Archive for Technologia

Adobe Flash otwarty

Wczoraj świat obiegła straszliwa wiadomość, a echo jej dotarło do piekła, które od jakiegoś czasu powoli zamarza. Adobe zamierza opublikować specyfikacje formatu Flash (.swf i .flv). Straszliwa? Gdzie tam. Bardzo fajna. Bo nie dość specyfikacją mają zostać opublikowane, ale i zniesione restrykcje dotyczące tego formatu.

Kojarzy się to z inną, wcześniejszą akcją Adobe. Gdy PDF został otwarty i standaryzowany przez ISO stał się natychmiast czymś, co jest dla nas całkowicie naturalne. A mimo iż istnieją formaty konkurencyjne (DJVU czy XPS Microsoftu - ktoś o nim pamięta oprócz mnie?) to trzyma się świetnie, i pojawia wszędzie.

Czego Adobe szuka? Oficjalnie (za OsNews):

Projekt stopniowego uwalniania Flasha nazwano “Open Screen Project”. Razem z Adobe, współtworzą go takie firmy jak Intel, Cisco, Motorola, Nokia, LG, Samsung, BBC, NBC czy MTV Networks. Zadaniem projektu jest promowanie adaptacji technologii internetowych na szerokim spektrum urządzeń takich jak telefony komórkowe, telewizja, urządzenia przenośne i komputery biurkowe.

Nieoficjalnie mówi się, że to reakcja na Microsoft Silverlight, który ma otwartą specyfikację i niezależną (teoretycznie) otwartą implementację na inne platformy niż Windows (Moonlight).

Teraz każdy programista na świecie może sobie ściągnąć specyfikację i napisać odtwarzacz albo edytor plików Flasha. Także na nasze coraz powszechniejsze urządzenia mobilne, gdzie batalia dopiero się rozpocznie - choć Flash już tam jest, a Silverlight tak w sumie to niezbyt wiadomo jak się ma (trochę mi się z Yeti kojarzy - jest, ale nikt nie widział w akcji). Oprócz tego jeszcze Adobe wyszło ze swoim Fleksem do tworzenia tych tak zwanych Rich Internet Applications… I tak doszliśmy do kolejnej wojny.

Pozostaje pytanie jedno.
Co z tego wyniknie? Gnash posunie się w rozwoju o lata świetlne? Czeka nas era dominacji Flasha na urządzeniach mobilnych? Microsoft zostanie zepchnięty do defensywy na wielu frontach? Czas pokaże, jak zwykle.

A ja będę stał i przyglądał się z boku, bo jakoś tak szczególnie mi na Flashu nie zależy…

| Komentarze (2)

Lubelskie Dni IT 2008

Fakt faktem Lubelskie Dni IT pojawiły się w moich delicjach już jakiś czas temu, na co potem zwrócił uwagę Łukasz, ale plan sesji pojawił się dopiero niedawno. Z reguły nie piszę o takich wydarzeniach jak IT Academic Day, nawet jeżeli w nich uczestniczę, o tyle jednak owe “Dni IT” zasługują na nieco większą reklamę.

Nie angażując się w żadne międzyuczelniane konflikty (jako iż jestem studentem innej uczelni ;-)) i nie czepiając się tego, że strona jest zrobiona na ramce, przejdźmy do tego, co ciekawego się nam szykuje. Sama impreza ma oczywiście duży związek z Microsoftem i spotkaniami z cyklu Heroes Happen Here, czyli związanymi z premierą Windows Server 2008, SQL Server 2008 i Visual Studio 2008, choć wśród sponsorów widzę też telerik, Anica Systems i - co mnie osobiście zdziwiło - nie ma tam Comarchu, który ostatnio w Lublinie pojawił się ostrzej (razem z K2 Internet).

Spojrzawszy na plan sesji (który może się jeszcze zmienić) wrażeniem moim - oraz znajomego - było “ale to pomieszane”, bo mamy wrażenie, że przydałby się jakiś podział tematyczny dla danego dnia na przykład, jednak i tak rzuciło się w oczy kilka prezentacji, na których mam wielką nadzieję się pojawić. Jakich to?

  • Windows 2008 - Network Access Protection
  • Programowanie aplikacji mobilnych
  • Tworzenie gier na PC i XBOX360
  • Czym jest Web 2.0 i co nas czeka w przyszłości (Rafał Agnieszczak!)
  • Windows 2008 - Wirtualizacja systemów i aplikacji
  • Programowanie równoległe w erze procesorów wielordzeniowych oraz GPGPU
  • Silverlight 2.0 - Rewolucja w tworzeniu stron internetowych
  • Unified Communications (Karol Stilger!)

Wracając do samej imprezy, to ma ona miejsce 6-8 maja, czyli w okresie Juwenaliów, które dla braci studenckiej są ciężkie powiedzmy (a o samych Juwenaliach to mi przynajmniej wciąż niewiele wiadomo). Chyba jednak warto nawet poświęcić trochę zabawy by się spotkać tutaj, prawda?

Swoją drogą to ja się zastanawiam od kiedy to ja zacząłem w ogóle o takich rzeczach myśleć. Kiedyś to by mi do głowy pójście na takie coś nie przyszło. Ta informatyka coś robi z ludźmi.

| Komentarze (2)

Beztechniczny spokój

Zanim przejdę do sedna sprawy najpierw mała dygresja. Na kanale telewizyjnym Discovery Travel&Living (i żeby ostatecznie pogubić czytelników dygresja wewnątrz dygresji: kiedyś to były dwa kanały: Travel oraz Home&Leisure) leci sobie program telewizyjny “Grand Designs”, w którym to ekipa filmowa przygląda się budowie domów, które ogólnie rzecz biorąc łączy pewien rodzaj rozmachu architektonicznego, który może ujawniać się w wielkości pomieszczenia, nietypowości tegoż, czy nowinkach technologicznych zainstalowanych w domu. Wielokrotnie jednak zdarza się, że owe prezentowane wspaniałe nieruchomości są nie tylko naprawdę wspaniałe wewnątrz, ale i umieszczone w ciekawej, ładnej czy nawet - moim zdaniem - przepięknej okolicy, choćby posiadając widok na rozległe pola na równinie, czy też nawet widok ze wzgórza na jezioro.

