Blog nie jest już dalej prowadzony, ani aktualizowany. Wpisy i komentarze pozostaną dostępne przez jakiś czas. Dzięki.

Archive for Prywatne

Dzięki

Dziś taka ładna data. 01.02.2010. Palindromiczna można by powiedzieć. W sam raz na zrobienie czegoś fajnego. Jakiejś zmiany na przykład.

Dzięki wam, czytelnicy, za te parę lat i dobrych parę setek komentarzy.
Dzięki za krytykę i pochwałę, za zgodę i niezgodę. Dzięki za zainteresowanie – nawet jeśli to tylko przelotny klik z wyszukiwarki.

Nie umiem pisać wpisów pożegnalnych. Bo w sumie takiego jeszcze nie pisałem.
Mówiłem, że zmienię to miejsce, że pojawi się coś nowego i ciekawego, że będzie ewolucja. Gdzie tam. Nie wyszło, a blog powoli dogorywał. Nie chcę przedłużać agonii, nadszedł czas, by coś zmienić na serio.

Do zobaczenia. Gdzieś, kiedyś, w innym miejscu wszechobecnej Sieci.

logout

| Komentarze (9)

MTS 2009

Tak, byłem na Microsoft Technology Summit 2009. Pojechałem na MTS pierwszy raz, poprzednio co najwyżej oglądając albo transmisje online albo już materiały po konferencji – wiedziałem więc mniej więcej czego się spodziewać – nie miałem jednak wiadomości o paru szczegółach.

Sesja generalna zaczęła się muzyką jakiegoś zespołu – bliżej nieznanego, udało się rozpoznać przynajmniej jedną piosenkę U2, ale z obserwacji ów zespół na U2 nie wyglądał – chyba, że Bono kompletnie zmienił wizerunek ;-) Potem trochę o Windows 7, o pptPlex, SeaDragon, kryzysie (jakże by inaczej). No i pojawił się Surface o którym później.

Ciekawostką znów jest fakt, że będąc developerem znów wybrałem sesje bardziej pasujące do IT Pro – tak i na konferencję jechałem ze zniżką społecznościową powiązaną z profilem na wss.pl, nie CodeGuru. Moje wykłady zaczęły się od Marka Minasi i jego sesji o VHD – świetnie poprowadzona, trochę żartów, luźny styl, ale w zasadzie niewiele rzeczy o których bym nie wiedział (instalację W7 na VHD robiłem parę dni wcześniej).

Udawszy się na lunch miałem nadzieję zjeść szybko i zdążyć na prezentację mojego kolegi, Grześka Rycaja, na Spiker Idolu – okazało się jednak, że w momencie gdy połknąłem pierwszy kęs Grzesiek wyszedł na scenę, bo był pierwszym uczestnikiem ;-) A co do jedzenia – nie pamiętam co to było, ale było dobre – ktoś narzekał na plastikowe pojemniki – miały jednak one przewagę szybkości usunięcia śmieci i łatwości przeniesienia, a do konsumpcji wystarczało znalezienie kawałka wolnego miejsca na stoliku. Ewentualnie można było zjeść w powietrzu, co drugiego dnia udowodnił mój znajomy ;-)

Potem Sebastian Wilczewski i jego licencjonowanie i zarządzanie oprogramowaniem – czyli SCCM. Fajne informacje, z oddali trochę słabo jednak było widać, a prelegent nie mógł (?) przybliżyć obrazu niestety. Sesja Bartosza Pampucha o Visual Studio 2010 rozpoczęła się filmem prezentującym agendę – niekonwencjonalny pomysł, fajne wykonanie, dobre prowadzenie, zasłużona burza oklasków pod koniec. O popularności tego konkretnego wykładu świadczy też fakt, że prawie nie było jakiegokolwiek wolnego miejsca – a jeden ze spotkanych znajomych aż chciał ukraść mój identyfikator ;-)

Ostatnią sesją pierwszego dnia były nowości Office 2010 w samej Sali Kongresowej, która wydała mi się dziwnie pusta jak na interesujący temat. Trochę nowości w Outlooku, trochę nowości w Wordzie, narzędzia graficzne, nawet przycięcie filmu, no i SharePoint.

