Archive for Społeczeństwo
Lubelskie Dni IT 2008
kwiecień 14, 2008, godzina 20:46 · Społeczeństwo, Technologia »
Fakt faktem Lubelskie Dni IT pojawiły się w moich delicjach już jakiś czas temu, na co potem zwrócił uwagę Łukasz, ale plan sesji pojawił się dopiero niedawno. Z reguły nie piszę o takich wydarzeniach jak IT Academic Day, nawet jeżeli w nich uczestniczę, o tyle jednak owe “Dni IT” zasługują na nieco większą reklamę.
Nie angażując się w żadne międzyuczelniane konflikty (jako iż jestem studentem innej uczelni ;-)) i nie czepiając się tego, że strona jest zrobiona na ramce, przejdźmy do tego, co ciekawego się nam szykuje. Sama impreza ma oczywiście duży związek z Microsoftem i spotkaniami z cyklu Heroes Happen Here, czyli związanymi z premierą Windows Server 2008, SQL Server 2008 i Visual Studio 2008, choć wśród sponsorów widzę też telerik, Anica Systems i - co mnie osobiście zdziwiło - nie ma tam Comarchu, który ostatnio w Lublinie pojawił się ostrzej (razem z K2 Internet).
Spojrzawszy na plan sesji (który może się jeszcze zmienić) wrażeniem moim - oraz znajomego - było “ale to pomieszane”, bo mamy wrażenie, że przydałby się jakiś podział tematyczny dla danego dnia na przykład, jednak i tak rzuciło się w oczy kilka prezentacji, na których mam wielką nadzieję się pojawić. Jakich to?
- Windows 2008 - Network Access Protection
- Programowanie aplikacji mobilnych
- Tworzenie gier na PC i XBOX360
- Czym jest Web 2.0 i co nas czeka w przyszłości (Rafał Agnieszczak!)
- Windows 2008 - Wirtualizacja systemów i aplikacji
- Programowanie równoległe w erze procesorów wielordzeniowych oraz GPGPU
- Silverlight 2.0 - Rewolucja w tworzeniu stron internetowych
- Unified Communications (Karol Stilger!)
Wracając do samej imprezy, to ma ona miejsce 6-8 maja, czyli w okresie Juwenaliów, które dla braci studenckiej są ciężkie powiedzmy (a o samych Juwenaliach to mi przynajmniej wciąż niewiele wiadomo). Chyba jednak warto nawet poświęcić trochę zabawy by się spotkać tutaj, prawda?
Swoją drogą to ja się zastanawiam od kiedy to ja zacząłem w ogóle o takich rzeczach myśleć. Kiedyś to by mi do głowy pójście na takie coś nie przyszło. Ta informatyka coś robi z ludźmi.
Permalink |
Beztechniczny spokój
marzec 25, 2008, godzina 15:15 · Prywatne, Społeczeństwo, Technologia, Z innej beczki, Za firewallem »
Zanim przejdę do sedna sprawy najpierw mała dygresja. Na kanale telewizyjnym Discovery Travel&Living (i żeby ostatecznie pogubić czytelników dygresja wewnątrz dygresji: kiedyś to były dwa kanały: Travel oraz Home&Leisure) leci sobie program telewizyjny “Grand Designs”, w którym to ekipa filmowa przygląda się budowie domów, które ogólnie rzecz biorąc łączy pewien rodzaj rozmachu architektonicznego, który może ujawniać się w wielkości pomieszczenia, nietypowości tegoż, czy nowinkach technologicznych zainstalowanych w domu. Wielokrotnie jednak zdarza się, że owe prezentowane wspaniałe nieruchomości są nie tylko naprawdę wspaniałe wewnątrz, ale i umieszczone w ciekawej, ładnej czy nawet - moim zdaniem - przepięknej okolicy, choćby posiadając widok na rozległe pola na równinie, czy też nawet widok ze wzgórza na jezioro.
