szkoły – i był problem.
Wykształciłem sobie procedurę. Cokolwiek mam do zrobienia, natychmiast zapisuję, że mam to zrobić w moim PDA. Potem synchronizuję to z komputerem i gdy włączam Outlooka to natychmiast to widzę. Co ciekawe – zdarza mi się o wielu rzeczach pamiętać tylko dzięki temu, że je zapisałem – bez zapisania bym zapomniał, że zapisałem to pamiętam. Zapisywanie rzeczy do zrobienia mam automatyczne, natychmiastowe – wyciągam z kieszeni urządzenie, wstukuję co mi potrzeba, chowam do kieszeni. Nie zdawałem sobie sprawy nawet, że robię coś takiego, aż do momentu, gdy mój PDA zaczął szwankować. Z jakiś powodów, nie wiem zbyt jakich, nie pracuje poprawnie z moją kartą SIM. Co chwila twierdzi, że karty nie ma, jest uszkodzona, muszę wprowadzić kod PUK… odpowiednie przyciśnięcie karty do styków czasem poprawia sytuację, ale czasem niestety nie. To spowodowało, że noszę mój poprzedni telefon, a PDA zostawało w domu – przyznam, że nie chciało mi się od paru dni targać ze sobą trzech lub czterech wielkich sprzętów na uczelnię (telefon, PDA, odtwarzacz MP3, Tablet PC). Co za tym idzie łapałem się na tym, że jak usłyszałem, że coś jest do zrobienia, łapałem się za kieszeń, w której spoczywał telefon – owszem, ma on funkcję zapisywania zadań i notatek, ale nie umie ich synchronizować z komputerem – i mimo iż były zapisane, to ja mogłem zapomnieć.
Podobnym nawykiem stało się zapisywanie wszystkiego, nawet przysłowiowego “wyjścia na piwo” w kalendarzu i parę innych drobnostek. I wiecie co? To działa. Mózg nie musi pamiętać absolutnie wszystkiego, mogę zająć się rzeczami innymi i doskonale wiem, że coś trzeba zrobić. Tak samo dzięki technologii zapisuję wszystkie swoje pomysły, notatki, luźne uwagi… wszystko.
A jakie jest największe marzenie człowieka, który zapisuje wszystkie rzeczy do zrobienia? Komunikat “Brak zadań” na ekranie “Dzisiaj”. Ostatni raz widziałem go chyba w wakacje…
Permalink |
Jak upadała mi bateria
Wrzesień 30, 2008, godzina 17:49 · Technologia »
Od jakiegoś czasu jestem użytkownikiem HTC Wizard alias SPV M3000. Używany kupiłem, żyło mi się całkiem dostatnio, ale zacząłem zastanawiać się nad zmianą na jakiś nowszy model ze stajni HTC. Potem znów miałem na oku telefon zupełnie inny, bez dotykowego ekranu i tym podobnych możliwości. Potem znów mi się odmieniło, myślałem o iPhone. Potem… no, nieważne. Problem zaczął pojawiać się w międzyczasie.
Bateria, jaką dysponuje Wizard fabrycznie jest baterią Li-Ion firmy Sanyo o pojemności 1250 mAh. Gdy pierwotnie zamierzałem używać tego urządzenia jako mojego odtwarzacza MP3 przekonałem się, że taka pojemność nie jest wystarczająca – bateria nie wystarczała na długo. Ładowanie telefonu jednak nie było problemem, podłączam go do komputera wystarczająco często (w celu synchronizacji) by o ładowaniu przez ładowarkę zapomnieć po prostu. Problem zaczął pojawiać się później. Najpierw, najwcześniejszym symptomem było to, że po restarcie telefonu potrafił on wskazywać inną wartość naładowania niż wcześniej. Potem, przy korzystaniu z sieci bezprzewodowej zdarzyło się mu wyłączyć nagle.
Największym problemem jednak było to, co zdarzyło się kilka miesięcy temu. Zajmowałem się wówczas tworzeniem sieci Wi-Fi ad-hoc pomiędzy laptopem i Wizardem. Po połączeniu i podczas przeglądania stron internetowych wyłączył się i włączył na nowo. Złożyłem to na karb problemów z aplikacją i wybrałem się na moje poszukiwanie sieci Wi-Fi – wyposażony w palmtopa oraz odbiornik GPS na Bluetooth, przy jeździe na rowerze. W pewnym miejscu usłyszałem dochodzący z kieszeni dźwięk – po wzięciu palmtopa do ręki ujrzałem mrugającą czerwoną diodę i telefon proszący o kod PIN. Poziom naładowania baterii wynosił 3%, mimo iż przed wyjazdem bateria była pełna. Czyżby użytkowanie modułów łączności bezprzewodowej tak zużyło? Niemożliwe, dotychczas to się nie zdarzało.
