Archive for Prywatne
Beztechniczny spokój
marzec 25, 2008, godzina 15:15 · Prywatne, Społeczeństwo, Technologia, Z innej beczki, Za firewallem »
Zanim przejdę do sedna sprawy najpierw mała dygresja. Na kanale telewizyjnym Discovery Travel&Living (i żeby ostatecznie pogubić czytelników dygresja wewnątrz dygresji: kiedyś to były dwa kanały: Travel oraz Home&Leisure) leci sobie program telewizyjny “Grand Designs”, w którym to ekipa filmowa przygląda się budowie domów, które ogólnie rzecz biorąc łączy pewien rodzaj rozmachu architektonicznego, który może ujawniać się w wielkości pomieszczenia, nietypowości tegoż, czy nowinkach technologicznych zainstalowanych w domu. Wielokrotnie jednak zdarza się, że owe prezentowane wspaniałe nieruchomości są nie tylko naprawdę wspaniałe wewnątrz, ale i umieszczone w ciekawej, ładnej czy nawet - moim zdaniem - przepięknej okolicy, choćby posiadając widok na rozległe pola na równinie, czy też nawet widok ze wzgórza na jezioro.
Do czego zmierzam? Chodzi mi o fakt, że piękne otoczenie mnie osobiście nastraja bardzo refleksyjnie i aż chciało by się tam mieszkać. A nie, moment, bo zaczynam się sam gubić w swoich rozważaniach. Dzisiaj miało być o technologii, która nas otacza i o pewnych pomysłach, by się z nią pogodzić na nowych zasadach. Po cóż jednak ten dom z pięknym widokiem na jezioro przez olbrzymie okno wspomniałem? Wyobraźcie sobie zatem, że oto mieszkamy w tak znakomitym domu z pięknym widokiem i co wieczór możemy oglądać zachód Słońca nad brzegiem jeziora, które ciepłym blaskiem oświetla nasz “living room”. Piękne. Po prostu marzenie. Spokojny, cichy wieczór się zbliża, w kominku wesoło trzaska ogień… i nagle to wszystko jest przerwane przez jakże znany odgłos najpopularniejszego polskiego komunikatora sygnalizujący nadejście nowej wiadomości. Hm, coś tu nie pasuje, prawda? Z jednej strony spokojna natura za oknem, z drugiej zakłócająca nam spokój technologia? No niestety, ale to jest rzeczywistość.
Co by tu ukrywać, jesteśmy, w dużej części, niewolnikami technologii. Ja to chyba już kiedyś pisałem, że mój odtwarzacz muzyki stale znajduje się gdzieś w pobliżu, a bez mojego PDA się z domu nie ruszam (z wyjątkami), podczas gdy jestem w domu to stale aktywny jest laptop - a w nim dwa komunikatory oraz - od niedawna - Witty, czyli program do śledzenia Twittera. Tak, jestem uzależniony od Twittera. Zdałem sobie z tego sprawę właśnie, co oczywiście znając życie nie spowoduje jakiegoś radykalnego kroku, ale być może ograniczenie. Choć i tak na przykład nie używam SMS-ów Twitterowych, odkąd zwróciłem uwagę, że jednak kosztują one więcej niż do Polski wysyłane (choć co ciekawe, mam wrażenie, że tak nie było!), a tenże aktualizuję głównie korzystając z jakiś przygodnych sieci Wi-Fi. Znów się zapędziłem, miało być o technologii, a ja tu o przygodnych kontaktach… technologicznych jednak przynajmniej…
Idźmy jednak dalej krokiem ograniczania technologii, a raczej ograniczania używania jej. Pojawił się w zeszłym roku pomysł na Shutdown Day. Dzień bez komputera tak ogólnie. Pomysł niczego sobie. Powiedzmy, że przez 24 godziny w roku akurat się świat nie skończy, a jeżeli nawet to ktoś nam to powie poza e-mailem. Ewentualnie pojawi się wizja, która nam o tym powie. Dlaczego by nie pójść jednak dalej? W portalu Onet.pl przypadkiem natknąłem się na artykuł “Lekkość bytu bez pulpitu”. Tutaj jest już pomysł posunięty dalej - bez technologii, bez telefonu, bez telewizora, bez komputera, raz w tygodniu. “Świecki szabat”.