Do czego zmierzam? Chodzi mi o fakt, że piękne otoczenie mnie osobiście nastraja bardzo refleksyjnie i aż chciało by się tam mieszkać. A nie, moment, bo zaczynam się sam gubić w swoich rozważaniach. Dzisiaj miało być o technologii, która nas otacza i o pewnych pomysłach, by się z nią pogodzić na nowych zasadach. Po cóż jednak ten dom z pięknym widokiem na jezioro przez olbrzymie okno wspomniałem? Wyobraźcie sobie zatem, że oto mieszkamy w tak znakomitym domu z pięknym widokiem i co wieczór możemy oglądać zachód Słońca nad brzegiem jeziora, które ciepłym blaskiem oświetla nasz “living room”. Piękne. Po prostu marzenie. Spokojny, cichy wieczór się zbliża, w kominku wesoło trzaska ogień… i nagle to wszystko jest przerwane przez jakże znany odgłos najpopularniejszego polskiego komunikatora sygnalizujący nadejście nowej wiadomości. Hm, coś tu nie pasuje, prawda? Z jednej strony spokojna natura za oknem, z drugiej zakłócająca nam spokój technologia? No niestety, ale to jest rzeczywistość.

Co by tu ukrywać, jesteśmy, w dużej części, niewolnikami technologii. Ja to chyba już kiedyś pisałem, że mój odtwarzacz muzyki stale znajduje się gdzieś w pobliżu, a bez mojego PDA się z domu nie ruszam (z wyjątkami), podczas gdy jestem w domu to stale aktywny jest laptop - a w nim dwa komunikatory oraz - od niedawna - Witty, czyli program do śledzenia Twittera. Tak, jestem uzależniony od Twittera. Zdałem sobie z tego sprawę właśnie, co oczywiście znając życie nie spowoduje jakiegoś radykalnego kroku, ale być może ograniczenie. Choć i tak na przykład nie używam SMS-ów Twitterowych, odkąd zwróciłem uwagę, że jednak kosztują one więcej niż do Polski wysyłane (choć co ciekawe, mam wrażenie, że tak nie było!), a tenże aktualizuję głównie korzystając z jakiś przygodnych sieci Wi-Fi. Znów się zapędziłem, miało być o technologii, a ja tu o przygodnych kontaktach… technologicznych jednak przynajmniej…

Idźmy jednak dalej krokiem ograniczania technologii, a raczej ograniczania używania jej. Pojawił się w zeszłym roku pomysł na Shutdown Day. Dzień bez komputera tak ogólnie. Pomysł niczego sobie. Powiedzmy, że przez 24 godziny w roku akurat się świat nie skończy, a jeżeli nawet to ktoś nam to powie poza e-mailem. Ewentualnie pojawi się wizja, która nam o tym powie. Dlaczego by nie pójść jednak dalej? W portalu Onet.pl przypadkiem natknąłem się na artykuł “Lekkość bytu bez pulpitu”. Tutaj jest już pomysł posunięty dalej - bez technologii, bez telefonu, bez telewizora, bez komputera, raz w tygodniu. “Świecki szabat”.

Przesada? Być może. Ja jeszcze nie jestem taką ofiarą ery informacji, nie potrzebuję wiedzieć wszystkiego, a mój głód informacji o światowej sytuacji zaspokaja przeglądanie jednego portalu internetowego oraz “Fakty” w TVN o 19:00, czasami. Nie potrzebuję śledzić notowań giełdowych, a wracając po kilku dniach bez przeglądania poczty nie widzę w skrzynce 3000 nowych wiadomości, jak niektórzy (nie licząc spamu ;-)). Jednak z drugiej strony, jak wspomniałem, Twitter jest stale obecny w moim życiu, a przed komputerem spędzam - nawet w wolne dni - stanowczo za dużo czasu, jako że jest to dla mnie zarówno praca, jak i rozrywka (ostatnio namiętnie zagrywam się we “Frets on Fire” i mnie boli brawa ręka.).

Ale wiecie co? Pomysł mi się podoba. Można skupić się na poświęceniu większej ilości czasu nawet na myślenie o czymś, o jakiś planach. Ja mam najlepsze pomysły w głowie albo gdy rano wstaję z łózka, albo gdy leżę w wannie (stąd wanny będę bronił, prysznic to nie to!). Można nawet wyjść na spacer, czy też pobiegać - nawet gdy nie mieszka się nad brzegiem jeziora, a w środku miasta. Nie mogę doczekać się wiosny, takiej prawdziwej, bo chcę znów móc wsiąść na rower i gdzieś pojeździć. Podczas gdy obecna temperatura i ilość śniegu są zdecydowanym utrudnieniem.

Chyba po prostu czas się zatrzymać, pomyśleć, przemyśleć. I nie pędzić gdzieś dalej w pogoni za tą informacją, za tą techniką, może bez tego da się trochę przeżyć. Nie namawiam bynajmniej do całkowitego porzucenia rozwoju i zaszycia się w amiszowskim miasteczku, ale…

Warto zwrócić też uwagę, że ten jeden dzień bez komputera, to jest świetna dyscyplina dla umysłu.
Nawet jeżeli naprzeciwko Ciebie leży świeża płyta z Windows Server 2008, która aż czeka, by zostać zainstalowaną.

I możecie się śmiać, ale chyba nawet wieczór z puszką piwa przed telewizorem, oglądając ciekawy program w TV, jest lepsze niż kolejna godzina siedzenia na bezproduktywnych forach internetowych.

| Komentarze (7)

Otoczony gadżetami

Któregoś dnia, szukając informacji o sprzętach znanych jako Tablet PC (bo znikąd przyszła mi ochota taki nabyć, nie wiadomo po co), natrafiłem przypadkiem na forum amerykańskich studentów, używających właśnie tego typu komputerów jako środków do notowania na wykładach na przykład. Pomysł całkiem ciekawy, aczkolwiek ja osobiście chyba nadal bardziej wierny jestem papierowi i długopisowi w tej kwestii.

Jednak wśród różnorodnych dyskusji o wyższości Della nad Gatewayem, o aplikacjach Office OneNote, Windows Journal i innych, znalazła się także jedna, w której było wymieniane, cóż taki student, użytkownik Tablet PC, nosi ze sobą w torbie. To aż prosi się o wspomnienie, że była też taka blogowa zabawa, w której bloggerzy ujawniali zawartość swoich toreb/plecaków. Niestety - ja już nie pamiętam, kto brał w niej udział, i czy ja brałem w niej udział (pewnie nie). Ale nie o to mi chodzi.