Wakacje przyszły, a co za tym idzie wyjechałem na tereny, gdzie poziom sygnału sieci GSM nie jest tak dobry jak w mieście. I tam pojawiły się dalsze problemy – telefon niespodziewanie potrafił się wyłączyć na przykład przy nadejściu SMS-a, korzystanie z EDGE wyczerpywało baterię równie szybko. Do tego po restarcie potrafił się nie włączyć, a po paru minutach twierdzić, że naładowanie przekracza 90%. Diagnoza została postawiona – czas zmienić baterię, za to w międzyczasie korzystałem z mojego starego telefonu, SonyEricssona T610.
Po udaniu się na Allegro znalazłem pewną liczbę baterii do mojego telefonu, wszystkie produkcji tej samej firmy, jednak w różnych zestawach. A to z folią na wyświetlacz, a to z zapasowym rysikiem, a to z kolei ze “wzmacniaczem antenowym IV generacji”. Oparłem się jednak pokusie wydania kilku złotych więcej by móc ów wzmacniacz antenowy przetestować i zakupiłem baterię samotną, bez dodatków. Problemy się – jak na razie – skończyły. Da się i korzystać z Wi-Fi, i z połączenia przez EDGE, także i używanie aplikacji znacznie obciążających procesor nie powoduje już nieprzewidywalnych restartów telefonu. Wreszcie.
Jaki morał z tej historii? Warto dbać i kontrolować to, co zasila nasze przenośne sprzęty. Bez energii długo nie pożyją, a z baterią w złym stanie żyć jest naprawdę trudno.
Aż zacząłem bać się o kondycję baterii w moich innych urządzeniach przenośnych.
[tags]battery, PDA, HTC Wizard[/tags]
Permalink |
Ziarenko piasku
Czerwiec 19, 2008, godzina 20:08 · Technologia, Z innej beczki »
I sprawia, że wszyscy:
mali i wielcy,
bogaci i biedni,
wolni i niewolnicy
otrzymują znamię na prawą rękę lub na czoło
i że nikt nie może kupić ni sprzedać,
kto nie ma znamienia -
imienia Bestii
lub liczby jej imienia.
Tu jest [potrzebna] mądrość.
Kto ma rozum, niech liczbę Bestii przeliczy:
liczba to bowiem człowieka.
A liczba jego: sześćset sześćdziesiąt sześć.
Ap 13,16-18
Zastanowicie się dlaczego zacząłem od przytoczenia tego, jednego z bardziej znanych, fragmentów Apokalipsy św. Jana? I co to ma wspólnego z tytułem notki? Oczywiście niezbyt wiele, na pierwszy rzut oka, dopóki nie przejdę do rzeczy.
Wiecie, czym jest RFID? Taka przyszłość kodów kreskowych? Zdarzają się ludzie, którzy przyrównują możliwe upowszechnienie malutkich, identyfikujących każdego z nas, tagów RFID, do owego znamienia z 17 wersetu 13 rozdziału Apokalipsy. Bo jak wiadomo to technologia jest bardzo kontrowersyjna – mimo iż pozwala łatwiej sortować paczki, sprawdzać bilety, czy wykrywać fałszerstwa pieniędzy – to równie dobrze może się nadawać do identyfikacji ludzi – co ma wyraźne skutki dla naszej prywatności. Krąży po Internecie tekst o implantach (typu RFID) o wielkości ziarenka ryżu. Małe?
W najnowszym “Świecie Nauki” (czerwiec 2008) jest opis czegoś, co pokazuje, że jednak wielkie. Tag RFID może mieć wymiary… 0.4×0.4×0.06 mm? Albo coś jeszcze lepszego – chip ziarnkowy o wielkości 0.05×0.05×0.005 mm. Coś takiego można wszyć w papier i zobaczyć, czy domowego papieru do drukarki nie użyto do stworzenia banknotu (aż przypomina się sprawa żółtych kropek) – choć chyba rozsądniejsze było by wszycie czegoś takiego w banknot i odrzucanie tych, które tagów nie mają. Zabezpieczenie świetne.
Cała idea polega na tym, że owe mikroskopijne układy wysyłają tylko jedną rzecz – 128-bitową liczbę. Teraz wyobraźmy sobie, że tak mały układ jak podane wyżej bezproblemowo można by wprowadzić do ciała człowieka – niech nawet będzie to czoło czy prawa ręka. Idealna metoda identyfikacji ludzi (tutaj z kolei przypomina mi się dowodzenie, znalezione w Internecie, że taki system już jest tworzony, czoło ma cośtam cośtam, dlatego jest najlepszym miejscem, a system nosi nazwę BEAST). I śledzenia ich, a co. A może nie?