Do czego zmierzam? Chodzi mi o fakt, że piękne otoczenie mnie osobiście nastraja bardzo refleksyjnie i aż chciało by się tam mieszkać. A nie, moment, bo zaczynam się sam gubić w swoich rozważaniach. Dzisiaj miało być o technologii, która nas otacza i o pewnych pomysłach, by się z nią pogodzić na nowych zasadach. Po cóż jednak ten dom z pięknym widokiem na jezioro przez olbrzymie okno wspomniałem? Wyobraźcie sobie zatem, że oto mieszkamy w tak znakomitym domu z pięknym widokiem i co wieczór możemy oglądać zachód Słońca nad brzegiem jeziora, które ciepłym blaskiem oświetla nasz “living room”. Piękne. Po prostu marzenie. Spokojny, cichy wieczór się zbliża, w kominku wesoło trzaska ogień… i nagle to wszystko jest przerwane przez jakże znany odgłos najpopularniejszego polskiego komunikatora sygnalizujący nadejście nowej wiadomości. Hm, coś tu nie pasuje, prawda? Z jednej strony spokojna natura za oknem, z drugiej zakłócająca nam spokój technologia? No niestety, ale to jest rzeczywistość.
Co by tu ukrywać, jesteśmy, w dużej części, niewolnikami technologii. Ja to chyba już kiedyś pisałem, że mój odtwarzacz muzyki stale znajduje się gdzieś w pobliżu, a bez mojego PDA się z domu nie ruszam (z wyjątkami), podczas gdy jestem w domu to stale aktywny jest laptop - a w nim dwa komunikatory oraz - od niedawna - Witty, czyli program do śledzenia Twittera. Tak, jestem uzależniony od Twittera. Zdałem sobie z tego sprawę właśnie, co oczywiście znając życie nie spowoduje jakiegoś radykalnego kroku, ale być może ograniczenie. Choć i tak na przykład nie używam SMS-ów Twitterowych, odkąd zwróciłem uwagę, że jednak kosztują one więcej niż do Polski wysyłane (choć co ciekawe, mam wrażenie, że tak nie było!), a tenże aktualizuję głównie korzystając z jakiś przygodnych sieci Wi-Fi. Znów się zapędziłem, miało być o technologii, a ja tu o przygodnych kontaktach… technologicznych jednak przynajmniej…
Idźmy jednak dalej krokiem ograniczania technologii, a raczej ograniczania używania jej. Pojawił się w zeszłym roku pomysł na Shutdown Day. Dzień bez komputera tak ogólnie. Pomysł niczego sobie. Powiedzmy, że przez 24 godziny w roku akurat się świat nie skończy, a jeżeli nawet to ktoś nam to powie poza e-mailem. Ewentualnie pojawi się wizja, która nam o tym powie. Dlaczego by nie pójść jednak dalej? W portalu Onet.pl przypadkiem natknąłem się na artykuł “Lekkość bytu bez pulpitu”. Tutaj jest już pomysł posunięty dalej - bez technologii, bez telefonu, bez telewizora, bez komputera, raz w tygodniu. “Świecki szabat”.
Przesada? Być może. Ja jeszcze nie jestem taką ofiarą ery informacji, nie potrzebuję wiedzieć wszystkiego, a mój głód informacji o światowej sytuacji zaspokaja przeglądanie jednego portalu internetowego oraz “Fakty” w TVN o 19:00, czasami. Nie potrzebuję śledzić notowań giełdowych, a wracając po kilku dniach bez przeglądania poczty nie widzę w skrzynce 3000 nowych wiadomości, jak niektórzy (nie licząc spamu ;-)). Jednak z drugiej strony, jak wspomniałem, Twitter jest stale obecny w moim życiu, a przed komputerem spędzam - nawet w wolne dni - stanowczo za dużo czasu, jako że jest to dla mnie zarówno praca, jak i rozrywka (ostatnio namiętnie zagrywam się we “Frets on Fire” i mnie boli brawa ręka.).
Ale wiecie co? Pomysł mi się podoba. Można skupić się na poświęceniu większej ilości czasu nawet na myślenie o czymś, o jakiś planach. Ja mam najlepsze pomysły w głowie albo gdy rano wstaję z łózka, albo gdy leżę w wannie (stąd wanny będę bronił, prysznic to nie to!). Można nawet wyjść na spacer, czy też pobiegać - nawet gdy nie mieszka się nad brzegiem jeziora, a w środku miasta. Nie mogę doczekać się wiosny, takiej prawdziwej, bo chcę znów móc wsiąść na rower i gdzieś pojeździć. Podczas gdy obecna temperatura i ilość śniegu są zdecydowanym utrudnieniem.
Chyba po prostu czas się zatrzymać, pomyśleć, przemyśleć. I nie pędzić gdzieś dalej w pogoni za tą informacją, za tą techniką, może bez tego da się trochę przeżyć. Nie namawiam bynajmniej do całkowitego porzucenia rozwoju i zaszycia się w amiszowskim miasteczku, ale…
Warto zwrócić też uwagę, że ten jeden dzień bez komputera, to jest świetna dyscyplina dla umysłu.