Chodzi o fakt, że wśród osób w jakimś stopniu związanych z technologiami to ilość gadżetów różnej maści stale się zwiększa. O ile taki przeciętny człowiek to nie ma problemu, o tyle ktoś, kto jest gadżeciarzem, bądź za takiego chce uchodzić, ewentualnie mu to jest rzeczywiście wszystko potrzebne, to ma problemy. Choćby takie jak mała ilość kieszeni, oraz “macarena ritual” (sprawdzanie czy się wszystko wzięło mówiąc po ludzku). Laptop, palmtop, telefon komórkowy. Dodatkowe baterie, czy zasilacz. Kalkulator. Do tego trochę papieru, długopis, ołówek, linijka, cokolwiek. Już się robi za dużo… A gdy jeszcze, jako student, nosi się na przykład książki, zwłaszcza do chemii lub informatyki (z bliżej nieznanych powodów z moich doświadczeń te są najgrubsze) - to nie dziwi się takim słowom, jak ze wspominanego forum:

My backpack AT THE BEGINNING OF THIS SEMESTER weighed in at a hefty 34 lbs [15 kg - przyp. Ktos]

Metoda na likwidację wagi? No cóż. Eliminacja zbędnych elementów. Osoby używające Tablet PC wspominają, że lepiej jest mieć książki i materiały do zajęć w wersji elektronicznej, nie papierowej, co jest przede wszystkim lżejsze. Oczywiście, że podejście “paperless” nie jest dobre dla każdego (dla mnie na przykład nie), ale fakt jest faktem, że jeżeli już mamy tego tableta pracującego wiele godzin, to może on służyć jako podręczna pomoc naukowa.

Ja, może i nie cierpiąc na nadmiar wagi, cierpię raczej na zwiększającą się ilość gadżetów, niż ich masę. Nie noszę przeważnie laptopa na uczelnię, aczkolwiek mój palmtop i odtwarzacz jest raczej stałym elementem. Gdybym oprócz palmtopa miał jeszcze telefon komórkowy to była by to kolejna zajęta kieszeń. Wiele osób nosi też pendrive czy tego typu przenośne pamięci, niektórzy aparaty cyfrowe. A te z kolei mają różne formaty kart pamięci (palmtopy też), do których możemy mieć różnorodne czytniki. Są tacy, którzy mają przenośne konsole w rodzaju PlayStation Portable…

A co powiedzieć o niektórych, którzy mają więcej niż jeden komputer? A - już bardziej stacjonarne - mamy drukarkę, mamy skaner. Odtwarzacz DVD, nagrywarka z twardym dyskiem, wieża stereo… A jakby ktoś chciał grać w gry zarówno na Xboksa, jak i na PS3? Mam wrażenie, ze następuje ciągła dywersyfikacja (trudne słowo) gadżetów, ogólnie elektroniki, że coraz bardziej się zwiększa ich ilość… pozostaje zatem proste pytanie. Czego się pozbyć? A może przejść na urządzenia typu all-in-one? W przypadku urządzeń noszonych przy sobie podejście typu wszystko w jednym jest niezłe, ale powoduje problem jakim jest fakt, że tego typu sprzęty albo są do niczego, albo ich zasilanie jest po prostu beznadziejne.

Więc może lepsze będzie zatrzymać się, nie iść za modą, i nie korzystać z pojawiających się nowych elektronicznych sprzętów?

| Komentarze (3)

Warto pakować się w 802.11n?

Zrobiłem w swoim życiu kilka błędów w dziedzinie kupowania elektroniki. W sumie jak dotąd nie kupiłem kompletnie beznadziejnego urządzenia, ale kupiłem rzeczy, które okazały się nie dość dobre - zwłaszcza po pewnym okresie użytkowania. Nie mogę sobie wybaczyć, że gdy kupowałem jakiś czas temu router to kupiłem wersję pozbawioną sieci bezprzewodowej. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że wtedy to jeszcze było tuż przed rozkwitem technologii Wi-Fi, więc urządzenie było droższe nieco (ale w sumie niewiele o ile pamiętam), za to z drugiej strony powiedziałem sobie “ale ja nie mam żadnego urządzenia obsługującego Wi-Fi, po co mi to?!”.

Dzisiaj posiadam trzy urządzenia mające łączność sieci bezprzewodowej w standardach 802.11b/g. I zastanawiam się nad kupnem routera bezprzewodowego, a raczej - i przewodowego i bezprzewodowego, który ma zastąpić mojego starego już D-Linka DI-504. Popatrzyłem trochę po sklepach komputerowych i stwierdzam, że coraz więcej urządzeń widać, które mają wsparcie dla póki co drafu technologii 802.11n. Czyli wykorzystującej MIMO wersji sieci bezprzewodowej, w której transfery mogą osiągać ponoć 180 Mb/s. To jest wielkość fajna, bo większa znacznie od tego, co oferuje używany przeze mnie Fast Ethernet, który zużywam czasami (rzadko to rzadko…) do granic wysycenia kabla sieciowego.

Dzisiaj rano gdy powiedziałem znajomemu o moich chęciach zakupu routera z obsługą “enki”, on zapytał: “a czy masz jakikolwiek sprzęt obsługujący 802.11n?”. Hm, czy nie przypomina to pytania które podałem na wstępie? Tak, nie mam żadnego urządzenia, które obsługiwało by 802.11n. Ale na szczęście ten standard jest kompatybilny wstecz, więc moje urządzenia (z których jedno chyba obsługuje tylko “b”) będą działać. Z drugiej strony można liczyć, że gdy wreszcie pojawi się finalna wersja standardu 802.11n, bo to co mamy na razie to draft, czyli szkic projektu, to pojawi się także aktualizacja firmware, dzięki której będzie można korzystać z ostatecznej wersji standardu sieci.