RFID jest pasywny. Nic nie wysyła, nie ma żadnego związku z systemem nawigacji satelitarnej. A tak małe układy jak owe ziarnkowe opisane w magazynie, o których wspomniałem wyżej, mają zasięg… do 30 cm. Wyobrażacie sobie, by co 30 cm na całym świecie znajdował się czytnik? Oczywiście, to może zostać zmienione, ulepszone… skoro metkujemy produkty w supermarketach, to dlaczego nie metkować (tagować) ludzi?
Ja tylko, najpierw odeślę do starego łańcuszka na ten temat, a potem zadam pytanie. Tatuaż to coś znanego od tysiącleci. Dlaczego niby rządy państw, choćby tych dyktatorskich, bo jak wiadomo, te bardziej demokratyczne jeszcze dla naszego dobra nie zrobiłyby takiego kroku, nie tatuują ludziom takiego zwykłego kodu kreskowego? To też by zapewniało doskonałą natychmiastową identyfikację ludzi, a co za tym idzie np. transakcje bezgotówkowe. Technologię mamy od lat.
Nie stosujemy tego tylko dlatego, że musimy zbliżyć czytnik laserowy do określonego punktu ciała? Ale przecież jeżeli byśmy zastosowali obecne mikrochipy RFID to i tak ich zasięg to te kilkanaście centymetrów! A o ile kod kreskowy by bardziej pasował do imienia Bestii.
Muszę przyznać, że implant, dzięki któremu mój (inteligentny oczywiście, teraz wszystko jest “smart”) dom, czy inny komputer, mógł mnie natychmiast rozpoznawać, to jest z jednej strony bardzo interesująca propozycja. A, że rząd będzie wiedział gdzie jestem, jak skanery odpowiednio gęsto poustawia? Już i tak wie, dzięki kamerom. Będzie tylko wiedział dokładniej.
Chyba w przyszłości nie będzie tak łatwo uchronić się przed tagiem RFID jak Richard Stallman na konferencji WSIS w 2005 roku, gdy owinął swoją plakietkę folią aluminiową (#).
Permalink |
Windows SideShow dla Windows Mobile
Czerwiec 4, 2008, godzina 19:56 · Microsoft, Technologia, Windows »
Dwa razy w tytule pojawia się słowo “Windows”. Raz w towarzystwie dodatku “Mobile”, który jeszcze może poniekąd coś sugerować, a raz w towarzystwie “SideShow”. Zanim zatem przejrzę do rzeczy będę musiał ujawnić nieco czym jest Windows SideShow, bo jest to jedna z nowych, niezbyt znanych technologii, wprowadzonych wraz z Windows Vista.
Windows SideShow pozwala umieszczać specjalne gadżety, wyświetlające pewne informacje o naszym komputerze, jednak owe gadżety nie są na pasku bocznym (sidebar), a na zewnętrznym urządzeniu. Może to być czy cyfrowa ramka do zdjęć czy dodatkowy ekran LCD na notebooku. Nigdy o tym nie słyszeliście? Nic dziwnego, bo jakoś zbytnio głośno o tym nie jest.

W każdym razie tym, na co najbardziej czekało wiele osób było uruchomienie urządzenia pracującego pod kontrolą Windows Mobile jako dodatkowego ekranu Windows SideShow. Co to miało by dać? A na przykład możliwość przeglądania feedów RSS z czytnika komputerowego bezpośrednio na urządzeniu czy też… sterowanie Windows Media Player.
Dwa dni temu pojawiła się informacja na Windows SideShow Team Blog, ja na to trafiłem dzisiaj – oto doczekaliśmy się wreszcie SideShow for Windows Mobile Developer Preview. Jest to oczywiście wersja beta, no i jak widać wyszła w czerwcu 2008 roku, podczas gdy ostatnio pracownicy MSFT przebąkiwali coś o trzecim kwartale 2007… nieważne. Jest. I – co zadziwiające – działa nawet bez większych problemów.
W jaki sposób tego użyć? Pobieramy, instalujemy na urządzeniu (wymaga urządzenia z systemem Windows Mobile 5.0 lub nowszego oraz .NET Compact Framework 2.0 – oraz koniecznie Bluetooth) i parujemy je z komputerem (wyposażonym w system Windows Vista w wersji innej niż Home Basic), a na zakładce “Services” w “Bluetooth Devices” pojawia nam się usługa “Windows SideShow”. Co potem? Instalacja sterowników, które są pobierane z Windows Update (u mnie zadziałało dopiero za drugim razem). A potem już bezproblemowo możemy dodawać gadżety do naszego nowego urządzenia SideShow.