Ranek drugiego dnia przywitał sesją na temat WebsiteSpark – szybkie przekazanie najważniejszych informacji, jasne wyłożenie co i jak, i tylko 40 minut czasu. Z jednej strony to wada, z drugiej okazała się być zaletą – gdyż wolny czas przy niewielkim natłoku osób mogłem spędzić bawiąc się Surface. Okazało się być fajnym urządzeniem, interfejs być naprawdę przyjemny, i do tego po prostu zabawa była przednia. Rozgrywałem partię warcabów, a dwójka innych osób “rzucała” wirtualnymi zbitymi pionkami obok i stwierdziliśmy, że w rzeczywistości to rzucanie bierkami nie jest takie fajne ;-)

Z zabaw to jeszcze miałem do czynienia z Xboksem, gdzie udało się pierwszy raz w życiu zagrać w Guitar Hero, na prawdziwym kontrolerze, nie klawiaturze. Poziom oczywiście amatorski, by się nie zbłaźnić, co zaowocowało komunikatem “You rock” dla mnie (bas) i mojego partnera (gitara) ;-)

Potem sesja znów Sebastiana – licencjonowanie, dziwy w licencjach, a na koniec trochę odpowiedzialności karnej i cywilnej, co nas zmroziło i przeraziło do tego stopnia, że nie było żadnych pytań do prelegenta ;-) Po lunchu znów wielka sala i Tomek Onyszko i jego “wielki interoperacyjny szwindel”, czyli jak podłączyć Linuksa do domeny Active Directory. Ciekawe, dobrze prowadzone, chyba spróbuję zrobić u siebie w domu :-)

A potem ostatnia sesja, która mi najbardziej zapadła w pamięć – o Microsoft IT. Wirtualizacja na skalę masową, serwery liczone w dziesiątkach tysięcy, terabajty dysków i gigabajty RAM-u.

Sam koniec to oczywiście finał Spiker Idola, niestety nie udało się nam obejrzeć ostatniej prezentacji, musieliśmy biec na pociąg (bo następny miał być za dwie godziny dopiero), więc nie mogę ocenić czy zwycięzca był faktycznie najlepszy – ale pewnie się jury nie myliło – niemniej gratuluję :-)

Wrażenia? Absolutnie pozytywne. Trochę zabawy, dużo rzeczy, wiele informacji, parę miłych rozmów. Teraz czekam na C2C.

| Komentarze

Va’esse deireadh aep eigean

Problemem jest, że lubię stwierdzenie “coś się kończy, coś się zaczyna” i go nadużywam. Mówiłem to już przy różnych okazjach kilkanaście razy. Chciałem powiedzieć i dziś – mądrze umieszczając w tytule napis w Starszej Mowie z książek Andrzeja Sapkowskiego.

Zbierałem się do napisania tego tekstu od dłuższego czasu. Od dłuższego czasu kiełkowała myśl, że formuła tego bloga się wyczerpała, że nic nie piszę i że to wszystko nie ma sensu. To jednak nie do końca prawda. Jestem rozdarty pomiędzy chęcią prowadzenia bloga dalej i chęcią zaprzestania. Nie lubię kończyć. I o ile jeszcze dwa tygodnie temu byłem prawie pewien zakończenia, to dzisiaj już, przejrzawszy to wszystko po raz kolejny, już nie jestem. Do tego jak sobie pomyślę, że zdarzyło się, że paru kolejnych bloggerów nagle przerwało swoją działalność – motywując rzecz jasna, okolicznościami lub dojrzewającą potrzebą przerwy – to dlaczego ja mam być kolejny? Moja częstotliwość wpisów to wprawdzie nie jest szczyt, ale i ja nie jestem jakimś niebywale płodnym autorem. Zresztą, czy trzeba nim być, czy trzeba co chwilę nowy wpis popełniać?

Coś się kończy, fakt. Kończy się trochę pewien okres istnienia tego bloga, kończy się pewna formuła. Nie mówię że zaprzestanę pisania o komputerach, bo są one połową mojego życia. Ale mam plan by pisać inaczej. Lżej. Poważnie rozważam też, czy może nie spróbować czegoś zupełnie innego – podcastu lub vidcastu. Ale do tego trzeba więcej sprzętu niż tylko laptop…

Za to, z uwagi, że kończy się parę innych rzeczy, blog może być przez jakiś czas niedostępny, będę przenosił na inny serwer. Niedostępna też stanie się możliwość komentowania w starszych wpisach, bo to jest chyba niekoniecznie potrzebne. Tylko spam się zbiera, baza danych bez niego była by jakieś 10 razy mniej zajmująca…

| Komentarze (4)

Dotykowy ekran? Fuj!

A przynajmniej w niektórych urządzeniach.

Pojawiły się pogłoski o nowym Zune, tzw. ZuneHD. I jak się patrzy na to urządzenie tutaj zaproponowane, to w oczy rzuca się – w stosunku do poprzednich wersji Zune – brak przycisków. Zamierzają wprowadzić dotykowy ekran, wzorując się na iPod Touch? Tylko nie to!