Jest jeden, mały problem. A raczej spory problem, jest nim cena sprzętu o którym myślę, czyli Linksys WRT350N. 500 PLN, podczas gdy urządzenie oparte o 802.11g i bez funkcji NAS można nabyć za znacznie mniej. Z jednej strony NAS to jest fajna sprawa (dysk podłączony przez USB posiadam, pudełka z samą funkcją NAS nie chciał bym kupić, a tutaj ten Linksys umie te udziały sieciowe udostępniać po SMB), a także nie chciał bym pewnego dnia się obudzić w świecie, gdzie każdy ma “n”.

Nie mam pomysłu, na razie może poczekam aż mój wypatrzony sprzęt stanieje, albo pojawi się coś podobnego u konkurencji…

| Komentarze (11)

procmail czyli oszczędzanie sobie pracy

Czy e-mail nie jest jednym z najważniejszych narzędzi używanych do kontaktu? U mnie tak, chociaż jego rolę bardzo przejęły komunikatory internetowe odkąd się pojawiły. Niemniej e-mail pozostaje ważny - ja bardzo często z jego użyciem wysyłam pliki, kontaktuję się z różnymi osobami i tak dalej. Przede wszystkim także odbieram powiadomienia, logi, listy dyskusyjne (bo są jeszcze na świecie serwisy nie posiadające RSS), bo jak widzę to to staje się najpopularniejsze.

Oczywiście najgorszym problemem pozostaje sortowanie e-maili, a zwłaszcza usuwanie spamu. Dziennie dostaję kilkanaście wiadomości będących kompletnymi śmieciami. Moje jednak wszystkie konta pocztowe przekierowywane są na GMail, którego filtr antyspamowy odsiewa większość niechcianych informacji. Jaka jest jednak druga linia obrony? Są nią oczywiście filtry antyspamowe w programie pocztowym (ja używam Microsoft Office Outlook w wersji 2003) oraz to, o czym mam zamiar dzisiaj pisać - filtry na poziomie serwera pocztowego, pomiędzy odebraniem poczty i przekierowaniem jej dalej na mój adres na GMailu.

Mój serwer pocztowy jest jednocześnie serwerem HTTP i kilku innych usług - najważniejsze jest jednak to, że posiadam dostęp do konsoli oraz do programu procmail. O procmailu dowiedziałem się niejako przypadkiem, nie mając nigdy głębszej styczności z administracją serwerami opartymi o Uniksa czy Linuksa, i procmail przypadł mi do gustu bardzo szybko.

Najpierw jak wygląda przekierowanie poczty. U mnie obsługą poczty zajmuje się Postfix, którego pliki konfiguracyjne /etc/aliases i /etc/postifx/virtual definiują aliasy (prawdziwe lub wirtualne adresy e-mail). Kilka aliasów wirtualnych oraz kont bardziej “rzeczywistych” jest przekierowywanych na moje konto użytkownika w systemie. A dalszą obsługą zajmuje się ukryty plik w moim katalogu domowym, .forward o następującej treści:

"|IFS=' '&&exec /usr/bin/procmail -f-||exit 75 #ktos"

Który to przekierowuje przychodzące e-maile do procmaila właśnie. Cała konfiguracja procmaila jest z kolei zapisana w kolejnym ukrytym pliku w katalogu domowym, .procmailrc, w którym definiujemy reguły, które mają być zastosowane do wiadomości. Ja, w tworzeniu mojego liku reguł skorzystałem z wszechwiedzy Internetu, a zwłaszcza wprowadzania do procmaila Łukasza Komsty - oraz częściowo z książki z której o procmailu się dowiedziałem - “Zarządzanie czasem. Strategie dla administratorów systemów.”.

Do rzeczy - jak wygląda mój .procmailrc? Wygląda on tak:

# włączenie logowanie
LOGFILE=/home/ktos/logs/procmail.log
ABSTRACT=no
VERBOSE=no

# potrzebne później
TIME=`date +%H%M`
ISGT=`expr ${TIME} \> 0900`
ISLT=`expr ${TIME} \< 1700`

# mantis-mamdom i automatyczny sposób zarządzania zgłoszeniami
:0
* ^to.*mantis-mamdom
mantis-mamdom.mbox

# całą kopię następnych mejli wrzucaj do pliku kopii zapasowej
:0 c
Backup.mbox

# w momencie gdy jest to poczta od demonów i takich tam,
# wrzuć do oddzielnego pliku
:0 c
* ^FROM_MAILER
Daemons.mbox

# specjalny adres administracyjny
:0 c
* ^To.*administrator@[ciach, pewna domena]
Admin.mbox

:0
* ^Subject.*Undelivered.Mail.Returned.to.Sender
Daemons.mbox

:0
* .*Postfix.*host.*[ciach, pewien host]
Daemons.mbox

# w momencie gdy jest to poczta zawierająca pewne slowa w
# temacie wskazujace na spam to wyrzuc to oddzielnego
# pliku i nie przekazuj dalej
:0
* ^Subject:.*free|^Subject:.*dick|^Subject:.*girl|^Subject:.*cheap|^Subject:.*f.ck|^Subject:.*adult
Spam.mbox

# gdy jest to ważna poczta
# powiadom smsem jeżeli jest w godzinach 9-17
:0 c
* ^From.*[ciach, nieistotne]|^To.*[ciach, prywatna wiadomość]
* ISGT ?? ^^1^^
* ISLT ?? ^^1^^
{
        SUBJECT=`formail -x Subject: | cut -c -50`

        :0
        | /home/ktos/scripts/sms.py param [ciach, mój numer telefonu] Leia "New mail: ${SUBJECT}"
}

# wszystko co się nie łapie, jest forwardowane na mój główny e-mail
:0
! [ciach, nieważne]

Musiałem “wyciachać” tutaj wszystkie bardziej prywatne informacje, ale po prostu chodzi o ideę, nie o to jak mi zaspamować skrzynkę.