Ja mam doinstalowane (można pobrać za darmo) kilka dodatkowych gadżetów poza standardowymi Windows Media Player i Windows Mail. O ile wszystkie dotyczące Outlooka nie mają racji bytu przy urządzeniach Windows Mobile (które i tak się domyślnie z Outlookiem potrafią synchronizować), o tyle PowerPoint Remote, FeedViewer i Windows Media Player stają się bardzo fajne.
Pierwszy wspomniany pozwala sterować wyświetlaniem prezentacji PowerPointa bezpośrednio z urządzenia PDA, wraz np. z podglądem następnych slajdów.


Drugi odpowiada za przeglądanie RSS (wpisy są bezpośrednio wysyłane na nasze urządzenie), a trzeci pozwala sterować (zmieniać utwory, pauzować, odtwarzać, rozgłaśniać, ściszać, przeglądać bibliotekę) programem Windows Media Player.


SideShow for Windows Mobile dodaje także do ekranu Today (polskie tłumaczenie: “ekran Dzisiaj” mnie zawsze śmieszy) plugin pokazujący aktualny stan poszczególnych gadżetów (u mnie na przedostatniej pozycji).

Oczywiście to jest beta – próbując na przykład uruchomić gadżet pogody (zewnętrzny, który notabene wymaga używania Windows Sidebar, którego nie używam, bo nie lubię) urządzenie mi się zawiesiło, a potem widać, że na ekranie Today zamiast znaczka stopnia jest jakaś dziwna literka. Ale sam gadżet pogody działa ;-)

Ale muszę przyznać, że nie spodziewałem się, że coś takiego jak SideShow może być takie fajne – choćby tego sterowania odtwarzaczem (ponoć jest też sterowanie Windows Media Center, jednak tej aplikacji nie posiadam na tym komputerze) szukałem jakiś czas temu.
Ach, aplikacja wspierająca Windows SideShow ma się pojawić (dzięki pewnej zewnętrznej firmie) także na iPhone/iPod Touch ;-)
[tags]Windows Vista, Windows SideShow, Windows Mobile, developer, preview, beta, PDA, Bluetooth[/tags]
Permalink |
Od przybytku głowa… boli.
Maj 15, 2008, godzina 18:19 · Sieci bezprzewodowe, Technologia »
Jak niektórzy wiedzą, zakupiłem sobie nowy komputer, jakim jest HP Compaq TC1100, typu Tablet PC. Tym sposobem w moim domu pojawił się kolejny już komputer, tym razem o bardzo specyficznym zastosowaniu.
Wiecie jaki jest problem? Nadmiar. Nawet nie nadmiar rzeczy, bo po prostu wychodzi na to, że noszę ze sobą tableta, a laptop zostaje w domu (co ma dużo plusów, głównie taki, że mam mniej do noszenia), nawet nie chodzi o to, że mam zagracone biurko jakąś dodatkową stacją dokującą (a mogłem kupić TC4200 i mieć jedną stację także do mojego laptopa, nie?), ale nadmiar tego, co jest zdecydowanie mniej materialne, nadmiar danych. Danych do uporządkowania i – przede wszystkim – synchronizacji.
Ot, nawet ten głupi program do zarządzania informacją osobistą. Używam Outlooka 2003, tam trzymam zarówno moją pocztę e-mail, jak i terminarz i kontakty. To się pięknie synchronizuje z moim palmtopem i nie wyobrażam sobie już życia bez czegoś takiego automagicznego: podłączam i działa samo. Albo nawet nie podłączam, a klikam “Połącz przez Bluetooth” na palmtopie. Synchronizacja kontaktów we wszystkich moich poprzednich telefonach była utrapieniem, tutaj nie jest, wreszcie. Ale nie o tym miałem mówić, chodziło mi bardziej jak mam połączyć dane w terminarzu na dwóch komputerach. Rozwiązania są de facto trzy. Pierwszym jest serwer Exchange, którego chyba nie użyję. Drugim jest CodeTwo Public Folders, które mi się ekonomicznie nie opłaca. Trzecim… jest użycie wspomnianego palmtopa i przenoszenie danych poprzez niego niejako. Na okrętkę, ale podobno działa całkiem dobrze.
Problem drugi? Notatki. Muszę pamiętać, by zgrywać notatki robione na uczelni (odręcznie! :-)) na drugi komputer, by mieć do nich dostęp.