Nawet jeżeli naprzeciwko Ciebie leży świeża płyta z Windows Server 2008, która aż czeka, by zostać zainstalowaną.
I możecie się śmiać, ale chyba nawet wieczór z puszką piwa przed telewizorem, oglądając ciekawy program w TV, jest lepsze niż kolejna godzina siedzenia na bezproduktywnych forach internetowych.
Permalink |
Zły monopol, dobry monopol
luty 9, 2008, godzina 20:16 · Internet, Społeczeństwo »
Uczono mnie na ekonomii, że monopol jest zawsze złą sytuacją. Dla konsumentów rzecz jasna, bo dla monopolisty jest to sytuacja idealna. Że drogo, że nie ma innowacji, bo nie ma sensu ich wprowadzać. Że z monopolem trzeba walczyć. I stąd mamy różne urzędy antymonopolowe i różne pomysły w rodzaju podziału Microsoftu na przykład czy też skargi na zbytnią integrację Internet Explorera z Windows.
Ostatnio jest cały czas głośno o ofercie, jaką złożył Microsoft - o wykupieniu serwisu Yahoo. Ja - jako użytkownik Flickr - podobnie jak wielu innych mam mieszane odczucia w stosunku do tej propozycji, ale cały czas zauważam, że Flickr nie zmienił się zbytnio po przejęciu przez Yahoo - konieczność założenia ichniejszego konta mogę przeżyć. Gdybym z moim kontem na Flickr miał przenieść się teraz do Microsoft to nie było by też wielkiego problemu, bo Windows Live ID posiadam również (a swoją drogą to Microsoft ostatnio dołączył do OpenID Foundation - myślicie, ze Live ID, dawny .NET Passport, stanie się kompatybilny z OpenID?).
Wróćmy jednak do monopolu - wraz z różnorodnymi komentarzami na temat tego przejęcia, które wciąż nie doszło do skutku, pojawiają się między innymi takie, że Microsoft znów chce zmonopolizować rynek - a że w przypadku Internetu źle zaczął, to chce teraz się odegrać. Zwłaszcza na Google - i w związku z praktykami monopolistycznymi Google (są takie? coś mi się w sumie po głowie kołacze, ale nie potrafię wymienić chyba) - pojawiają sie komentarze “ja już wolę monopol Google niż Microsoftu”. A zatem czyżby istniał monopol będący dla użytkowników dobry? Czy gdyby któraś dystrybucja Linuksa, dajmy na to Ubuntu, miała monopol na rynku systemów operacyjnych, to czy też byłby to dobry monopol?
Najpierw rozważmy tego Google. Nie da się ukryć, ze walczy on z Microsoftem, i to tworząc produkty nieporównywalnie lepsze niekiedy, i wyprzedzając swojego konkurenta, i cały czas go dystansując. Do tego posiada bardzo ważną rzecz jaką jest przyjazna marka, bo Microsoft automatycznie kojarzy się ludziom ze złem “w krainie Redmond, gdzie zaległy cienie”, na co wpływ ma oczywiście historia postępowania tej firmy i średnio się zapowiada, by się cokolwiek miało zmienić. Google natomiast ma znacznie bardziej przyjazną markę, “Don’t be evil”, mimo iż to hasło już czasem przestaje obowiązywać. Do tego promocja otwartych rozwiązań (np. Firefoksa czy XMPP) i trochę świetnych aplikacji. Może to z tego ogólnego odbioru Google bierze się przekonanie, że ich monopol byłby czymś dobrym? Ja szczerze mówiąc - wątpię w to. Konkurencja - chcąc czy nie chcąc - napędza rynek. Najbardziej jaskrawym przykładem jest choćby Internet Explorer, który w momencie walki z Netscape Navigatorem (…a światłość wiekuista…) rozwijał się (i - moim zdaniem - w wersji 5/6 był znacząco lepszy niż Navigator 5/6), a potem stał się gnuśnym produktem, którego rozwój zatrzymał się po uzyskaniu monopolu na rynku przeglądarek internetowych. Czy gdyby doszło do monopolu Google to czy doszło by do tego samego? No cóż - obecnie mam wrażenie, że Google - jako swój sztandarowy produkt - się nie rozwija zbytnio. Ma znaczną przewagę zarówno nad Yahoo czy Live.com, ale nie widzę jakoś drastycznych zmian w funkcjonalności produktu, a Google samo zbacza w inne, dodatkowe usługi - Docs, GMail, Google Talk…
W przypadku hipotetycznego monopolu Ubuntu na rynku klienckich systemów operacyjnych już sytuacja mogła by być inna, bo siłą napędową projektów z rodzaju F/OSS jest społeczność. I to ona jest nastawiona na innowacje… ale moment - największymi ośrodkami innowacji obecnie nie jest społeczność, a korporacje - np. Apple. Czy ten Microsoft Research. Oczywiście nie twierdzę, że ruch wolnego oprogramowania tylko powiela pomysły podpatrzone u kogoś innego, bo chyba to przenikanie się pomysłów zachodzi w dwie strony - i wiele korporacji bierze i daje do ruchu tak zwanego WiOO naprawdę wiele.