Przesada? Być może. Ja jeszcze nie jestem taką ofiarą ery informacji, nie potrzebuję wiedzieć wszystkiego, a mój głód informacji o światowej sytuacji zaspokaja przeglądanie jednego portalu internetowego oraz “Fakty” w TVN o 19:00, czasami. Nie potrzebuję śledzić notowań giełdowych, a wracając po kilku dniach bez przeglądania poczty nie widzę w skrzynce 3000 nowych wiadomości, jak niektórzy (nie licząc spamu ;-)). Jednak z drugiej strony, jak wspomniałem, Twitter jest stale obecny w moim życiu, a przed komputerem spędzam - nawet w wolne dni - stanowczo za dużo czasu, jako że jest to dla mnie zarówno praca, jak i rozrywka (ostatnio namiętnie zagrywam się we “Frets on Fire” i mnie boli brawa ręka.).
Ale wiecie co? Pomysł mi się podoba. Można skupić się na poświęceniu większej ilości czasu nawet na myślenie o czymś, o jakiś planach. Ja mam najlepsze pomysły w głowie albo gdy rano wstaję z łózka, albo gdy leżę w wannie (stąd wanny będę bronił, prysznic to nie to!). Można nawet wyjść na spacer, czy też pobiegać - nawet gdy nie mieszka się nad brzegiem jeziora, a w środku miasta. Nie mogę doczekać się wiosny, takiej prawdziwej, bo chcę znów móc wsiąść na rower i gdzieś pojeździć. Podczas gdy obecna temperatura i ilość śniegu są zdecydowanym utrudnieniem.
Chyba po prostu czas się zatrzymać, pomyśleć, przemyśleć. I nie pędzić gdzieś dalej w pogoni za tą informacją, za tą techniką, może bez tego da się trochę przeżyć. Nie namawiam bynajmniej do całkowitego porzucenia rozwoju i zaszycia się w amiszowskim miasteczku, ale…
Warto zwrócić też uwagę, że ten jeden dzień bez komputera, to jest świetna dyscyplina dla umysłu.
Nawet jeżeli naprzeciwko Ciebie leży świeża płyta z Windows Server 2008, która aż czeka, by zostać zainstalowaną.
I możecie się śmiać, ale chyba nawet wieczór z puszką piwa przed telewizorem, oglądając ciekawy program w TV, jest lepsze niż kolejna godzina siedzenia na bezproduktywnych forach internetowych.
Permalink |
C lat z komputerem
listopad 27, 2007, godzina 20:05 · Komputery, Prywatne »
Dzisiaj chyba, o ile dobrze pamiętam, albo w piątek, mija już 000Ch lat odkąd mam w domu komputer. Sporo, zważając na to, że sam mam ledwo lat tyle samo (w zapisie dziesiętnym), ale z odwróconymi cyframi - czyli 21.
Kiedyś już nawet pisałem jak wyglądała moja droga związana z programowaniem, ale teraz zacząłem się zastanawiać jak wyglądała moja droga od strony użytkownika. W tym i gracza, bo co by tu ukrywać - dzieckiem będąc to się grało.
Zaczynałem od komputera z procesorem AMD 486 DX4 100 MHz, który według przeprowadzanych testów dorównywał wydajnością Pentium 60, co we mnie wzbudzało wielką radość - nawet gdy kolega miał już Pentium 100. Moje 8 MB RAM było nadmierną ilością, która potem okazała się bardzo istotna. Karta dźwiękowa będąca klonem Gravis UltraSound miała sprzętowy WaveTable - dziś to niewiele znaczy, w owym czasie to także mnie podbudowywało ;-) CD-ROM o zabójczej szybkości 2x… A na komputerze miałem niesamowity system operacyjny MS-DOS 6.22. Do dziś mam podręcznik z niego, oryginalne dyskietki instalacyjne oraz certyfikat autentyczności. To był koniec listopada 1995 roku. Do komputera dostałem płytę z grami - w wersjach demo/shareware, głównie produkcji Apogee. Tak, Jazz Jackrabbit, Raptor i tym podobne produkcje.
Potem w jakiś sposób zdobyłem Windows 3.11 for Workgroups (instalowany z dyskietek o ile pamiętam, ale skąd i jak zdobyty - nie pomnę). W grudniu tego roku pod choinkę dostałem zestaw gier “Comanche vs. Werewolf” produkcji NovaLogic, na płytach CD, które miały jeden feler - na tym 2x napędzie CD-ROM wczytywanie misji trwało godzinami. O ile pamiętam to jak zobaczyłem te same gry na 6x napędzie CD to było to piękne! Potem doszły też takie gry jak “The Lion King”, “Wolfenstein 3D”, “Doom” i inne. W większości nadal jakieś wersje shareware czy tym podobne. Pamiętam też dobrze Norton Commander 4.0. Windows 95 na tym komputerze znalazł się dzięki także uprzejmości czyjejś (nie pamiętam już kogo), przegrywany był kablem null-modem dzięki NC 5.0. Trwało to naprawdę długi czas… Jakoś też wtedy miałem Lotusowy Word Pro ‘97 (dołączony do drukarki chyba), skądś (o rany, ale wtedy nie było chyba nawet pojęcia piractwa komputerowego) Worda 6.0… z którego pamiętam jedną “Poradę dnia”: “Łatwo się skaleczysz, jeżeli będziesz biegał wymachując siekierą”. Potem pamiętam też jak załamałem się gdy zakupiona (za zawrotną sumę 169,- PLN) gra Jane’s USNF ‘97 nie chciała działać, na co receptą było dwukrotne zwiększenie ilości RAM.