Tak samo wiele osób ma problemy z synchronizacją swojej kolekcji muzyki, filmów, czy zdjęć. To jeden z problemów naszego cyfrowego życia. O ile pamiętam parę tygodni temu zrobiło się głośno o Microsoft Live Mesh, które ma ten problem znacząco redukować, automatycznie synchronizując pliki pomiędzy urządzeniami w obrębie sieci “mesh”. Niezła idea, nawet chyba miałem coś na blogu o niej napisać, ale pewnie mi się odechciało, bo nie powiedziałbym nic nowego. Na zyxist pojawiła się też notka o Unison, który również pozwala na synchronizacje plików na wielu komputerach.
A co było by idealnym rozwiązaniem? Oczywiście coś podobnego w idei do Live Mesh, działającego jednak na lokalnej sieci, w architekturze bez centralnego serwera i bez korzystania z serwerów jakiejśtam zewnętrznej firmy (niekoniecznie z obaw w temacie prywatności, ale i z powodów praktycznych: sieć lokalna jest zwykle co najmniej dziesięciokrotnie szybsza od połączenia z Internetem). Działało by automatycznie, z użyciem jakiegoś automatycznego zestawiania połączeń. Przychodzę z zajęć, podłączam tablet do stacji dokującej i na moim laptopie po chwili pojawiają się zaktualizowane, nowe pliki, notatki z zajęć, a na tablecie nowa poczta pobrana z jakiegoś zdalnego serwera. Gdy napiszę nowy list elektroniczny i zapiszę go w “Wersjach roboczych” on magicznie pojawi się i na drugim komputerze. Nawet może i być bez tego wykorzystania stacji dokującej, niech z Wi-Fi korzystają.
Przychodzę z palmtopem który automatycznie synchronizuje kontakty, terminarz, pocztę. Odtwarzacz muzyczny pobierający z komputerów dane o zmienionej bibliotece mediów i synchronizujący ją sobie przez sieć bezprzewodową.
Jak sobie myślę, to zapowiada się takie coś fajnie. Doczekamy się tego? A może już ktoś zaimplementował?
(skądinąd to ostatnie, dotyczące odtwarzacza muzycznego akurat jest jak najbardziej rzeczywistym pomysłem stosowanym przez Zune, ale ja jak dotąd nie miałem nigdy okazji z tego skorzystać, jako iż nie posiadam w domu sieci bezprzewodowej – mimo wielu urządzeń wyposażonych w łączność tego typu ciągle nie dorobiłem się AP/routera z AP)
Permalink |
Adobe Flash otwarty
Maj 2, 2008, godzina 13:37 · Komputery, Technologia »
Wczoraj świat obiegła straszliwa wiadomość, a echo jej dotarło do piekła, które od jakiegoś czasu powoli zamarza. Adobe zamierza opublikować specyfikacje formatu Flash (.swf i .flv). Straszliwa? Gdzie tam. Bardzo fajna. Bo nie dość specyfikacją mają zostać opublikowane, ale i zniesione restrykcje dotyczące tego formatu.
Kojarzy się to z inną, wcześniejszą akcją Adobe. Gdy PDF został otwarty i standaryzowany przez ISO stał się natychmiast czymś, co jest dla nas całkowicie naturalne. A mimo iż istnieją formaty konkurencyjne (DJVU czy XPS Microsoftu – ktoś o nim pamięta oprócz mnie?) to trzyma się świetnie, i pojawia wszędzie.
Czego Adobe szuka? Oficjalnie (za OsNews):
Projekt stopniowego uwalniania Flasha nazwano “Open Screen Project”. Razem z Adobe, współtworzą go takie firmy jak Intel, Cisco, Motorola, Nokia, LG, Samsung, BBC, NBC czy MTV Networks. Zadaniem projektu jest promowanie adaptacji technologii internetowych na szerokim spektrum urządzeń takich jak telefony komórkowe, telewizja, urządzenia przenośne i komputery biurkowe.
Nieoficjalnie mówi się, że to reakcja na Microsoft Silverlight, który ma otwartą specyfikację i niezależną (teoretycznie) otwartą implementację na inne platformy niż Windows (Moonlight).
Teraz każdy programista na świecie może sobie ściągnąć specyfikację i napisać odtwarzacz albo edytor plików Flasha. Także na nasze coraz powszechniejsze urządzenia mobilne, gdzie batalia dopiero się rozpocznie – choć Flash już tam jest, a Silverlight tak w sumie to niezbyt wiadomo jak się ma (trochę mi się z Yeti kojarzy – jest, ale nikt nie widział w akcji). Oprócz tego jeszcze Adobe wyszło ze swoim Fleksem do tworzenia tych tak zwanych Rich Internet Applications… I tak doszliśmy do kolejnej wojny.
Pozostaje pytanie jedno.
Co z tego wyniknie? Gnash posunie się w rozwoju o lata świetlne? Czeka nas era dominacji Flasha na urządzeniach mobilnych? Microsoft zostanie zepchnięty do defensywy na wielu frontach? Czas pokaże, jak zwykle.