Jednak spójrzmy na inną stronę - gdy jeden system ma zdecydowaną przewagę, to na niego jest tworzone “mainstreamowe” oprogramowanie. Jeden Linux - jeden format paczek, jeden system oficjalnie wspierany przez jakieś 3rd party firmy. Dla ludzi, którzy cenią sobie obecną różnorodność środowiska Linuksowego (bo to między innymi jest jego wielką siłą) to jest nie do przyjęcia.
Czy zatem może istnieć dobry monopol?
Permalink |
Rok 2007
grudzień 31, 2007, godzina 13:39 · Społeczeństwo, Technologia »
Mija nam kolejny rok. I jak to tak wychodzi, to zawsze są jakieś takie podsumowania tego roku mijającego. I ja - niestety - dołączę się z moim subiektywnym spojrzeniem na mijające miesiące, dołączając się do ogólnego chóru bloggerów. Jak to ujął Łukasz “patrzących przez pryzmat Web 2.0, naszej-klasy czy iPhone’a”. A czy można inaczej, skoro to w dziedzinie technologii było - jak by nie patrzeć - ważne?
Najpierw może warto zacząć od tego, że to był rok premier. Z jednej strony przywitała nas premiera Windows Vista. Systemu, który mimo wszystkich negatywnych opinii (mniej lub bardziej prawdziwych), mimo niechęci, a dzięki na pewno preinstalowaniu na nowych komputerach, coraz bardziej staje się widoczny. I chyba - jak wiele innych produktów z Redmond - pozostanie z nami na jakiś czas. Ten sam obóz pokazał też Office 2007, Visual Studio 2008 (bez oficjalnej premiery na razie) i dalszy rozwój platformy Live do walki na froncie przeciwko Google. A na swoim innym froncie pojawił się Windows Mobile 6. Bez salw, okrzyków radości, bez ludzi stojących w kolejkach… ale się pojawił.
Po drugiej stronie, głęboko w sadach jabłczanych zakiełkował iPhone, produkt będący owocem myśli technicznej, prac specjalistów od użyteczności wspomaganych przez marketing. Produkt, który wywołał na rynku urządzeń mobilnych rewolucję sam nią nie będąc od strony czysto technicznej. Pozostaje pytanie czy zapowiadane SDK dla iPhone także poruszy mobilny świat w posadach. Ten sam producent ruszył także ze swoim kolejnym kotem, MacOS X 10.5 Leopard, który mimo iż konkurencji z Vistą na popularność może nie wytrzymać, o tyle okazuje się, że konkurencja na funkcjonalność nadal jest przez niego wygrywana. Do tego umocnił swoją pozycję na rynku odtwarzaczy MP3 prezentując kolejne wersje iPoda, w tym iPod Touch. Na co konkurent odpowiedział Zune2, które jednak nie jest chyba przyszłością tego segmentu.
Za zasiekami wolności słowa i czynów pojawiały się kolejne dystrybucje Linuksa. Pod flagą grubego pingwina ja osobiście nie widzę olbrzymiej jakiejś rewolucji - ale widzę kolejne wersje, coraz bardziej dopracowane. Które zaczynają nadszarpywać swoimi partyzanckimi atakami pozycje okupowane przez giganta z Redmond.