Z 486 po 5 latach przesiadłem się na sprzęt klasy znacznie wyższej - i współcześniejszej. Na Celerona 633 ze 128 MB RAM, dyskiem 17 GB zamiast 630 MB starego komputera i Rivą TNT2. Potem także na nowy monitor 17″ zastępujący wysłużony 14″ Daewoo. No i rzecz jasna na Windows 98. Ale tutaj w ogóle nie pamiętam w co ja mogłem grać. Na pewno nie w te starocie z 486 (chyba niektóre gdzieś mam), ale nie pamiętam. Jedyne co dobrze pamiętam to programowanie w QBASIC-u (zaczęte już na tym nieszczęsnym 486). Potem po 3 latach przesiadłem się na Athlona 2400+ z 512 MB RAM i dyskiem 80 GB, co już było kompletnym skokiem technologicznym. I tenże komputer chodzi u mnie do dziś (i bardzo dobrze się ma). I pod koniec zeszłego roku przesiadłem się znów - na laptopa (zawsze chciałem mieć!) Core Duo 1,73 GHz z 1 GB RAM… na którym gram bardzo, bardzo rzadko (Starcraft, Gunmetal ostatnio i takie głupoty).
I dzisiaj jestem posiadaczem w domu 3 działających komputerów, jednego prawie i części pozwalających na zbudowanie jeszcze kilku, znam więcej języków programowania niż języków obcych, noszę grube okulary, mam palmtopa, switch, router i marzę o “inteligentnym domu”. Co to się przez 12 lat zrobiło?!
Tak sobie właśnie pomyślałem, że do tych podsumowań należy dodać jeszcze jedno - dostęp do Internetu mam od okolic tego 2003 roku, najpierw modem (V.90), potem, po dłuższym czasie, 128 Kb/s łącze, dziś już 3 Mb/s. Windows widziałem wszystkie na oczy (długo używałem 95, 98 i ME) z wyjątkiem NT < 5.0 (XP używam od 4 lat, Visty od roku), Linuksa pierwszy raz na oczy zobaczyłem w postaci SUSE 5.3, a potem Mandrake 6.1.
Ale mi się na wspomnienia zebrało.
Permalink |
Szukajcie, a nie znajdziecie
czerwiec 26, 2007, godzina 17:12 · Prywatne, Z innej beczki »
Garść sytuacji w jaki sposób tutaj można trafić (wybrane z pośród blisko 2000 słów kluczowych):
- jednostka miary mb - milibajt
- dlaczego stacje radiowe maja różne częstotliwości - bo jakby miały jedną, to by się nie pomieściły
- dziewczynki też mogą programować - absolutna racja! i gorąco je do tego zachęcam
- obliczanie abrakadabra imienia i nazwiska - abrakadabra!
- co znaczy 666 - “Kto ma rozum, niech liczbę Bestii przeliczy: liczba to bowiem człowieka. A liczba jego: sześćset sześćdziesiąt sześć.” (Ap 13,18)
- jakie znaki zodiaku mogą stworzyć idealny związek - każde, o ile ludzie się dobiorą odpowiedni
- gdzie jest moje miejsce w świecie? - Google nie pomoże Ci w odpowiedzi na to pytanie
- te straszne jeansy - przerażają mnie też
- odtwarzacze mp3 dla niedowidzących - iPod
Nano Shuffle - nie ma wyświetlacza, w sam raz się nadaje.
- z jakiego jezyka pochodzi slowo ,,gadżet” - ang. gadget
- jak pisać “nie” z czasownikami? - rozdzielnie
- czy informatycy mają inne zainteresowania - niektórzy zapewne tak - na przykład elektronika
A dla najczęściej powtarzających się słów kluczowych: tak, Aero Glass chodzi na Intel GMA 950!
Jestem zły, że w kółko atak na GG i Vista się słowach kluczowych pojawiają. Chyba powinienem pisać bardziej różnorodnie.