A ja będę stał i przyglądał się z boku, bo jakoś tak szczególnie mi na Flashu nie zależy…
Permalink |
Lubelskie Dni IT 2008
Kwiecień 14, 2008, godzina 20:46 · Społeczeństwo, Technologia »
Fakt faktem Lubelskie Dni IT pojawiły się w moich delicjach już jakiś czas temu, na co potem zwrócił uwagę Łukasz, ale plan sesji pojawił się dopiero niedawno. Z reguły nie piszę o takich wydarzeniach jak IT Academic Day, nawet jeżeli w nich uczestniczę, o tyle jednak owe “Dni IT” zasługują na nieco większą reklamę.
Nie angażując się w żadne międzyuczelniane konflikty (jako iż jestem studentem innej uczelni ;-)) i nie czepiając się tego, że strona jest zrobiona na ramce, przejdźmy do tego, co ciekawego się nam szykuje. Sama impreza ma oczywiście duży związek z Microsoftem i spotkaniami z cyklu Heroes Happen Here, czyli związanymi z premierą Windows Server 2008, SQL Server 2008 i Visual Studio 2008, choć wśród sponsorów widzę też telerik, Anica Systems i – co mnie osobiście zdziwiło – nie ma tam Comarchu, który ostatnio w Lublinie pojawił się ostrzej (razem z K2 Internet).
Spojrzawszy na plan sesji (który może się jeszcze zmienić) wrażeniem moim – oraz znajomego – było “ale to pomieszane”, bo mamy wrażenie, że przydałby się jakiś podział tematyczny dla danego dnia na przykład, jednak i tak rzuciło się w oczy kilka prezentacji, na których mam wielką nadzieję się pojawić. Jakich to?
- Windows 2008 – Network Access Protection
- Programowanie aplikacji mobilnych
- Tworzenie gier na PC i XBOX360
- Czym jest Web 2.0 i co nas czeka w przyszłości (Rafał Agnieszczak!)
- Windows 2008 – Wirtualizacja systemów i aplikacji
- Programowanie równoległe w erze procesorów wielordzeniowych oraz GPGPU
- Silverlight 2.0 – Rewolucja w tworzeniu stron internetowych
- Unified Communications (Karol Stilger!)
Wracając do samej imprezy, to ma ona miejsce 6-8 maja, czyli w okresie Juwenaliów, które dla braci studenckiej są ciężkie powiedzmy (a o samych Juwenaliach to mi przynajmniej wciąż niewiele wiadomo). Chyba jednak warto nawet poświęcić trochę zabawy by się spotkać tutaj, prawda?
Swoją drogą to ja się zastanawiam od kiedy to ja zacząłem w ogóle o takich rzeczach myśleć. Kiedyś to by mi do głowy pójście na takie coś nie przyszło. Ta informatyka coś robi z ludźmi.
Permalink |
Beztechniczny spokój
Marzec 25, 2008, godzina 15:15 · Prywatne, Społeczeństwo, Technologia, Z innej beczki, Za firewallem »
Zanim przejdę do sedna sprawy najpierw mała dygresja. Na kanale telewizyjnym Discovery Travel&Living (i żeby ostatecznie pogubić czytelników dygresja wewnątrz dygresji: kiedyś to były dwa kanały: Travel oraz Home&Leisure) leci sobie program telewizyjny “Grand Designs”, w którym to ekipa filmowa przygląda się budowie domów, które ogólnie rzecz biorąc łączy pewien rodzaj rozmachu architektonicznego, który może ujawniać się w wielkości pomieszczenia, nietypowości tegoż, czy nowinkach technologicznych zainstalowanych w domu. Wielokrotnie jednak zdarza się, że owe prezentowane wspaniałe nieruchomości są nie tylko naprawdę wspaniałe wewnątrz, ale i umieszczone w ciekawej, ładnej czy nawet – moim zdaniem – przepięknej okolicy, choćby posiadając widok na rozległe pola na równinie, czy też nawet widok ze wzgórza na jezioro.
Do czego zmierzam? Chodzi mi o fakt, że piękne otoczenie mnie osobiście nastraja bardzo refleksyjnie i aż chciało by się tam mieszkać. A nie, moment, bo zaczynam się sam gubić w swoich rozważaniach. Dzisiaj miało być o technologii, która nas otacza i o pewnych pomysłach, by się z nią pogodzić na nowych zasadach. Po cóż jednak ten dom z pięknym widokiem na jezioro przez olbrzymie okno wspomniałem? Wyobraźcie sobie zatem, że oto mieszkamy w tak znakomitym domu z pięknym widokiem i co wieczór możemy oglądać zachód Słońca nad brzegiem jeziora, które ciepłym blaskiem oświetla nasz “living room”. Piękne. Po prostu marzenie. Spokojny, cichy wieczór się zbliża, w kominku wesoło trzaska ogień… i nagle to wszystko jest przerwane przez jakże znany odgłos najpopularniejszego polskiego komunikatora sygnalizujący nadejście nowej wiadomości. Hm, coś tu nie pasuje, prawda? Z jednej strony spokojna natura za oknem, z drugiej zakłócająca nam spokój technologia? No niestety, ale to jest rzeczywistość.