Ten rok przyniósł w dziedzinie naszych ulubionych standardów sieciowych rzecz w postaci objęcia HTML5 patronatem W3C HTML WG. Tak więc już wiemy, co będzie następcą obecnie używanego języka hipertekstowego, pozostaje jednak pytanie czy webmasterzy sięgną po rozwiązanie które znają, czy po nowości XHTML 2.0. W dziedzinie sieci koniec roku przyniósł smutną wiadomość w postaci śmierci legendy przeglądarek internetowych, Netscape Navigatora. Po wielu latach Internet Explorer dopiął swego można by powiedzieć. Do tego warto zauważyć, że WWW tego roku kontynuuje trendy z roku poprzedniego. Ajax. Zaokrąglone rogi. Sieci społecznościowe, w tym hit polskiego Internetu, Nasza “Pan Gąbka” Klasa. Web2.0. No i rozwkit wszelkiej maści filmopodobnych serwisów, pokroju YouTube. I agregatorów tego typu treści.
Widzieliśmy wejście sieci Play, która weszła na rynek z rozmachem i ciekawą kampanią reklamową. Było też wejście telewizji “n” (no dobra, pod koniec 2006 roku, ale tak w sumie to można i pod ten podciągnąć).
Aż się boję pomyśleć co będzie w roku 2008. “Obyś żył w ciekawych czasach”.
Permalink |
Fotka.pl uruchamia serwer Jabbera
lipiec 26, 2007, godzina 15:41 · Komputery, Społeczeństwo, Technologia »
Światek Jabberowy dziś zaatakowała wiadomość, że dziś ruszył testowo serwer Jabbera w tej domenie należący do tegoż serwisu. Na co sami użytkownicy fotki raczyli głównie pytać “o co chodzi?” (za co też wątek został wykopany już wiele razy).
Zapytacie, że skoro nie umieją dowiedzieć się czym jest Jabber i jak z tego korzystać, to po co ten serwer. A gdyby tak wprowadzić komunikator? I komunikator jest w drodze jak widać na blogu Sieka, a Suda wspomina dodatkowo między innymi, że jest to kolejne dzieło napisane na Adobe AIR (do którego też się muszę przyczepić, ale to przy innej okazji). Serwer obecnie nie ma połączeń z innymi serwerami, nie ma powodów do obaw. Na razie.
I o ile ja widzę wśród nie-fotkowców naśmiewanie się z głupoty oraz strach przed nalotem “fotkamonów” (strasznie kojarzący mi się z tym, co parę lat temu widziałem przy okazji Hapi.pl) to może jednak spojrzyjmy na to z tej strony, ze fajnie, że technologie oparte o Jabber/XMPP być może zaczną być używane przez szeroką grupę ludzi. Nie chcieliśmy tego?
Permalink |
Koronny argument
maj 25, 2007, godzina 15:38 · Komputery, Społeczeństwo »
Ostatnio się znowu mówi dużo o piractwie. O tłumaczeniach napisów do filmów, o studentach i ich hubach DC i tym podobnych rzeczach. Ja sobie czytam wiele dyskusji, w którym w kółko jest to samo.
Jeden: Jeżeli komuś ukradniesz samochód to tak samo jakbyś ukradł piosenkę.
Drugi: A wcale, że nie, bo jak komuś skopiujesz samochód to on go przecież nie utraci.
Ja jednak się do tego przyzwyczaiłem, ale nie mogę zrozumieć czegoś innego. Koronnego argumentu zwolenników piractwa, tuż po tym “a bo programy są za drogie, gdyby kosztowały 10% ceny to bym kupił”. A wiecie jaki to?
Bronisz policji? Ale i tak na pewno masz piraty, jakby do ciebie wpadła to by znaleźli, bla bla bla, nikt nie jest w pełni legalny.
Nie mogę tego zrozumieć. Ja sobie mogę jak najbardziej wyobrazić ludzi posiadających tylko legalne oprogramowanie i pliki. Ba, nawet takich znam. Dlaczego więc to zjawisko wydaje się niemożliwe jak jednorożec w ogrodzie jakiś? To jakaś mania, jakiś “mus” piracenia, posiadanie zawsze najnowszego Windows i Office, najnowszych filmów i muzyki?
Fakt, wielu obrońców jest też piratami, słyszy się o nielegalnym oprogramowaniu w komendach Policji, ale u licha dlaczego jeżeli ktoś się wypowiada, że nie posiada piratów to na pewno musi być kłamcą?
Permalink |
Wolność? A wolność wyboru?
marzec 13, 2007, godzina 16:58 · Komputery, Społeczeństwo, Technologia, Z innej beczki »
Ostrzegam, ze moje opinie mogą być kontrowersyjne. Bo temat jest śliski - tematem jest wolne oprogramowanie. Nie mogę stwierdzić, że jest to zła idea, bo nie jest. Sam używam na co dzień aplikacji wolnych lub otwartych - pakietu GNU, przeglądarki Firefox, komunikatora Psi i paru innych. Sam tworzyłem otwarte projekty, przy pewnych też współpracowałem, co bez ich otwarcia nie było by możliwe. A otwartość jest pochodną projektu GNU, projektu wolnego oprogramowania.