Permalink |
The way of the potato
czerwiec 9, 2007, godzina 13:18 · Prywatne, Technologia »
Nie, nie chodzi mi o krótki komiks, który był pod tym samym tytułem. Chodzi mi o pewną drogę, jaką ja przeszedłem. Nibbrek zadał mi na Jabberze pytanie, ile ja umiałem, z informatyki, mając 14 lat. Odpowiedziałem (i mam nadzieję, że doszło, bo musiałem skorzystać z e-maila, bo docelowy serwer XMPP nie odpowiedział), a potem sam się zacząłem zastanawiać. Jak to wyszło, że siedzę teraz i studiuję informatykę? Nie wiem, nie potrafię ocenić co mnie tak właściwie skłoniło.
Wiem jednak jedno - że studia informatyczne, to na początku przynajmniej, nie było to, o czym myślałem. Teraz jest też kilka przedmiotów, których albo jeszcze nie widzę sensu, albo one w potencjalnej pracy informatyka - zwłaszcza programisty - nie mają sensu. Z drugiej strony wiele się nauczyłem. Nie tylko o tym jak ten komputer działa, tak od znacznie niższego poziomu. Pomimo nudnych wykładów dowiedziałem się. że lepiej sortować niż poprzez scalanie się nie da. I mam nadzieję, że dowiem się wielu innych rzeczy. Choć niezmiernie narzekam na niepotrzebność niektórych przedmiotów, na ich “trudność”, to czasem, po jakimś czasie, widzę, że to było jednak potrzebne. No cóz, taki urok studiowania.
Wracając jednak do tej mojej drogi - z komputerami mam do czynienia od 12 lat. Od 1995 roku, a najbardziej to od listopada, gdy dostałem mojego pierwszego 486 DX4 100 MHz z 8 MB RAM i CD-ROM o zabójczej szybkości 2x. Zaczynałem od DOS-a 6.22, od Windows (for Workgroups) 3.11, od Worda 6.0… Zaczynałem się uczyć, czytałem książki, prenumerowałem PC World Komputer od chyba 1997 do 2000 roku blisko. Uczyłem się, pisałem jakieś bzdury w plikach wsadowych i tak dalej. Oczywiście w międzyczasie grałem w wiele różnych genialnych gier, ale to swoją drogą, bo ma być o innej drodze ;-) W okolicach lipca 1999 roku zacząłem się uczyć języka programowania QBASIC. Interpreter był dostępny w DOS-ie wtedy, uczyłem się go wraz ze znajomym (pozdrawiam!) (skądinąd mam niesamowite wrażenie, że już kiedyś pisałem takie słowa na tym blogu). I choć jeden z najwcześniejszych programów jakie napisałem miał działanie i wygląd niezmiernie zaawansowane, to potem coś z tego wyszło lepszego.
' "Głupi żart", czyli "wirus" napisany w QBASIC-u, o nazwie Houd.
' 1999 rok.
CLS
COLOR 7
LOCATE 1, 1: PRINT "C:>"
SLEEP 2
LOCATE 1, 1: PRINT "C:>for"
SLEEP 2
LOCATE 1, 1: PRINT "C:>format"
SLEEP 2
LOCATE 1, 1: PRINT "C:>format c:"
SLEEP 2
LOCATE 1, 1: PRINT "C:>format c: /s /q"
SLEEP 2
CLS
COLOR 12
BEEP
BEEP
PRINT "Joke!"