Pierwsze linie odpowiadają za logowanie. Logi są przydatne gdy coś z regułami się namiesza - wtedy widać co procmail zrobił z daną wiadomością. Ja też często patrzę na dół logów żeby zobaczyć czy jakaś określona wiadomość już doszła. Potem są już poszczególne reguły, które jak widać zaczynają się ciągiem :0. Pojawia się też :0 c, które oznacza, że w momencie gdy reguła zostanie spełniona to i tak system nadal przejdzie dalej tworząc kopię wiadomości.

mantis-mamdom i automatyczny system zarządzania zgłoszeniami to po prostu zapisywanie e-maili wysłanych pod specjalny adres do specjalnego pliku, który potem jest analizowany przez napisany przeze mnie skrypt w PHP i na jego podstawie są tworzone nowe zgłoszenia w systemie zarządzania zgłoszeniami Mantis. Potem jest zapisywanie wszystkich wiadomości do pliku backupu - po czym system tworzy kopię i idzie dalej. E-maile od demonów, mailerów, z tematem “Undelivered mail returned to sender” czy wysłane przez mojego Postfiksa zapisywane są do oddzielnego pliku poczty Daemons.mbox (właśnie sobie zdałem sprawę, że mam tam reguły, które dało by się zapisać w jednej chyba). Poczta idąca na adres administracyjny jest zapisywana w pliku Admin.mbox.

Fajniej zaczyna się robić potem. Najpierw jest reguła, która choć banalna, to likwiduje większość ostatnio trafiającego do mnie spamu. Nie wiem co się stało, ale e-maile z tematami zawierającymi “girls” czy “cheap” - i to nie udziwnionymi, są ostatnio częste. Więc taki filtr spokojnie je wycina - ja nie dostaję e-maili po angielsku, więc reguła doskonale się sprawdza ;-)

Następna rzecz jednak jest chyba jedną z fajniejszych. Jest to wykorzystanie skryptu do wysyłania SMS napisanego w Pythonie przez Marcina Pośpiecha lekko przeze mnie zmodyfikowanego (ale to nieważne, jedyną różnicą jest słowo “param” w parametrach, którego w “oficjalnej” wersji nie ma) oraz formaila. Działa to w ten sposób, że jeżeli są spełnione dwa warunki: jest pomiędzy godziną 9 i 17 oraz jest to poczta wysłana od specjalnych nadawców lub na mój specjalny prywatny adres, to system wysyła wiadomość SMS na mój numer, informując mnie o temacie nowej wiadomości - gdzie temat wiadomości jest “wycinany” z użyciem programu formail właśnie. Wygodne, bo spersonalizowane - dawno temu gdy miałem powiadomienie o nowej poczcie przez SMS (na plusnet.pl) to bardzo brakowało mi możliwości filtrowania tych powiadomień (ze spamu głównie).

Ostatnia linia załatwia wiadomości ostatecznie przekierowując wszystkie na moje inne konto pocztowe :-)

Potem za sprawę bierze się jeszcze program pocztowy sortując wiadomości na podstawie tematów i nadawców, wrzucając np. logi z crona wysyłane co tydzień do odpowiedniego katalogu “Logi”, a powiadomienia z różnej maści serwisów społecznościowych do folderu “Społecznościowe”.

Co to daje? To daje to, że nie muszę się zastanawiać, nie muszę przeglądać dziesiątek e-maili wyławiając z nich istotne informacje, a mam je od razu podane na tacy - gdy potrzebuję znaleźć pewną istotną wiadomość nie tylko mogę sięgnąć do archiwum mojego GMaila, ale także do odpowiednich plików w moim katalogu domowym na serwerze. Nie wspominając już o tym, że niektóre foldery Outlooka synchronizuję także z Pocket Outlookiem na moim PDA.

Technorati Tags: , , , , , ,

PS. Nie mogę się zebrać do redesignu “Notatek”, a jak patrzę na styl CSS bloków kodu, to aż mi niedobrze…

| Komentarze (1)

Rok 2007

Mija nam kolejny rok. I jak to tak wychodzi, to zawsze są jakieś takie podsumowania tego roku mijającego. I ja - niestety - dołączę się z moim subiektywnym spojrzeniem na mijające miesiące, dołączając się do ogólnego chóru bloggerów. Jak to ujął Łukasz “patrzących przez pryzmat Web 2.0, naszej-klasy czy iPhone’a”. A czy można inaczej, skoro to w dziedzinie technologii było - jak by nie patrzeć - ważne?

Najpierw może warto zacząć od tego, że to był rok premier. Z jednej strony przywitała nas premiera Windows Vista. Systemu, który mimo wszystkich negatywnych opinii (mniej lub bardziej prawdziwych), mimo niechęci, a dzięki na pewno preinstalowaniu na nowych komputerach, coraz bardziej staje się widoczny. I chyba - jak wiele innych produktów z Redmond - pozostanie z nami na jakiś czas. Ten sam obóz pokazał też Office 2007, Visual Studio 2008 (bez oficjalnej premiery na razie) i dalszy rozwój platformy Live do walki na froncie przeciwko Google. A na swoim innym froncie pojawił się Windows Mobile 6. Bez salw, okrzyków radości, bez ludzi stojących w kolejkach… ale się pojawił.

Po drugiej stronie, głęboko w sadach jabłczanych zakiełkował iPhone, produkt będący owocem myśli technicznej, prac specjalistów od użyteczności wspomaganych przez marketing. Produkt, który wywołał na rynku urządzeń mobilnych rewolucję sam nią nie będąc od strony czysto technicznej. Pozostaje pytanie czy zapowiadane SDK dla iPhone także poruszy mobilny świat w posadach. Ten sam producent ruszył także ze swoim kolejnym kotem, MacOS X 10.5 Leopard, który mimo iż konkurencji z Vistą na popularność może nie wytrzymać, o tyle okazuje się, że konkurencja na funkcjonalność nadal jest przez niego wygrywana. Do tego umocnił swoją pozycję na rynku odtwarzaczy MP3 prezentując kolejne wersje iPoda, w tym iPod Touch. Na co konkurent odpowiedział Zune2, które jednak nie jest chyba przyszłością tego segmentu.

Za zasiekami wolności słowa i czynów pojawiały się kolejne dystrybucje Linuksa. Pod flagą grubego pingwina ja osobiście nie widzę olbrzymiej jakiejś rewolucji - ale widzę kolejne wersje, coraz bardziej dopracowane. Które zaczynają nadszarpywać swoimi partyzanckimi atakami pozycje okupowane przez giganta z Redmond.