Używam dotykowego ekranu w telefonie (no dobra, nie używam aktualnie, bo karty SIM nie wykrywa – ale używałem). Ale bez przycisków było by gorzej. Tak, mogę, bez patrzenia, włączyć na przykład w kieszeni tryb wibracji. Łatwo i szybko. Używam dotykowego ekranu w Tablet PC… ale fizyczne przyciski, zwłaszcza taki działający jak strzałka w górę i dół są niebywale przydatne.

Używam Zune 30. Ma on sobie pięcioprzyciskowy D-Pad oraz dwa dodatkowe przyciski: play/pause i “back”. Najczęściej używam D-Pada – żeby ściszać, rozgłaśniać i przechodzić do następnej piosenki na playliście. No i zdarza mi się pauzować odtwarzanie, po czym je wznawiać. Wszystko to da się zrobić bez wyciągania urządzenia z kieszeni, a nawet przez kieszeń, bez wkładania ręki do niej, wystarczy wyczuć gdzie są przyciski. Żeby zmieniać piosenkę miałbym wyciągać odtwarzacz, odblokowywać ekran i “dotykać” opcji “Next”? No chyba żartujecie. To jest bez sensu!

Tak samo nie wyobrażam sobie dłuższej pracy na klawiaturze ekranowej. Może jeśli ktoś faktycznie używa komputera do oglądania zdjęć/filmów czy czegoś to ekrany (wielo)dotykowe są fajne. Ale to IMO zabawka, ewentualnie coś do specyficznego użytku. Nie do codziennej pracy.

To samo mówiłem o ekranach dotykowych w palmtopach. Dziubanie rysikiem/palcem w klawiaturkę, żeby napisać wiadomość jest głupie. Klawiatura fizyczna FTW! I to najlepiej pełne QWERTY – właśnie pisząc SMS-a na – niegdyś uwielbianym przeze mnie – słowniku T9 miałem się ochotę pochlastać.

Dotyk? Niekiedy fajne, ale błagam, nie wszędzie!

PS. I liczę, że Zune HD – o ile się pojawi – będzie faktycznie dostępne w Europie. Chociaż szczerze wątpię, że w Polsce.

| Komentarze (6)

Pedanteria cyfrowa

Trudno było by stwierdzić, że lubię porządek, patrząc na moje biurko lub to co się znajduje pod nim. Nawalone różnych karteczek, gratów, czasopism starszych lub nowszych. Ja jednak porządek lubię – cyfrowy. Przekonałem się o tym już wielokrotnie przychodząc do kogoś kto niezbyt wiedział gdzie znajduje się jakiś jego plik.

Ostatnimi czasy jednak spędziłem bardzo dużo czasu bawiąc się (no, porządkując) moją kolekcją muzyki. Pozbierana jest z różnych źródeł, najczęściej od znajomych, równie często zgrywana z płyt CD – do tego doszło wiele utworów pobranych z Internetu (skądinąd ostatnio pojawiła się setka pobrana z Last.fm). Problem pojawił się gdy zacząłem używać Zune (przy okazji: wiem, że wszystkie Zune 30 padły pod koniec roku – moja nie, bo nie włączałem tego dnia ;-)), który to odtwarzacz współpracuje tylko z jednym oprogramowaniem, dedykowanym. Owo oprogramowanie jest bardzo fajne, samo pobiera informacje o albumach, okładki, i tym podobne rzeczy. Nie mogłem znieść patrzenia na tytuły utworów nie pasujące do treści, na albumy w postaci “Unknown Album”, na braki okładek i po paru dobrych godzinach zabawy, przenoszenia, przeglądania Last.fm, jakieś 90% mojej kolekcji zostało uporządkowanej.

A potem przyszedł Sylwester. Korzystaliśmy jako ze źródła muzycznego z laptopa jednego z współuczestników. On jako odtwarzacza muzycznego używał Winampa. Spojrzałem na katalogi, wybrałem jednego z wykonawców, dodałem na playlistę… a na niej pojawiły się “nieznany artysta – bez nazwy 1″ i tym podobne utwory. Takie dane były wpisane w tagach ID3. Również dla mnie niezrozumiałe było, by jeden album podzielić na “Album CD1″ i “Album CD2″ – co było by przecież przez aplikacje traktowane jako dwa różne albumy. Szczyt pojawił się przedwczoraj – oglądając muzyczną kolekcję zwróciłem uwagę, że o to może być fajne, skopiuję. W końcu prawo pozwala się ze znajomymi dzielić, czyż nie? Po przyjściu do domu oczywiście pierwszym krokiem było użycie Mp3Tag. A co tam ujrzałem? O ile tytuły utworów się zgadzały, o tyle wykonawcy mieli formę: numer ścieżki – nazwa wykonawcy. Dla moich systemów zarządzania utworami było to 20 wykonawców, nie jeden. Nie mogłem tego zostawić bez poprawiania przecież ;-)

Podobnie porządek mam we własnych projektach (z pewnymi wyjątkami drobnymi, których się muszę pozbyć), w kolekcji zdjęć umieszczanej w katalogach “[data] [tag]“, a nawet w Menu Start, któremu nie pozwalam się zanadto rozrosnąć, grupując aplikacje w kolejnych poziomach folderów – co przynosi problemy, bo programy instalacyjne lub deinstalacyjne się gubią – jedne nie pozwalają czasem zmienić grupy Menu Start, inne nie usuwają skrótów, jeśli je gdzieś przeniosłem.