SLEEP 2
Oprócz rozwijania bardzo umiejętności w QBASIC-u to jednak mimo wszystko spora część tych programów to działała tylko i wyłącznie na instrukcjach skoku. W owym czasie ze wspomnianym znajomym tworzyliśmy w tym języku swoje “systemy operacyjne”, a raczej programy, które je miały udawać. Aż… doszliśmy do granic możliwości interpretera, który powyżej dwóchtysięcy iluśtam linii kodu nie dawał rady. Aczkolwiek jak dzisiaj patrzę na niektóre rzeczy, to dało by się tam wiele rzeczy skrócić używając… pętli. Tak, bo ani pętli, ani wcięć, zero algorytmiki… Ale 66 KB kodu ostatniej wersji “systemu” było jednak osiągnięciem - choć nie robił kompletnie nic :-)
Potem uczyłem się Turbo Pascala, po drodze mając krótki romans z Turbo Basiciem który nie spełnił pewnych oczekiwań, jednak zostało to przerwane. Potem jakoś pojawiło się Delphi (1.02), w którym napisałem kilka innych totalnych bzdur. To był rok 2001. Oprócz nauki Delphi zacząłem uczyć się PHP, ale już wcześniej bardzo interesowało mnie tworzenie stron internetowych, uczyłem się HTML, i prowadziłem pewną stronę internetową. W 2001 albo i 2002 pojawiłem się na pewnym serwisie (i chyba mniej więcej wtedy pojawił się mój dzisiejszy nick). I z Delphi miałem romans do 2006 roku aż. Obecnie nie dotykałem go od około roku… Ale w Delphi nauczyłem się naprawdę programować, choć zacząłem uznawać, że coś umiem dopiero w okolicach 2005 roku - mimo, że niektórzy mówili mi to wcześniej. Jednak nadal jestem pewny, że są setki rzeczy, których nie robiłem, a uczyć się trzeba zawsze. Skromność? Być może. Albo po prostu obiektywne spojrzenie. Niemniej w Delphi uczestniczyłem w projekcie PilotMP3, rozwijałem klasę TXMLINI oraz napisałem kilka innych rzeczy, o które do dziś jestem czasem w mejlach proszony. Wtedy też zacząłem nazywać projekty nazwami kodowymi, które czasem zostawały dla programu, a czasem ginęły. Gorzej jest, że po tych paru latach jak spoglądam na dysk i widzę “Ariadna”, “Izis” czy “Ring” to nie zawsze wiem co ten program miał robić :-)
A PHP? Na początku nie wyglądało różowo, ale co ciekawe (i zaskakujące) - nie zaczynałem od nauki bazy danych MySQL. Wielu tak zaczynało, wielu też zaczynało od serwera Apache w formie PhpTriad czy Krasnal. A ja zacząłem… od Microsoft Access z którym PHP łączyło się przez ODBC. I serwera Xitami, z ręcznym konfigurowaniem PHP. Bo tak w pewnej książce było. MySQL pojawił się gdzieś dopiero znacznie dalej. I stąd mi zostało, że nie lubię automatów, ale z drugiej strony konfiguracja Apache czasem mnie załamuje.
<?
/* Przykładowy fragment chyba logowania do jakiegoś
tworzonego forum dyskusyjnego. Kodowo "Nuke", 2002 rok */
$baza=odbc_connect("nuke", "", "", "");
$sql="SELECT * FROM Użytkownicy";
$rst=odbc_exec($baza,$sql);
$i=1;
$test=1;
$pusty=odbc_fetch_row($rst,1);
while ($pusty) {
if ($pusty) {
if (odbc_result($rst,1) == $imie) {
if (odbc_result($rst,2) == $haslo) {
echo ("<p>Login prawidłowy ".$imie."!");
echo ("<p><a href=baza.php?imie=".$imie.">
Kliknij, aby zobaczyć bazę postów</a></p>");
$test=0;
break;
}
}
$i++;
}
$pusty=odbc_fetch_row($rst,$i);
}
if ($test <> 0)
echo ("<p><b>Nieprawidłowy login!</b></p>");
echo ("<p><a href=forum.html>Zaloguj ponownie</a></p>");
odbc_close_all();
?>
A co potem? A potem siedziałem dalej w tym i uczyłem się dalej. Siedzę w PHP, siedzę w XHTML i CSS (gdzieś po drodze zostałem adwokatem standardów sieciowych, który potem złagodniał), coś umiem zrobić w C, co nieco w C++, uczę się C#… W okolicach 2001 roku przeczytałem o Javie, a potem używałem kilku programów napisanych w Javie, a jej szybkość mnie odrzuca do dziś (aż dziw, że .NET jakoś toleruję). A na dysku mam, łącznie, 82 projekty, jedne w Delphi, inne w XHTML, inne w C#, a inne w PHP.
Rozpisałem się o sobie prywatnie, ale to wszystko ma jeden morał. Nieważne ile umiałeś w wielu iluś lat. Znam takiego, co programował, gdy ja bawiłem się klockami Lego. I takiego, co programować zaczął niedawno, a jest naprawdę dobry. Po prostu trzeba mieć chęć i trzeba - niestety - się uczyć, rozwijać, pisać, czytać i programować. Bez chęci ani rusz.
I nie zachęcam nikogo do pójścia w moje ślady, bo znaleźć własną drogę jest najlepiej.
Permalink |
Zawsze niestandardowy?
marzec 29, 2007, godzina 14:49 · Prywatne, Technologia »
Już wiele wody upłynęło w Wiśle od czasu kiedy zakupiłem swój pierwszy telefon komórkowy. Była to Nokia 1611, z kartą w Simplusie, w czasach gdy minuta rozmowy w szczycie poza sieć kosztowała 2,95 PLN. Jak na dziś to suma niewyobrażalna jak na rozmowę, nie licząc roamingu. Od tego czasu telefon komórkowy zmieniałem już wiele razy i przymierzam się do kolejnej zmiany, aczkolwiek tym razem już na palmphone, prawdopodobnie Qtek 9100 vel SPV M3000, o którym już pisałem kiedyś. Ale to inna sprawa, bo chciałbym trochę nawiązać do tematu mówiąc o niestandardowości.