Ten rok przyniósł w dziedzinie naszych ulubionych standardów sieciowych rzecz w postaci objęcia HTML5 patronatem W3C HTML WG. Tak więc już wiemy, co będzie następcą obecnie używanego języka hipertekstowego, pozostaje jednak pytanie czy webmasterzy sięgną po rozwiązanie które znają, czy po nowości XHTML 2.0. W dziedzinie sieci koniec roku przyniósł smutną wiadomość w postaci śmierci legendy przeglądarek internetowych, Netscape Navigatora. Po wielu latach Internet Explorer dopiął swego można by powiedzieć. Do tego warto zauważyć, że WWW tego roku kontynuuje trendy z roku poprzedniego. Ajax. Zaokrąglone rogi. Sieci społecznościowe, w tym hit polskiego Internetu, Nasza “Pan Gąbka” Klasa. Web2.0. No i rozwkit wszelkiej maści filmopodobnych serwisów, pokroju YouTube. I agregatorów tego typu treści.

Widzieliśmy wejście sieci Play, która weszła na rynek z rozmachem i ciekawą kampanią reklamową. Było też wejście telewizji “n” (no dobra, pod koniec 2006 roku, ale tak w sumie to można i pod ten podciągnąć).

Aż się boję pomyśleć co będzie w roku 2008. “Obyś żył w ciekawych czasach”.

| Komentarze (3)

Cyfrowy dom na dzień dzisiejszy

Każdy chyba słyszał o pomyśle tak zwanego “cyfrowego domu”. Pojawiały się pomysły na inteligentne lustra łazienkowe pokazujące użytkownikom aktualne wiadomości czy pogodę. Nie sposób nie pomyśleć “o, jakie to fajne” słysząc o muzyce przenoszącej się z pokoju do pokoju dzięki sieci czujników, o zdalnym wyłączaniu światła, o samoczynnie otwieranych siłownikami oknach na życzenie właściciela wysłane SMS-em.

Ale to są marzenia. Systemy inteligentnego okablowania (EIB, X.25, Insteon) i pochodne oczywiście istnieją i nawet nie są tak bardzo drogie jak można by się spodziewać. Inteligentny dom da się, i dzisiaj, zbudować, do jednak tego, co znamy z filmów s-f nadal dużo brakuje - zero inteligentnych komputerów, którym możemy powiedzieć “HAL, zrób mi kawę”. Nici z ekranów w grzbietach książek, nici z usunięcia natłoku kabli (o czym - o ile pamiętam - czytałem dawno temu, że miało być powszechne w 2005 roku). Ale chyba nie jest tak źle, prawda?

Mamy obecnie wiele urządzeń elektronicznych, które się ze sobą nie mogą komunikować. I powstaje wiele, które już mogą, ale to wymaga zmiany, na które oczywiście mało kto może sobie pozwolić ze względów finansowych.

Mamy nowoczesny telewizor, i chcielibyśmy oglądać na nim, ściągnięte z Internetu (legalnie oczywiście :-)) filmy. Mamy nowoczesną wieżę i chcielibyśmy posłuchać na niej naszej kolekcji muzyki w MP3 (względnie FLAC czy innym formacie), bo ciągłe przekładanie płyt audio było by denerwujące, a na dysku twardym naszego komputera jest wiele gigabajtów “empetrójek”. Mamy dwa komputery w domu - obecnie coraz popularniejszy zestaw komputer stacjonarny i laptop - i chcielibyśmy mieć z obydwu dostęp do zdjęć z wakacji zrobionych aparatem cyfrowym, z obydwu drukować i na obydwu mieć dostęp do Internetu.

To co piszę dla większości czytelników tego bloga nie jest jakimś nierealnym marzeniem nadającym się na kanwę filmu fantastycznonaukowego o przygodach kapitana Kirka i jego wiernego Spocka. Ba, niektóre z tych rzeczy to oczywista oczywistość. A może nawet wszystkie? Ale ja tutaj może przedstawię - tak nieco mniej technicznie - by móc komuś mniej z techniką obeznanemu pokazać, co się w dzisiejszych czasach da zrobić?

Sprawa pierwsza to jest sieć domowa. Gdy mamy powyżej jednego komputera w domu przychodzi chęć połączenia komputerów ze sobą, by mogły się dzielić plikami, by można było - w sam raz do domu (i biura ;-)) - grać w wieloosobowe gry. Fajna jest też możliwość rozdzielenia połączenia internetowego, prawda? O ile mamy tylko dwa komputery, to połączyć je ze sobą można po prostu jednym kablem. A do dzielenia łącza internetowego wystarczy oprogramowanie wbudowane w Windows od czasów wersji 98 Second Edition i dwie karty sieciowe w jednym z komputerów. Super. Tylko jest jeden mały problem - gdy się chce mieć dostęp do Internetu na drugim komputerze pierwszy musi być włączony. Ja, w odróżnieniu od wielu maniaków komputerowych, komputer jednak wyłączam i nie chodzi na okrągło, stąd to było denerwujące. Zainwestowałem w router, urządzenie do - ogólnie rzecz biorąc - podziału łącza. Male pudełko chodzące non-stop. W sprzęt średni - a dziś to nawet słaby. Bez priorytetów, QoS, serwera druku i setki innych rzeczy, które dziś mogą być. I przede wszystkim - zainwestowałem w sprzęt oparty o kabel. Potem, gdy dorobiłem się laptopa i palmtopa to stwierdzam, że to był błąd. Dziś sieć Wi-Fi jest tańsza, działa bardzo dobrze (nie zawsze niestety!) i wybrałbym to.

Wspomniałem o serwerze druku wśród tych milionów rzeczy. Oprócz serwera druku o którym powiem za chwilę jest jeszcze NAS. Network Attached Storage. Czyli takie oddzielne pudełko z dyskiem twardym, do którego każdy komputer w sieci ma dostęp. Do wspólnych danych. Z kolei serwer druku pozwala na udostępnienie w sieci drukarki - niektóre mają go wbudowanego, niektóre routery mają z kolei opcję podłączenia drukarki przez USB. Co to daje? Eliminuje podobny problem jak przy współdzieleniu łącza internetowego - bez NAS czy serwera druku obydwa komputery muszą być włączone stale. Ten jeden do którego jest podpięta drukarka być dać dostęp drugiemu, ten z dyskiem i danymi, by dać dostęp do danych koledze. Lub kolegom. Sam nie wiem czy NAS jest tak dobrym pomysłem do domu, ale coraz bardziej się do tego przekonuję - trzymanie danych w jednym miejscu ułatwia między innymi kopie zapasowe. Nie każdy to robi (a polecam!), a jeden dysk do kopiowania to lepsze niż kilka w różnych komputerach.