Co by tu ukrywać, jesteśmy, w dużej części, niewolnikami technologii. Ja to chyba już kiedyś pisałem, że mój odtwarzacz muzyki stale znajduje się gdzieś w pobliżu, a bez mojego PDA się z domu nie ruszam (z wyjątkami), podczas gdy jestem w domu to stale aktywny jest laptop – a w nim dwa komunikatory oraz – od niedawna – Witty, czyli program do śledzenia Twittera. Tak, jestem uzależniony od Twittera. Zdałem sobie z tego sprawę właśnie, co oczywiście znając życie nie spowoduje jakiegoś radykalnego kroku, ale być może ograniczenie. Choć i tak na przykład nie używam SMS-ów Twitterowych, odkąd zwróciłem uwagę, że jednak kosztują one więcej niż do Polski wysyłane (choć co ciekawe, mam wrażenie, że tak nie było!), a tenże aktualizuję głównie korzystając z jakiś przygodnych sieci Wi-Fi. Znów się zapędziłem, miało być o technologii, a ja tu o przygodnych kontaktach… technologicznych jednak przynajmniej…
Idźmy jednak dalej krokiem ograniczania technologii, a raczej ograniczania używania jej. Pojawił się w zeszłym roku pomysł na Shutdown Day. Dzień bez komputera tak ogólnie. Pomysł niczego sobie. Powiedzmy, że przez 24 godziny w roku akurat się świat nie skończy, a jeżeli nawet to ktoś nam to powie poza e-mailem. Ewentualnie pojawi się wizja, która nam o tym powie. Dlaczego by nie pójść jednak dalej? W portalu Onet.pl przypadkiem natknąłem się na artykuł “Lekkość bytu bez pulpitu”. Tutaj jest już pomysł posunięty dalej – bez technologii, bez telefonu, bez telewizora, bez komputera, raz w tygodniu. “Świecki szabat”.
Przesada? Być może. Ja jeszcze nie jestem taką ofiarą ery informacji, nie potrzebuję wiedzieć wszystkiego, a mój głód informacji o światowej sytuacji zaspokaja przeglądanie jednego portalu internetowego oraz “Fakty” w TVN o 19:00, czasami. Nie potrzebuję śledzić notowań giełdowych, a wracając po kilku dniach bez przeglądania poczty nie widzę w skrzynce 3000 nowych wiadomości, jak niektórzy (nie licząc spamu ;-)). Jednak z drugiej strony, jak wspomniałem, Twitter jest stale obecny w moim życiu, a przed komputerem spędzam – nawet w wolne dni – stanowczo za dużo czasu, jako że jest to dla mnie zarówno praca, jak i rozrywka (ostatnio namiętnie zagrywam się we “Frets on Fire” i mnie boli brawa ręka.).
Ale wiecie co? Pomysł mi się podoba. Można skupić się na poświęceniu większej ilości czasu nawet na myślenie o czymś, o jakiś planach. Ja mam najlepsze pomysły w głowie albo gdy rano wstaję z łózka, albo gdy leżę w wannie (stąd wanny będę bronił, prysznic to nie to!). Można nawet wyjść na spacer, czy też pobiegać – nawet gdy nie mieszka się nad brzegiem jeziora, a w środku miasta. Nie mogę doczekać się wiosny, takiej prawdziwej, bo chcę znów móc wsiąść na rower i gdzieś pojeździć. Podczas gdy obecna temperatura i ilość śniegu są zdecydowanym utrudnieniem.
Chyba po prostu czas się zatrzymać, pomyśleć, przemyśleć. I nie pędzić gdzieś dalej w pogoni za tą informacją, za tą techniką, może bez tego da się trochę przeżyć. Nie namawiam bynajmniej do całkowitego porzucenia rozwoju i zaszycia się w amiszowskim miasteczku, ale…
Warto zwrócić też uwagę, że ten jeden dzień bez komputera, to jest świetna dyscyplina dla umysłu.
Nawet jeżeli naprzeciwko Ciebie leży świeża płyta z Windows Server 2008, która aż czeka, by zostać zainstalowaną.