Wspomniałem o tagu przy zdjęciach. Windows Photo Gallery pozwala mi tagować zdjęcia, co czynię opisując jakie to osoby są na tych poszczególnych ujęciach. To daje mi możliwość, że jeśli akurat nie będę miał nic ciekawszego do roboty mogę wyszukać wszystkie fotografie na których znajduję się np. ja, A. oraz M., a nie ma na nich K.. Tagowanie jest także dostępne dla innych plików, np. dokumentów MS Office – i to także skrzętnie wykorzystuję, bo przydaje się przy wyszukiwaniu plików o określonej zawartości. Zresztą również kontakty, zdarzenia, zadania i tym podobne kategoryzuję w Outlooku.

Do tego dbam o porządek we własnych plikach, jeśli coś leży w katalogu “Temp”, do którego ląduje wszystko pobierane z Internetu, to albo szybko leci do kosza albo do jakiegoś docelowego miejsca przeznaczenia. Jakby było jednak mało tego – ja nie tylko porządkuję, ale i chomikuję (choć zmniejszająca się ilość wolnego miejsca na dysku twardym nieco to utrudnia) setki różnych rzeczy, począwszy od logów serwera ktos.info sprzed dwóch lat przez 1200 SMS-ów na telefonie do archiwum komunikatora sprzed niewiadomo jak dawna i do tego dochodzą nawet programy komputerowe, które pisałem wieki temu, bo będzie jakieś 10 lat. Oczywiście to jest problem, bo bez nowego dysku (który jednak zamierzam zakupić w tym miesiącu) częściej będę widział komunikat “You don’t have enough storage for this item”.

Chociaż jak tak patrzę to chyba jestem jednym z niewielu którzy dbają o porządek w swoich cyfrowych zasobach. I chyba trochę przesadzam miejscami…

| Komentarze (5)

Procedury, przyzwyczajenia

Jakiś rok temu (pod koniec września 2007) zakupiłem pewną książkę o zarządzaniu czasem. Przeczytałem, wielu zasad zastosować nie mogłem, nie pracując na pełny etat i nie będąc administratorem do których ta pozycja jest kierowana. Niemniej jedną z zasad obowiązujących w zarządzaniu czasem jest wypracowanie sobie pewnych procedur postępowania. Stałych, niezmiennych (ale powinny być elastyczne) zasad, by odciążyć mózg od robienia niektórych rzeczy – by stały się automatyczne.

Wcześniej, na początku ubiegłego roku (styczeń 2007), zastanawiałem się po co miałbym mieć palmtopa. I w przeciągu tego roku 2007 dzięki zarówno zastanawianiu się po co palmtop, po co cośtam i jak zorganizować sobie zarządzanie czasem wykształciły mi się procedury. Których bym nie zauważył, gdyby oczywiście coś się nie zaczęło psuć.

O ile zastanawiałem się po co mi palmtop (de facto Pocket PC, wiem, że to jest różnica), myśląc o zastąpieniu nim telefonu, aparatu (słabego strasznie) i odtwarzacza MP3 naraz, o tyle w najśmielszych snach nie podejrzewałem, że podstawowa funkcja, do jakiej “osobiści asystenci cyfrowi” zostali stworzeni, czyli pomaganie w organizacji czasu, przyda się mnie. Owa książka, i wyrobiony dzięki niej nawyk, by stworzyć sobie procedurę i jej przestrzegać, we współpracy z technologią, zaowocowały rozwiązaniem mojego wielkiego problemu – zapominania.

Tak, zapominam. Zwłaszcza o rzeczach, które miałem zrobić, dla kogoś, dla siebie, które trzeba zrobić na jutro, do szkoły czy gdzieś. O ile jeszcze w projektach programistycznych na przykład sprawę załatwia mi system śledzenia zgłoszeń, komentarze i tym podobne rzeczy, o tyle w “zwykłym” życiu zwyczajnie o wielu rzeczach zapominałem – i to już od małego, nie zapisywałem sobie w zeszycie że w następny wtorek pani od przyrody chciała by przynieść coś do szkoły – i był problem.