No to mamy już drukarkę w sieci. Mamy nasze zdjęcia, filmy i kolekcję MP3 na dysku sieciowym i każdy ma dostęp. Ale co z tego, że mamy filmy na komputerze, skoro mamy też wielki 32″ telewizor LCD i nie chcemy oglądać filmów na marnej jakości małym monitorze i głośniczkach, miast naszego zestawu kina domowego. Widziałem już telewizory z opcją podłączenia do sieci. Są też urządzenia takie jak Apple TV synchronizujące naszą bibliotekę iTunes i podłączone do telewizora. Są - przede wszystkim - komputery typu Media Center PC, opakowane w ładne pudełka, obsługiwane pilotem i “robiące” za nowoczesne wideo. Które podłączyć do naszej sieci domowej nie jest trudno, bo to zwykłe komputery, często w kartę sieciową wyposażone. Mogą i za wieżę służyć, za odtwarzacz muzyki. Wada oczywista to zużycie prądu i czas startu, a także często wygląd.

A propos “wieży”, jako sprzętu audio ogólnie, to pojawiają się modele obsługujące Bluetooth, co pozwala na słuchanie muzyki z komórki. Widzę złącza USB czy czytniki kart pamięci by podłączyć pendrive (a biorąc pod uwagę pierwszy album muzyczny wydany na tym nośniku…). Ja sobie teraz pomyślałem też o użyciu transmitera FM, by muzykę z “peceta” wysyłać w eter i odbierać, prawie jak normalne radio, na naszym sprzęcie grającym.

I czy jeżeli podłączymy te wszystkie urządzenia to czy już mamy cyfrowy dom? No cóż wyobraźnia nasza sięga dalej, w kierunku odbierania muzyki ze stacji internetowej i odtwarzania na domowym sprzęcie audio (Logitech Squeezbox), w kierunku urządzeń typu “Home Server” aż dalej i dalej. Do wykrywania obecności naszej “komórki” przy komputerze i blokowania go po naszym obejściu, czy do sterowania zasilaniem z komputera, jak ongiś w magazynie CHIP opisywano.

Cyfrowy dom, jako dom łączący nasze urządzenia cyfrowe - on już nadszedł i nakładem kosztów da się to zrealizować. Do inteligentnego domu wpuszczającego do środka po sprawdzeniu tęczówki oka jeszcze brakuje. Choć może jak dzisiaj piszę o oczywistości w rodzaju sieci domowej, to o takich pomysłach już wkrótce będę pisał?

Technorati Tags: , , , , , , , ,

| Komentarze (4)

Tydzień z Zune

Upłynął już nieco ponad tydzień od kiedy mam na własność microsoftowy odtwarzacz, swego czasu oznaczony plakietką “iPod-killer”. Microsoft Zune w wersji pierwszej, 30 GB pojemności dysku twardego. To jest przy okazji także pierwszy mój odtwarzacz MP3 z dyskiem twardym, dotychczas używałem samych z pamięciami Flash.

Zune 003

Wersja jaką zakupiłem to tak zwany “refurbished”, czyli sprzęt “z odzysku” niejako. W sumie to różnica między takim, a retail jest niezbyt duża. Kupiłem na Allegro oczywiście, bo takiego sprzętu w Polsce nie oferują, za cenę cokolwiek okazyjną.

Pierwsze wrażenie, tylko po wyjęciu z pudełka, jest “Ale to wielkie!”. Jest duży. Podobny wymiarami do mojego palmtopa HTC Wizard, całe szczęście jednak cieńszy znacznie. Z bardzo dużym i bardzo czytelnym, jasnym, pełnym kolorów, fajnym wyświetlaczem. Nie wiem ile ma kolorów, chyba wystarczająco.

Pierwsze włączenie mojego odtwarzacza przywitało mnie oprogramowaniem w wersji 1.4. Jednak już pierwsze połączenie z komputerem - a program Zune Software zainstalowałem wcześniej - zmusiło mnie do aktualizacji do wersji 2.1. I tak, wersja 2.1 jest ładniejsza i bardziej funkcjonalna. Pierwsze podłączenie nie było długie, ledwo trochę by podładować baterię oraz wgrać kilka pierwszych albumów. Po czym wybrałem się na uczelnię i bawiłem się tam długo. Uwaga - dane kopiowały się naprawdę szybko. USB 2.0 w pełni. A oprogramowanie jest bardzo przyjemne w obsłudze, wykrywa rodzaj, nazwę i chyba nawet kolor odtwarzacza i taki pokazuje w menu. Swoją drogą podobno nie da się go bez sztuczek zainstalować na polskiej wersji Windows, ja jednak jestem posiadaczem wersji angielskiej.

Z szyi zwisają mi słuchawki. Jednak patrzę - ej, one się łączą! Chwila zabawy - słuchawki mają dwa magnesy, okazuje się, dzięki czemu przyczepiają się jedna do drugiej i nie “dyndają” tak bardzo. Szczegół, ale znaczący. Tak samo szczegółem są plastykowe osłonki na gniazda kabli, “paciorek” do ustalania długości “rozdwojonego” kabla słuchawkowego, specjalny woreczek na odtwarzacz… producent się postarał i zadbał o niektóre szczegóły, co się mu chwali bardzo. Choćby nawet w pudełku jest specjalna tasiemka w przegródce gdzie leży odtwarzacz, by móc go łatwo wyjąć.

Nie wiem czy jest to wada mojego egzemplarza, ale wewnętrzne “kółko”, będące przyciskiem do zatwierdzania, jest gorszej jakości, i tak trochę wygląda na niedopasowane. Wpierw myślałem, że może wypaść albo co, ale okazuje się jednak że się trzyma całkiem dobrze, niemniej nieco jakością wykonania odstaje. Sama obsługa jest bardzo prosta, a sprzęt miły w dotyku i nawet niezbyt ciężki jak na swoje wymiary.

Na odtwarzacz wgrałem całą moją kolekcję muzyki w MP3 i zostało jeszcze bardzo dużo miejsca wolnego. Teraz jednak, przy przewijaniu dłuższych list wykonawców czy piosenek, daje się wyczuć ręką jak twardy dysk się rozkręca i zaczyna pracować. Wyczuwalne jest niewielkie drżenie odtwarzacza.