Następnym moim telefonem po tej prehistorycznej Nokii (dziś gdy na nią patrzę to się tylko uśmiecham - “obsługa wiadomości SMS” i takie tam nie są już niesamowitymi funkcjami) był telefon kompletnie nietypowy. Był to czas Nokii 3210, która zaczynała stawać się popularna, a ja wybrałem… ano wybrałem Trium Geo. “Co?” zapytają niektórzy. Telefony marki Trium, produkowane przez Mitsubishi i sprzedawane przez jakiś czas w Polsce, nie były popularne, ale z drugiej strony - były technicznie zaawansowane nieporównywalnie.

Weźmy ową Nokię 3210. W tym czasie pojawił się WAP, “internet w telefonie”, którego w swoim czasie byłem wielkim zapaleńcem (może ktoś kojarzy http://krwap.prv.pl?). Nokia jego obsługi nie posiadała. Jej następca, nadal popularny model 3310 - także (dopiero 3330 się dorobiło). Jako że technicznym fanatykiem jestem, to żadne bzdurne wiadomości graficzne nie dawały mi takiej radości jak WAP oraz HSCSD. Wtedy nie było GPRS, nie wiem czy ktoś jeszcze pamięta te czasy (ale się staro poczułem) gdy Ericsson R320 z GPRS był prototypem na targach CeBIT ;-) Aczkolwiek miałem jakiś pakiet darmowego WAP iluś minut i korzystałem i było świetnie. Z Internetu po podłączeniu do komputera i poprzez HSCSD z zachwycającą szybkością 14,4 kbps też kilka chwil korzystałem, ale to inna sprawa :-)
Potem kolejnym telefonem z jakiego korzystałem i był niezmiernie zaawansowany technicznie był Ericsson T65. Wyświetlacz z dwoma odcieniami szarości (!), GPRS, klient e-mail… Prawie jak przepustka do nowoczesnego świata którego używamy dziś. I ten telefon też był bezapelacyjnie jednym z najlepszych w swojej klasie. Nokia? Ach, nasza najpopularniejsza marka zaproponowała 3410 - bez GPRS, dorobiła się go dopiero 3510 wraz z wyświetlaczem w odcieniach szarości, a potem przeszła w popularny nadal 3510i. I wtedy przyszedł czas szału aparatów w telefonach - do 3510i się nie dało podłączyć, a do T65 - nawiasem mówiąc - jak najbardziej. Aczkolwiek T65 został mi skradziony - a że hasło do e-mail zapisywał w postaci jawnej, to i moja skrzynka pocztowa (9 zł kosztowała - kyler1@skrzynka.pl) poszła sobie - jakiś ktoś zmienił hasło, a i wysłał obraźliwy e-mail do jednego z nadawców listów do mnie.
Dalej używałem jakiś czas Motoroli T192L (do tej pory mam uraz do tej firmy), Siemensa C55 (nagrywanie i dzwonki WAV) SonyEricssona T230 i T610 (który miał Bluetooth i od tej pory uwielbiam tą technologię) i obecnie jestem przy moim SE K700i. I szykuje się zmiana - myślałem o SE K750i, K790i, ale raczej będzie to jednak PocketPC. Niemniej jednak jeden szczegół - wszystkie telefony jakich używałem, z wyjątkiem SE T230/T610/K700i) były unikatowe - albo były ponad swoją epokę (Geo i T65), albo bardzo mało popularne (T192L i C55). Nigdy jakoś nie miałem telefonu “takiego jak wszyscy”. Teraz się to zmieniło, bo SonyEricsson staje się popularną firmą, zwłaszcza ten model T230. Pytanie - dlaczego? Może jakiś ukryty uraz i chęć bycia innym? Możliwe, zwłaszcza w odniesieniu do 3310. Po drugie - chęć posiadania zabawki z technicznymi możliwościami, która przewyższa produkty konkurencji.