Wykształciłem sobie procedurę. Cokolwiek mam do zrobienia, natychmiast zapisuję, że mam to zrobić w moim PDA. Potem synchronizuję to z komputerem i gdy włączam Outlooka to natychmiast to widzę. Co ciekawe – zdarza mi się o wielu rzeczach pamiętać tylko dzięki temu, że je zapisałem – bez zapisania bym zapomniał, że zapisałem to pamiętam. Zapisywanie rzeczy do zrobienia mam automatyczne, natychmiastowe – wyciągam z kieszeni urządzenie, wstukuję co mi potrzeba, chowam do kieszeni. Nie zdawałem sobie sprawy nawet, że robię coś takiego, aż do momentu, gdy mój PDA zaczął szwankować. Z jakiś powodów, nie wiem zbyt jakich, nie pracuje poprawnie z moją kartą SIM. Co chwila twierdzi, że karty nie ma, jest uszkodzona, muszę wprowadzić kod PUK… odpowiednie przyciśnięcie karty do styków czasem poprawia sytuację, ale czasem niestety nie. To spowodowało, że noszę mój poprzedni telefon, a PDA zostawało w domu – przyznam, że nie chciało mi się od paru dni targać ze sobą trzech lub czterech wielkich sprzętów na uczelnię (telefon, PDA, odtwarzacz MP3, Tablet PC). Co za tym idzie łapałem się na tym, że jak usłyszałem, że coś jest do zrobienia, łapałem się za kieszeń, w której spoczywał telefon – owszem, ma on funkcję zapisywania zadań i notatek, ale nie umie ich synchronizować z komputerem – i mimo iż były zapisane, to ja mogłem zapomnieć.

Podobnym nawykiem stało się zapisywanie wszystkiego, nawet przysłowiowego “wyjścia na piwo” w kalendarzu i parę innych drobnostek. I wiecie co? To działa. Mózg nie musi pamiętać absolutnie wszystkiego, mogę zająć się rzeczami innymi i doskonale wiem, że coś trzeba zrobić. Tak samo dzięki technologii zapisuję wszystkie swoje pomysły, notatki, luźne uwagi… wszystko.

A jakie jest największe marzenie człowieka, który zapisuje wszystkie rzeczy do zrobienia? Komunikat “Brak zadań” na ekranie “Dzisiaj”. Ostatni raz widziałem go chyba w wakacje…

| Komentarze (5)

Podcasting

Pamiętam, jak jakiś dawny czas temu, chyba w czasopiśmie “PC World Komputer” które ówcześnie prenumerowałem, pojawił się tekst o podcastingu. Było to zjawisko związane z iPodem, słynnym kultowym odtwarzaczem, którego nie posiadam, bo w wyniku pewnego zbiegu okoliczności dorobiłem się, jakiś czas temu, iPod-killera from Seattle, czyli Zune.

Nie mam zamiaru jednak zajmować się samym odtwarzaczem, a raczej zjawiskiem, jakim – także dla mnie – stały się podcasty, a zwłaszcza vidcasty, oraz krótkie filmiki, jakich pełno jest obecnie na YouTube czy innych serwisach tego typu. Najpierw jednak vidcasty: oprogramowanie dla Zune w wersji drugiej przyniosło mi możliwość łatwego subskrybowania podcastów/vidcastów/czegokolwiek. Wcześniej nie słuchałem czegoś takiego. No dobra, jeden słuchany w miarę regularnie się zdarzył. “To zależy” vel “Interfejs” vel cośtam jeszcze. Pozdrawiam Grześka w tym momencie :-) Vidcasty przyszły potem, gdy znalazłem iKanapkę.

A teraz? A teraz, gdy znów udało mi się uruchomić Zune Marketplace (które oczywiście nie działa w naszym rodzinnym kraju) od razu zasubskrybowałem kolejne dwa vidcasty. Podnosząc liczbę oglądanych do zabójczych dziesięciu. No dobra, przy 78 subskrybowanych kanałach RSS jest to niewiele, jednakże oglądanie materiałów wideo jest bardziej pracochłonne (i czasochłonne) niż czytanie tekstu. Tekst mogę szybko przerzucić wzrokiem, z nagraniem wideo nie jest tak łatwo. Mimo iż jeden z drugim starają mi się udowodnić, że można to robić np. w autobusie w drodze gdzieś, to nie dla mnie. Nie mogę, nie umiem. Zatem vidcasty oglądam np. przed snem, zamiast oglądać telewizję (wypominając sobie, że Amazon miał promocję na Zune Home A/V Pack, a ja nie skorzystałem), a podcastów słucham w różnych okolicznościach.