Jednak tyle słyszę o wolności. O wolnym oprogramowaniu, o wolnych standardach, o braku patentów, o wolnej dokumentacji. O wolnym piwie i o wolnej Coli. A nie widzę wiecie czego? Nie widzę wolności wyboru. Są na tym świecie fanatycy, nie bójmy się użyć tego słowa, dla których największym złem jest firma Microsoft, a cały świat powinien używać pewnego innego systemu operacyjnego. Słyszę, że:
cały świat ma przejść na OpenSource, żadne rozwiązania komercyjne. to tak ma być.
Że nie trzeba się już bać panów z policji (co akurat nie jest implikacją powyższego, jako że obecnie bardziej poszukiwani są ci piraci od muzyki czy filmów - a używając nawet wolnego oprogramowania można przecież ściągać nielegalnie muzykę i ją sprzedawać - nikt nie broni). Słyszę, że “M$” i “win$hit” to zło, że zgłoszony przez wspomniany koncern format dokumentu OpenXML powinien być natychmiast odrzucony (nawiasem mówiąc nie został odrzucony, a jest dalej standaryzowany w tempie przyspieszonym - czym ISO zaskoczyło). Więc się zapytam - a gdzie u licha wolność wyboru? Dlaczego narzucać używanie określonego systemu (inna sprawa, że w nim nie jest narzucone określone środowisko graficzne na przykład)? Są tacy, co się posuwają do blokowania stron przed najpopularniejszą przeglądarką na rzecz Firefoksa, ale to jest już przesada. I zaprzeczenie wolności całkowite.
Powiecie, że nadal mam wolność wyboru, a wszyscy co narzekają na nie-wolne oprogramowanie tylko pomagają nam podjąć “właściwą” decyzję (swoją drogą dlaczego ta jedna decyzja jest właściwa?). Szkoda tylko, że wybierając inną drogą niż “jedyna słuszna wolna” staję się osaczony przez fanatyczne, przepełnione nienawiścią, ataki.
I jeszcze odnośnie wolności - jeżeli fragment programu, który wykorzystuję, jest na licencji GNU GPL, to mój program też musi być na tej licencji. Wolność wyboru dysponowania moimi fragmentami kodu zostaje mi zabrana, czyż nie?
Nie jestem przeciwko wolnemu oprogramowaniu, nie jestem przeciwko Linuksowi, nie jestem przeciwko zwolennikom wolności. I nie jestem też zwolennikiem DRM czy TC (choć to akurat może mieć zalety - nie wierzycie?). Nie pracuję dla Microsoftu, MPAA ani RIAA ;-) Ale denerwuje mnie, że mam wolność, ale jak wybiorę nieprawomyślną drogę, to jestem atakowany. Poszanowanie wolności wyboru bez agresji, niemożliwe to jest?
Przepraszam jeśli kogoś uraziłem.
A sam wierzę w świat, gdzie oprogramowanie wolne i nie-wolne będą współistniały bez ataków, bez konfrontacji, wymieniając się (dzięki otwartym formatom) danymi i współpracując.
Parafrazując mojego imiennika, Martina Luthera Kinga:
Miałem sen, że pewnego dnia ludzie przejrzą na oczy i zaczną żyć podług uniwersalnego przesłania: “wszystkie pakiety oprogramowania są równe”.
Miałem sen, że pewnego dnia na czerwonych wyżynach Georgii, synowie dawnych miłośników wolnego oprogramowanie oraz synowie dawnych pracowników zamkniętych koncernów będą mogli usiąść razem przy jednym stole braterstwa.
Miałem sen, że pewnego dnia moje dzieci będą żyły na świecie, w którym oprogramowania nie osądza się po licencji lecz po tym jakie tak naprawdę jest.
Ale jeżeli podejście się nie zmieni (z obydwu stron!) to chyba moja wizja się nie urzeczywistni.
Technorati Tags: free software
Permalink |
Informatycy to nudziarze
styczeń 30, 2007, godzina 20:12 · Internet, Komputery, Społeczeństwo, Z innej beczki, Za firewallem »
Tak rzecze niejaki the.5us w dyskusji na forum Gazeta.pl. Od razu oczywiście pojawiły się komentarze, rzecz jasna informatyków bądź ich innych znajomych, że oni wcale to tacy nie są.