I możecie się śmiać, ale chyba nawet wieczór z puszką piwa przed telewizorem, oglądając ciekawy program w TV, jest lepsze niż kolejna godzina siedzenia na bezproduktywnych forach internetowych.
Permalink |
Otoczony gadżetami
Marzec 13, 2008, godzina 21:10 · Technologia »
Któregoś dnia, szukając informacji o sprzętach znanych jako Tablet PC (bo znikąd przyszła mi ochota taki nabyć, nie wiadomo po co), natrafiłem przypadkiem na forum amerykańskich studentów, używających właśnie tego typu komputerów jako środków do notowania na wykładach na przykład. Pomysł całkiem ciekawy, aczkolwiek ja osobiście chyba nadal bardziej wierny jestem papierowi i długopisowi w tej kwestii.
Jednak wśród różnorodnych dyskusji o wyższości Della nad Gatewayem, o aplikacjach Office OneNote, Windows Journal i innych, znalazła się także jedna, w której było wymieniane, cóż taki student, użytkownik Tablet PC, nosi ze sobą w torbie. To aż prosi się o wspomnienie, że była też taka blogowa zabawa, w której bloggerzy ujawniali zawartość swoich toreb/plecaków. Niestety – ja już nie pamiętam, kto brał w niej udział, i czy ja brałem w niej udział (pewnie nie). Ale nie o to mi chodzi.
Chodzi o fakt, że wśród osób w jakimś stopniu związanych z technologiami to ilość gadżetów różnej maści stale się zwiększa. O ile taki przeciętny człowiek to nie ma problemu, o tyle ktoś, kto jest gadżeciarzem, bądź za takiego chce uchodzić, ewentualnie mu to jest rzeczywiście wszystko potrzebne, to ma problemy. Choćby takie jak mała ilość kieszeni, oraz “macarena ritual” (sprawdzanie czy się wszystko wzięło mówiąc po ludzku). Laptop, palmtop, telefon komórkowy. Dodatkowe baterie, czy zasilacz. Kalkulator. Do tego trochę papieru, długopis, ołówek, linijka, cokolwiek. Już się robi za dużo… A gdy jeszcze, jako student, nosi się na przykład książki, zwłaszcza do chemii lub informatyki (z bliżej nieznanych powodów z moich doświadczeń te są najgrubsze) – to nie dziwi się takim słowom, jak ze wspominanego forum:
My backpack AT THE BEGINNING OF THIS SEMESTER weighed in at a hefty 34 lbs [15 kg - przyp. Ktos]
Metoda na likwidację wagi? No cóż. Eliminacja zbędnych elementów. Osoby używające Tablet PC wspominają, że lepiej jest mieć książki i materiały do zajęć w wersji elektronicznej, nie papierowej, co jest przede wszystkim lżejsze. Oczywiście, że podejście “paperless” nie jest dobre dla każdego (dla mnie na przykład nie), ale fakt jest faktem, że jeżeli już mamy tego tableta pracującego wiele godzin, to może on służyć jako podręczna pomoc naukowa.
Ja, może i nie cierpiąc na nadmiar wagi, cierpię raczej na zwiększającą się ilość gadżetów, niż ich masę. Nie noszę przeważnie laptopa na uczelnię, aczkolwiek mój palmtop i odtwarzacz jest raczej stałym elementem. Gdybym oprócz palmtopa miał jeszcze telefon komórkowy to była by to kolejna zajęta kieszeń. Wiele osób nosi też pendrive czy tego typu przenośne pamięci, niektórzy aparaty cyfrowe. A te z kolei mają różne formaty kart pamięci (palmtopy też), do których możemy mieć różnorodne czytniki. Są tacy, którzy mają przenośne konsole w rodzaju PlayStation Portable…
A co powiedzieć o niektórych, którzy mają więcej niż jeden komputer? A – już bardziej stacjonarne – mamy drukarkę, mamy skaner. Odtwarzacz DVD, nagrywarka z twardym dyskiem, wieża stereo… A jakby ktoś chciał grać w gry zarówno na Xboksa, jak i na PS3? Mam wrażenie, ze następuje ciągła dywersyfikacja (trudne słowo) gadżetów, ogólnie elektroniki, że coraz bardziej się zwiększa ich ilość… pozostaje zatem proste pytanie. Czego się pozbyć? A może przejść na urządzenia typu all-in-one? W przypadku urządzeń noszonych przy sobie podejście typu wszystko w jednym jest niezłe, ale powoduje problem jakim jest fakt, że tego typu sprzęty albo są do niczego, albo ich zasilanie jest po prostu beznadziejne.
Więc może lepsze będzie zatrzymać się, nie iść za modą, i nie korzystać z pojawiających się nowych elektronicznych sprzętów?
Permalink |
« Poprzednia strona Następna strona » Następna strona »