Wracając do tekstu od którego usłyszałem o podcastingu… początkowo uznawałem to, że jest do dziwne. Niepotrzebne, nieciekawe. Dzisiaj? To jest fajne. Śledzę wiele materiałów wideo od wielkiej software’owej korporacji z Redmond i naprawdę jest tam sporo rzeczy, które są fajne. Śledzę Discovery Channel Video Podcast i to też jest fajne.

To ja wracam do mojego Żywca cały czas powtarzając sobie, że siedzenie przed komputerem w wakacje jest okropne. Choć dziś był piękny, chłodny dzień, z deszczem…

| Komentarze (1)

Beztechniczny spokój

Zanim przejdę do sedna sprawy najpierw mała dygresja. Na kanale telewizyjnym Discovery Travel&Living (i żeby ostatecznie pogubić czytelników dygresja wewnątrz dygresji: kiedyś to były dwa kanały: Travel oraz Home&Leisure) leci sobie program telewizyjny “Grand Designs”, w którym to ekipa filmowa przygląda się budowie domów, które ogólnie rzecz biorąc łączy pewien rodzaj rozmachu architektonicznego, który może ujawniać się w wielkości pomieszczenia, nietypowości tegoż, czy nowinkach technologicznych zainstalowanych w domu. Wielokrotnie jednak zdarza się, że owe prezentowane wspaniałe nieruchomości są nie tylko naprawdę wspaniałe wewnątrz, ale i umieszczone w ciekawej, ładnej czy nawet – moim zdaniem – przepięknej okolicy, choćby posiadając widok na rozległe pola na równinie, czy też nawet widok ze wzgórza na jezioro.

Do czego zmierzam? Chodzi mi o fakt, że piękne otoczenie mnie osobiście nastraja bardzo refleksyjnie i aż chciało by się tam mieszkać. A nie, moment, bo zaczynam się sam gubić w swoich rozważaniach. Dzisiaj miało być o technologii, która nas otacza i o pewnych pomysłach, by się z nią pogodzić na nowych zasadach. Po cóż jednak ten dom z pięknym widokiem na jezioro przez olbrzymie okno wspomniałem? Wyobraźcie sobie zatem, że oto mieszkamy w tak znakomitym domu z pięknym widokiem i co wieczór możemy oglądać zachód Słońca nad brzegiem jeziora, które ciepłym blaskiem oświetla nasz “living room”. Piękne. Po prostu marzenie. Spokojny, cichy wieczór się zbliża, w kominku wesoło trzaska ogień… i nagle to wszystko jest przerwane przez jakże znany odgłos najpopularniejszego polskiego komunikatora sygnalizujący nadejście nowej wiadomości. Hm, coś tu nie pasuje, prawda? Z jednej strony spokojna natura za oknem, z drugiej zakłócająca nam spokój technologia? No niestety, ale to jest rzeczywistość.

Co by tu ukrywać, jesteśmy, w dużej części, niewolnikami technologii. Ja to chyba już kiedyś pisałem, że mój odtwarzacz muzyki stale znajduje się gdzieś w pobliżu, a bez mojego PDA się z domu nie ruszam (z wyjątkami), podczas gdy jestem w domu to stale aktywny jest laptop – a w nim dwa komunikatory oraz – od niedawna – Witty, czyli program do śledzenia Twittera. Tak, jestem uzależniony od Twittera. Zdałem sobie z tego sprawę właśnie, co oczywiście znając życie nie spowoduje jakiegoś radykalnego kroku, ale być może ograniczenie. Choć i tak na przykład nie używam SMS-ów Twitterowych, odkąd zwróciłem uwagę, że jednak kosztują one więcej niż do Polski wysyłane (choć co ciekawe, mam wrażenie, że tak nie było!), a tenże aktualizuję głównie korzystając z jakiś przygodnych sieci Wi-Fi. Znów się zapędziłem, miało być o technologii, a ja tu o przygodnych kontaktach… technologicznych jednak przynajmniej…

Idźmy jednak dalej krokiem ograniczania technologii, a raczej ograniczania używania jej. Pojawił się w zeszłym roku pomysł na Shutdown Day. Dzień bez komputera tak ogólnie. Pomysł niczego sobie. Powiedzmy, że przez 24 godziny w roku akurat się świat nie skończy, a jeżeli nawet to ktoś nam to powie poza e-mailem. Ewentualnie pojawi się wizja, która nam o tym powie. Dlaczego by nie pójść jednak dalej? W portalu Onet.pl przypadkiem natknąłem się na artykuł “Lekkość bytu bez pulpitu”. Tutaj jest już pomysł posunięty dalej – bez technologii, bez telefonu, bez telewizora, bez komputera, raz w tygodniu. “Świecki szabat”.