Sam oczywiście, jako kształcący się na informatyka, bo to pojęcie jest wystarczająco szerokie, by zmieścić wszystko, co mogę kiedyś w przyszłości robić, poczułem się urażony tym, że jestem niedomytym nudziarzem. O stereotypie informatyka pisałem już kiedyś, ale tam skupialiśmy się na cechach zewnętrznych - ubiorze, myciu i takich tam. A teraz słyszymy o cechach wewnętrznych - informatycy są nudziarzami. Oczywiście generalizowanie jest złe, do wszystkich się to co napiszę, nie będzie odnosić, ale po prostu opowiem coś o sobie. I o moich znajomych. Bez nicków, nie ma się co bać ;-)
Jak się tak przyjrzeć z zewnątrz, to faktycznie, choć mogę temu próbować przeczyć, mogę się wydawać nudziarzem. Bo co to za rozmowa, jak zawsze na komputery albo uczelnię schodzi? Nudy. Oczywiście dla kogoś, kto zna się w temacie, to rozmowa może być niebywale interesująca i dotyczyć ważnych spraw dla zachowania światowego ładu, w stylu dyskusji dlaczego emacs ssie, a vi jest wieczny. Ale fakt - dla zewnętrznego obserwatora to mogą być nudy. Fakt jest taki, że jeśli się przyjrzy wewnętrznej rozmowie dwóch fascynatów komputerów, to będą używać niekoniecznie zrozumiałego dla innych żargonu. Ale chyba używanie żargonu w rozmowie z innym przedstawicielem tej samej profesji nie jest niczym niezwykłym? Czy prawnicy między sobą nie rozmawiają o legislacji, marketingowcy o analizie SWOT czy czymś w tym stylu? Więc dlaczego informatycy nie mogą rozmawiać o debugowaniu, switchach czy czymkolwiek innym?
Oczywiście, dla wielu komputerowo-uzależnionych informatyka jest pasją, ale to nie oznacza, że nie mogą mieć innych. Duża jest popularność fantastyki, od filmów przez książki do gier RPG. Ja widzę też zainteresowanie komiksem, literaturą w naprawdę różnych odmianach (sam zaskoczony byłem ostatnio prowadząc krótką rozmowę na temat “Innego świata”, “Mistrza i Małgorzaty”, “Paragrafu 22″, “Zbrodni i kary” i czegoś jeszcze - chyba “Buszującego w zbożu”), filmem, i to nie tylko “Hakerami” i “Grami wojennymi”. Znam ludzi, którzy, choć są informatykami, trenują sport i nie piją Coli i odżywiają się zdrowo (trudno w to uwierzyć?). Znam człowieka, który wyrabia sobie kondycję skacząc po macie przed konsolą, ale to specyficzny wyjątek :-) Znam ludzi, którzy mają naprawdę szalone zainteresowania, w rodzaju obcych cywilizacji czy innej paleoastronautyki. A także prowadzą dyskusje o takich rzeczach jak natura zła w człowieku. Ot, nudne i monotonne tematy.
Z drugiej strony sam się z siebie śmieję, że wiele dyskusji prowadzę na tematy które od komputerowych przechodzą do czegoś, często matematycznych, bądź innych naukowych, a i tak zawsze do komputerów się wraca. Choć zawsze jest temat, na który zdarza mi się rozmawiać, z którego się do komputerów rzadko dochodzi. Ale o co chodzi nie zdradzę.
Stereotyp. Nudziarzy można spotkać wszędzie. A ten jeden zawód to nie jest pełen nudziarzy, z pewnością podobny odsetek da się znaleźć wśród pracowników w innych rolach. Ale może to tylko moi znajomi, przyszli informatycy, to jeszcze nie są nudziarzami, a dopiero się nimi staną?
Permalink |
JavaScript i skrypty Javy
październik 7, 2006, godzina 19:52 · Społeczeństwo, Webmastering »
Ktoś niedawno powiedział, że Java i JavaScript mają tyle wspólnego co kot i kotlet. Niestety, nie pamiętam kto, być może któryś z użytkowników serwisu 4programmers.net. Ale jest to prawda. Czytam co jakiś czas różne pytania, gdzie ludzie są zainteresowani “Javą na stronach”, lub popularnymi “skryptami Javy”. Są to pytania błędne, bo JavaScript i Java posiadają tylko i wyłącznie wspólny fragment nazwy, a w rzeczywistości są zupełnie innymi językami przeznaczonymi do róznych celów. Chyba, ze chodzi o applety Javy na stronach WWW, ale to się coraz rzadziej w Internecie pojawia. Na szczęście.