A jak sobie kupię SPV M3000 to chyba znów będę inny. :->
Technorati Tags: mobile phones, spv m3000, trium geo
Permalink |
Tagowanie czy tam inny LansRank
luty 22, 2007, godzina 20:25 · Humor, Prywatne, Z innej beczki »
Kolejna blogowa zabawa! Ja, wywołany do odpowiedzi przez Vermina, muszę wziąć udział, nie ma rady ;-) Zasady? Podać 5 mało znanych rzeczy o sobie i przekazać informacje do 5 kolejny bloggerów dalej. Ciekawe jak szybko zabraknie bloggerów skoro za każdym podejściem liczba następnych wywołanych do zabawy się zwiększa :-)
Zatem, do roboty, mało znane rzeczy o mnie:
- Nie lubię brokułów. Nie lubię koloru, nie lubię smaku, nie lubię zapachu. Poziom nielubienia brokułów waha się pomiędzy poziomem nielubienia kapusty a zielonego groszku. I żeby nie było, że nic zielonego nie lubię, to ogórki nie są złe.
- Pierwsze czasopismo komputerowe, nie o grach, które kupiłem, pamiętam doskonale. PC World Komputer, numer 4/96, w którym było porównanie nowoczesnych systemów operacyjnych, Windows 95, Windows NT 3.51, OS/2 Warp 3.0 i MacOS 7.5.2. Od tego czasu czytywałem PCWK bardzo długo, bardzo regularnie. Niestety wspomniany numer wyrzuciłem jakiś czas temu, a dziś chętnie zobaczyłbym jak bardzo się podniecano nowościami, jakie przyniósł Windows 95 w owym czasie. W ogóle przeglądając stare czasopisma uśmiecham się często patrząc czy to na “przepowiednie” czy na “wspaniałe możliwości”.
- Pierwszy telefon komórkowy zakupiłem bardzo dawno, w okolicach 2001 roku. Była to Nokia 1611, w sieci Simplus, z numerem telefonu 603516521. Telefon mam do dziś, już niezbyt sprawny, a od tego czasu miałem w swoich rękach na własność ponad 10 innych “komórek”, a wieloma bawiłem się “po drodze”.
- Pierwszy Linux z jakim miałem styczność był to SUSE 5.3, z którym styczność nie zakończyła się miło, bowiem z bliżej nieznanych powodów już zniszczył on tylko tablicę partycji dysku (prawdopodobnie próbując utworzyć swoje) i tyle, dalej nic się nie działo. To było też pierwsze użycie Norton Disc Doctora i to wszystko na komputerze kolegi. Pierwszy Linux z jakim miałem styczność na dłużej to Mandrake 6.1 instalowany na dysku wirtualnym na partycji FAT. Też ciekawe rozwiązanie.
- Bardzo lubię spać “przytulony” do ściany. Być może dlatego, że jest zimna. Niestety, obecnie mam łóżko koło kaloryfera i do ściany przytulić się nie mogę.
To by było na tyle. A do następnego kręgu wybrani zostali:
Zwycięzcom gratulujemy oczywiście :-)
Permalink |
Czas podsumowań i planów
grudzień 22, 2006, godzina 21:56 · Prywatne, Z innej beczki »
Nadchodzi czas podsumowań i planów. Wszyscy tak robią na koniec roku, a że ten nadchodzi, to i ja nie będę wyjątkiem. Oto bowiem “Notatki na piasku”, eksperyment, mój prawie-techniczny blog, razem ze mną kończą rok 2006. I razem ze mną, który w tym roku przestał być nastolatkiem, nadejdą zmiany.
W ciągu tego roku odwiedziło mnie, jeśli wierzyć Google Analytics, 45 583 osób, z których większość trafiła tutaj dzięki wyszukiwarce, trafiła zapewne tylko przypadkiem, bo długość większości wizyt nie była większa niż kilkanaście sekund. Największym hitem okazał się wpis o robaku atakującym Gadu-Gadu (który się bardzo na statystykach odznacza) oraz ten czy lepszy jest system plików FAT czy NTFS. 47% odwiedzających używało Firefoksa, a 0,06% - Kopiczka (pozdrawiam użytkowników forum 4programmers.net ;-)). Blisko co dziesiąty odwiedzający używa Linuksa, a jedna z osób miała 1-bitową ilość kolorów (notabene także jedna miała 12-bitową i 6 miało 520-bitową, więc chyba wyniki są zafałszowane :-)). Łącznie od kiedy istnieje blog popełniłem 133 wpisy w 19 kategoriach, na które odpowiedziano blisko 1000 komentarzy i 2400 wpisów spamowych.
Najpopularniejszym słowem kluczowym pod którym można znaleźć mnie w Internecie jest, ku zaskoczeniu mojemu, “Web2.0″. Mimo iż gdy pisałem swego czasu wpis na ten temat, to napisałem bzdury, bo całe to coś, okazało się być czymś innym. Marketingowym bełkotem.