Przesada? Być może. Ja jeszcze nie jestem taką ofiarą ery informacji, nie potrzebuję wiedzieć wszystkiego, a mój głód informacji o światowej sytuacji zaspokaja przeglądanie jednego portalu internetowego oraz “Fakty” w TVN o 19:00, czasami. Nie potrzebuję śledzić notowań giełdowych, a wracając po kilku dniach bez przeglądania poczty nie widzę w skrzynce 3000 nowych wiadomości, jak niektórzy (nie licząc spamu ;-)). Jednak z drugiej strony, jak wspomniałem, Twitter jest stale obecny w moim życiu, a przed komputerem spędzam – nawet w wolne dni – stanowczo za dużo czasu, jako że jest to dla mnie zarówno praca, jak i rozrywka (ostatnio namiętnie zagrywam się we “Frets on Fire” i mnie boli brawa ręka.).

Ale wiecie co? Pomysł mi się podoba. Można skupić się na poświęceniu większej ilości czasu nawet na myślenie o czymś, o jakiś planach. Ja mam najlepsze pomysły w głowie albo gdy rano wstaję z łózka, albo gdy leżę w wannie (stąd wanny będę bronił, prysznic to nie to!). Można nawet wyjść na spacer, czy też pobiegać – nawet gdy nie mieszka się nad brzegiem jeziora, a w środku miasta. Nie mogę doczekać się wiosny, takiej prawdziwej, bo chcę znów móc wsiąść na rower i gdzieś pojeździć. Podczas gdy obecna temperatura i ilość śniegu są zdecydowanym utrudnieniem.

Chyba po prostu czas się zatrzymać, pomyśleć, przemyśleć. I nie pędzić gdzieś dalej w pogoni za tą informacją, za tą techniką, może bez tego da się trochę przeżyć. Nie namawiam bynajmniej do całkowitego porzucenia rozwoju i zaszycia się w amiszowskim miasteczku, ale…

Warto zwrócić też uwagę, że ten jeden dzień bez komputera, to jest świetna dyscyplina dla umysłu.
Nawet jeżeli naprzeciwko Ciebie leży świeża płyta z Windows Server 2008, która aż czeka, by zostać zainstalowaną.

I możecie się śmiać, ale chyba nawet wieczór z puszką piwa przed telewizorem, oglądając ciekawy program w TV, jest lepsze niż kolejna godzina siedzenia na bezproduktywnych forach internetowych.

| Komentarze (7)

C lat z komputerem

Dzisiaj chyba, o ile dobrze pamiętam, albo w piątek, mija już 000Ch lat odkąd mam w domu komputer. Sporo, zważając na to, że sam mam ledwo lat tyle samo (w zapisie dziesiętnym), ale z odwróconymi cyframi – czyli 21.

Kiedyś już nawet pisałem jak wyglądała moja droga związana z programowaniem, ale teraz zacząłem się zastanawiać jak wyglądała moja droga od strony użytkownika. W tym i gracza, bo co by tu ukrywać – dzieckiem będąc to się grało.

Zaczynałem od komputera z procesorem AMD 486 DX4 100 MHz, który według przeprowadzanych testów dorównywał wydajnością Pentium 60, co we mnie wzbudzało wielką radość – nawet gdy kolega miał już Pentium 100. Moje 8 MB RAM było nadmierną ilością, która potem okazała się bardzo istotna. Karta dźwiękowa będąca klonem Gravis UltraSound miała sprzętowy WaveTable – dziś to niewiele znaczy, w owym czasie to także mnie podbudowywało ;-) CD-ROM o zabójczej szybkości 2x… A na komputerze miałem niesamowity system operacyjny MS-DOS 6.22. Do dziś mam podręcznik z niego, oryginalne dyskietki instalacyjne oraz certyfikat autentyczności. To był koniec listopada 1995 roku. Do komputera dostałem płytę z grami – w wersjach demo/shareware, głównie produkcji Apogee. Tak, Jazz Jackrabbit, Raptor i tym podobne produkcje.

Potem w jakiś sposób zdobyłem Windows 3.11 for Workgroups (instalowany z dyskietek o ile pamiętam, ale skąd i jak zdobyty – nie pomnę). W grudniu tego roku pod choinkę dostałem zestaw gier “Comanche vs. Werewolf” produkcji NovaLogic, na płytach CD, które miały jeden feler – na tym 2x napędzie CD-ROM wczytywanie misji trwało godzinami. O ile pamiętam to jak zobaczyłem te same gry na 6x napędzie CD to było to piękne! Potem doszły też takie gry jak “The Lion King”, “Wolfenstein 3D”, “Doom” i inne. W większości nadal jakieś wersje shareware czy tym podobne. Pamiętam też dobrze Norton Commander 4.0. Windows 95 na tym komputerze znalazł się dzięki także uprzejmości czyjejś (nie pamiętam już kogo), przegrywany był kablem null-modem dzięki NC 5.0. Trwało to naprawdę długi czas… Jakoś też wtedy miałem Lotusowy Word Pro ‘97 (dołączony do drukarki chyba), skądś (o rany, ale wtedy nie było chyba nawet pojęcia piractwa komputerowego) Worda 6.0… z którego pamiętam jedną “Poradę dnia”: “Łatwo się skaleczysz, jeżeli będziesz biegał wymachując siekierą”. Potem pamiętam też jak załamałem się gdy zakupiona (za zawrotną sumę 169,- PLN) gra Jane’s USNF ‘97 nie chciała działać, na co receptą było dwukrotne zwiększenie ilości RAM.