Java jest obiektowym językiem programowania. Programy napisane w Javie można uruchomić na wielu urządzeniach, takich jak telefony komórkowe lub komputery oraz pod różnymi systemami operacyjnymi, przy użyciu Wirtualnej maszyny Javy, która musi być w danym środowisku zainstalowana.
JavaScript (”JS”) to stworzony przez firmę Netscape zorientowany obiektowo skryptowy język programowania, najczęściej stosowany na stronach WWW. (…) Początkowo Netscape nazwała ten język “LiveScript”, lecz szybko nazwa ta została zmieniona na “JavaScript” wskutek biznesowych porozumień między Netscape a firmą Sun Microsystems.
Stąd takie coś jak skrypty Javy w ogóle nie istnieje. W Javie skryptów nie ma. Skrypty mogą być napisane w JavaScript, lub którejś z jej (jego?) odmian, ale w Javie nie. Nieporozumienie językowe, jakim są te nieszczęsne skrypty Javy, powodują, że niektórzy programiści “tej prawdziwej” Javy dostają piany na ustach i gotowi są zwyzywać kogoś, kto JS z ich ukochanym językiem myli. Lepiej uważać ;-)
A już tak sam powinienem sobie zanotować, że czepiam się Javy i JS, a C i C++ to też dwie różne rzeczy, a zdarza mi się je mylić… Jeżeli człowiek nie siedzi w danym temacie, to mylenie podobnych terminów jest zrozumiałe. Ale gdy jednak do tego trzeba przysiąść, choćby żeby kogoś na forum zapytać, to chyba jednak warto dowiedzieć się o co naprawdę należy pytać. Żeby nie wyjść na głupka. Lub ignoranta.
Permalink |
Samo się skasowało
czerwiec 25, 2006, godzina 16:32 · Komputery, Społeczeństwo, Technologia, Windows »
Od kiedy usłyszałem od znajomego że przypadkiem odinstalował sobie kartę dźwiękową (sterowniki tylko oczywiście) to przestałem się dziwić, że wielu użytkowników mówi, opisując problem, że “samo się skasowało”. To jest wygodna wymówka, ale niestety w komputerze bardzo, bardzo rzadko dzieje się coś bez interakcji użytkownika - a zwłaszcza kasowanie czegokolwiek.
W ogóle jakoś tak te chochliki (gremliny?) nieźle działają, bo ja widzę, że nie tylko samo się kasuje, ale i “coś się zainstalowało samo”. A co chochlikom pomaga najbardziej? Oczywiście - brak umiejętności czytania tego, co komputer pisze i bezmyślne klikanie “OK”.
Kiedyś, w ramach jakiejś dyskusji (no, flejma raczej) użytkownicy Windows zostali posądzeni, że jedyne co robią to postępują w stylu “Next, Next, Finish”. I chyba jest w tym sporo prawdy, choć oczywiście nie można uogólniać, bo mi zdarza się na przykład czytać umowy licencyjne :-)
Jaka rada na “samokasujące” się pliki, czy “samoinstalujące” aplikacje? Oczywiście konto z ograniczonymi uprawnieniami. I jak tak patrzę na Vistę gdzie już prawie każda operacja wymaga kilkukrotnego potwierdzenia to się nie dziwię, po co to wprowadzono. Jednak zostaje ten problem, ze z czasem nikt nie będzie tego czytał, a po prostu klikał “tak, tak”. I wracamy do punktu wyjścia. Coś sie samo instaluje i samo kasuje. O, jeszcze nasza ulubiona przeglądarka też pozwala na instalowanie różnych rzeczy i też wybitnie dialerom czy spyware pomaga. Choć tutaj to jeszcze “samoinstalację” jestem skłonny potwierdzić.
Ale to zjawisko nieczytania komunikatów to i występuje przy obsłudze telefonu komórkowego (bo jak inaczej można włączyć przekierowanie wszystkich rozmów na pierwszy numer z listy jak nie czytając co się tam wyświetla) i różnych rzeczy od komputerów innych.
Oj, sam mi się jakiś wpis napisał. Te wredne gremliny.
Technorati Tags: Computer, Windows, Standard user, Gremlins
Permalink |
« Poprzednia strona