Wady? Niewątpliwie wymiary. To jest jednak duże, a ja mam i duży telefon. Brakuje mi też ładowarki z gniazdka (za ładowanie służy połączenie z komputerem przez USB) i możliwości wykorzystania jako pendrive - choć w sumie oprogramowanie samo konwertuje filmy czy zdjęcia na strawny wielkościowo format, i robi to wcale szybko, więc może to i jakiś plus. No i to kółko wewnętrzne mnie trochę się nie podoba. I nie mogę dojść w jaki sposób on dzieli filmy na “Music Videos” i “Movies”, jakimiś tagami czy jak? Dlaczego nie można pogrupować samemu?

Bateria? Całkiem znośnie. Kilkanaście godzin słuchania muzyki wraz z krótkimi odtworzeniami filmów. W sumie to nie wiem, bo nie słucham tak wiele, a ładować teraz będę chyba trzeci raz - spróbuję rozładować do pełna i naładować do pełna by sprawdzić rzeczywisty czas.

Wniosek? Bardzo fajny sprzęt. Szkoda, że nie jest to Zune 2. generacji, ale i tak jestem zadowolony. Jednak nie mam komu wysłać moich piosenek używając wspaniałości sieci bezprzewodowej, bo nikt inny takiego cacka nie ma ;-)

Technorati Tags: ,

| Komentarze (16)

Prądu!

Mamy mobilnych urządzeń na pęczki. Mamy laptopy, palmtopy, komórki. I czego każde z nich potrzebuje do działania? Oczywiście energii elektrycznej. I to chyba jest największy problem.

Gdy wybierałem laptopa zwracałem uwagę nie tylko na jakość procesora czy układu graficznego, ilość pamięci RAM czy rozmiar twardego dysku, ale na dwa czynniki decydujące o mobilności - na czas pracy na baterii i na wagę. Czas pracy na baterii, jak w przypadku innych urządzeń w podobnych rozmiarach, nie jest nadzwyczajny i nie dorównuje nawet 12″ subnotebookom, ale te 3 godziny (w porywach ;-)) mi wystarczają.

Z kolei mam wrażenie, że producenci telefonów komórkowych to chyba zapomnieli o instalowaniu dobrych akumulatorów. Albo działa niemiłosiernie krótko w stanie czuwania za to wyposażony jest w olbrzymią mnogość funkcji, albo funkcji ma jak na lekarstwo w dzisiejszym czasie, za to bateria wytrzymuje tygodniami - to jest na przykład powód dla którego wiele osób nadal używa starszych telefonów, bez energochłonnych kolorowych wyświetlaczy (w rodzaju Nokii 6310). Ja sam z telefonu korzystam rzadko, w większości leży on bezczynnie, ale i tak gdyby nie to, że ładuje się przez port USB, to mój PDA musiałby być ładowany co jakieś trzy-cztery dni. A nie robi nic.

Jedno z czasopism komputerowych napisało niedawno artykuł w którym było o zapowiadanych już od sporego czasu ogniwach paliwowych opartych o alkohol. W artykule padło zdanie że są napędzane “metanolem czyli wódką”, co dla sporego grona miłośników tego trunku może być zaskoczeniem ;-) Fakt jednak taki, że pomysł jest całkiem niezły. Pozostaje jedynie standardowa kwestia, która broni też na przykład upowszechnieniu się samochodów z napędem elektrycznym - gdzie kupić paliwo? Póki w kiosku nie będzie można kupić “baterii” z metanolem to średnio sobie wyobrażam tego praktyczne użycie. Ale właśnie - baterie! Dawno temu, dwa pamiętne modele telefonów marki Motorola - bliźniacze T2288 (Shark) i V2288 pozwalały wymienić standardowy akumulator zastępując go trzema bateriami typu AA (popularne “paluszki”). Dlaczego by nie wrócić do tego pomysłu? Oczywiście przy dzisiejszych rozmiarach telefonów bateria AA się nie zmieści, ale może coś w rodzaju “ładowarki” na takie baterie działającej? Zdaje się już takie produkty są do kupienia. Tak jak na przykład plecak z bateriami słonecznymi ładującymi sprzęt w środku. Zresztą baterie słoneczne do telefonu pamiętam do mojej prehistorycznej Nokii 1611 nawet…

Są też inne pomysły na zapewnienie urządzeniom energii - na przykład zegarki ładujące się dzięki ruchom ręki oraz grawitacji, latarki ładujące się przez potrząsanie, nie wspominając też o tajemniczych generatorach darmowej energii z kosmosu czy innym dziwom o których czasem się słyszy (a które są niszczone/ukrywane przed światem ze względu na ogólnoświatowy spisek producentów ropy naftowej!). Wracając jednak do baterii - gdy kupiłem sobie dawno temu zegarek, firmy Casio, miał on napis “10-year battery”. I tak się zastanawiam czy to prawda jest… faktycznie jednak używam go już chyba trzeci rok, a i żadnych problemów z energią nie ma. Gdy kupiłem (równie dawno) odtwarzacz MP3 (i byłem święcie przekonany że jest to popularny S1MP3 aż do niedawna, gdy okazuje się, że to coś opartego o starszy układ) z kolei zainwestowałem w akumulatorki rozmiaru AAA - co polecam, bo sprawuje się znacznie lepiej niż ciągłe kupowanie nowych to baterii do odtwarzacza.

Ogólnie warto przyjrzeć się jakości urządzeń pod względem zużycia energii - o ile mój znajomy kupił sobie mysz bezprzewodową z wbudowanym akumulatorem ładującą się przez podstawkę dokującą, ja zrobiłem coś innego - kupiłem mysz bezprzewodową “napędzaną” dwoma bateriami AA. Jest przez to ciężka, to prawda. I powiecie, że baterie wymieniam zapewne co dwa tygodnie albo również skorzystałem z akumulatorków? Nic podobnego! Na dwóch bateriach Energizer, wcale nie Ultra, pracuję już chyba piąty czy szósty miesiąc. Codziennie wiele godzin, bez problemu. Na pudełku faktycznie było napisane “6+ months on battery” czy podobnie.

A już tak odnośnie prądu… to warto jednak może go oszczędzać?

| Komentarze (8)

« Poprzednia strona