Z 486 po 5 latach przesiadłem się na sprzęt klasy znacznie wyższej – i współcześniejszej. Na Celerona 633 ze 128 MB RAM, dyskiem 17 GB zamiast 630 MB starego komputera i Rivą TNT2. Potem także na nowy monitor 17″ zastępujący wysłużony 14″ Daewoo. No i rzecz jasna na Windows 98. Ale tutaj w ogóle nie pamiętam w co ja mogłem grać. Na pewno nie w te starocie z 486 (chyba niektóre gdzieś mam), ale nie pamiętam. Jedyne co dobrze pamiętam to programowanie w QBASIC-u (zaczęte już na tym nieszczęsnym 486). Potem po 3 latach przesiadłem się na Athlona 2400+ z 512 MB RAM i dyskiem 80 GB, co już było kompletnym skokiem technologicznym. I tenże komputer chodzi u mnie do dziś (i bardzo dobrze się ma). I pod koniec zeszłego roku przesiadłem się znów – na laptopa (zawsze chciałem mieć!) Core Duo 1,73 GHz z 1 GB RAM… na którym gram bardzo, bardzo rzadko (Starcraft, Gunmetal ostatnio i takie głupoty).

I dzisiaj jestem posiadaczem w domu 3 działających komputerów, jednego prawie i części pozwalających na zbudowanie jeszcze kilku, znam więcej języków programowania niż języków obcych, noszę grube okulary, mam palmtopa, switch, router i marzę o “inteligentnym domu”. Co to się przez 12 lat zrobiło?!

Tak sobie właśnie pomyślałem, że do tych podsumowań należy dodać jeszcze jedno – dostęp do Internetu mam od okolic tego 2003 roku, najpierw modem (V.90), potem, po dłuższym czasie, 128 Kb/s łącze, dziś już 3 Mb/s. Windows widziałem wszystkie na oczy (długo używałem 95, 98 i ME) z wyjątkiem NT < 5.0 (XP używam od 4 lat, Visty od roku), Linuksa pierwszy raz na oczy zobaczyłem w postaci SUSE 5.3, a potem Mandrake 6.1.

Ale mi się na wspomnienia zebrało.

| Komentarze (8)

Szukajcie, a nie znajdziecie

Garść sytuacji w jaki sposób tutaj można trafić (wybrane z pośród blisko 2000 słów kluczowych):

  • jednostka miary mb – milibajt
  • dlaczego stacje radiowe maja różne częstotliwości – bo jakby miały jedną, to by się nie pomieściły
  • dziewczynki też mogą programować – absolutna racja! i gorąco je do tego zachęcam
  • obliczanie abrakadabra imienia i nazwiska – abrakadabra!
  • co znaczy 666 – “Kto ma rozum, niech liczbę Bestii przeliczy: liczba to bowiem człowieka. A liczba jego: sześćset sześćdziesiąt sześć.” (Ap 13,18)
  • jakie znaki zodiaku mogą stworzyć idealny związek – każde, o ile ludzie się dobiorą odpowiedni
  • gdzie jest moje miejsce w świecie? – Google nie pomoże Ci w odpowiedzi na to pytanie
  • te straszne jeansy – przerażają mnie też
  • odtwarzacze mp3 dla niedowidzących – iPod Nano Shuffle – nie ma wyświetlacza, w sam raz się nadaje.
  • z jakiego jezyka pochodzi slowo ,,gadżet” – ang. gadget
  • jak pisać “nie” z czasownikami? – rozdzielnie
  • czy informatycy mają inne zainteresowania – niektórzy zapewne tak – na przykład elektronika

A dla najczęściej powtarzających się słów kluczowych: tak, Aero Glass chodzi na Intel GMA 950!

Jestem zły, że w kółko atak na GG i Vista się słowach kluczowych pojawiają. Chyba powinienem pisać bardziej różnorodnie.

| Komentarze (9)

« Poprzednia strona Następna strona » Następna strona »