“Notatki” to taki eksperyment. Wprawiałem się do pisania, wchodziłem do tej blogosfery całej. Pisałem różne rzeczy, ostatnio zbaczałem bardzo w stronę wpisów o pewnym systemie operacyjnym, odchodząc od korzeni jakimi była webmasterka. Nie wiem czy to się czytelnikom podoba, fakt jest jednak teraz taki, ze ja się zmieniam, i zmienia się ten blog. Będzie mniej o Microsofcie, więcej o programowaniu, więcej komentarzy do tego, co jest w Internecie, ale nadal nieczęsto. Raz na tydzień, półtora tygodnia.
Drodzy czytelnicy, nie jest was wielu, nie wiem czy są jacyś regularni, nie wiem czy to, co wypisuję tutaj się podoba. Z okazji chrześcijańskich Świąt Bożego Narodzenia oraz (ogólnodostępnego chyba) Nowego Roku życzę Wam jednak wszystkiego co najlepsze, co najmniej tyle szczęścia, ile zamieszania spowodował atak łańcuszkowego wirusa, tyle zdrowia, ile danych o nas gromadzi Google, tyle… wszystkiego co najlepsze po prostu. I do zobaczenia wraz z nowym rokiem w świecie znów odmienionym przezeń. I przez nadchodzące wydarzenia.
Permalink |
Edukacja
maj 4, 2006, godzina 17:28 · Prywatne, Z innej beczki, Za firewallem »
Najpierw to miała być odpowiedź u nbw, który pyta dokąd iść. Ale trochę nie wyszło. Teraz, gdy kolejni maturzyści musieli wziąć czarne długopisy i wypełniać zgodnie z kluczem pola oraz pisać (zgodnie z kluczem!) opowiadania temat uczenia się i studiów staje się znów aktualny. Studia? Czy potrzebne? A może wybrać własną drogą? Po co nam ta edukacja?
Wychowywano mnie w poczuciu, że studia są ważne. Na tyle ważne, że nie wyobrażałem sobie zostania bez studiów, to prawda. Jednak moje poczucia zmieniały się z czasem. Wiem, że są ludzie bez studiów, którzy doskonale sobie radzą. Ale mimo to wybrałem dalszą edukację. Edukację, by rozwinąć własne horyzonty, by spotkać ludzi, którzy mogą mi kiedyś pomóc. Nigdy nie miałem poczucia, że na studiach będzie “wyścig szczurów”. Wróżono mi to i w liceum, bo poszedłem podobno do renomowanego. Nic z tych rzeczy. Doskonała atmosfera i współpraca sąsiedzka ;-) Żadnej ostrej konkurencji. Może to i źle, kto wie?
Mam 20 lat. Nie wiem co będę robił w życiu. Nie wiem, co się ze mną stanie. Nie wiem czy zaliczę II semestr nawet :-) Wybrałem informatykę. Mówiono, że to zły wybór. Odpowiadałem, że to jest to, co mnie interesuje. Na studiach boleśnie przekonałem się, że informatyka i komputery mają tyle wspólnego co astronomia i teleskopy. To są narzędzia, a króluje matematyka. Przeszedłem, z bólem, pierwszy semestr. Teraz, jest o niebo lepiej. Są rzeczy, których uczę się z przyjemnością oraz te, których nienawidzę - to jasne. To normalne. Dzisiaj, choć mogłem sobie wykład odpuścić, poszedłem. Dowiedziałem się rzeczy, które być może nigdy mi się do niczego nie przydadzą w życiu. A może? Zawsze mogę trochę poszpanować, że znam sposób działania systemu plików FAT…
Wszechstronna edukacja… kiedyś, gdy uczyłem się biologii, geografii i tej okropnej historii myślalem, że nie jest to mi do czegokolwiek potrzebne. Ale cóż - z perspektywy nawet niedługiego czasu okazało się, że jest fajnie mieć szerokie horyzonty - umieć pogadać o filmach, soczewkach i aparatach, znać datę bitwy pod Grunwaldem, wiedzieć skąd biorą się choroby dziedziczne i gdzie leży jezioro Ładoga. Gdy dowiaduję się, że młodzi Amerykanie nie wiedzą gdzie leży Irak czy Afganistan czuję się szczęśliwy, a nawet dumny z tego, że nauczono mnie conieco wiedzy o świecie. Może i stolic krajów Oceanii nie pamiętam, może i nie powiem już dlaczego panna Izabela nie chciała Wokulskiego, ale przyznać muszę - wiele ze szkoły wyniosłem. Nie, nie chodzi o krzesła i ławki ;-)
Lekcje mogły być nudne. Może i zastanawianie się “co autor wiersza miał na myśli” było nudne i głupie. Ale poznałem jakiś autorów wierszy, poznałem podstawy analizy tych utworów - dziś mogę zabłysnąć wierszem deklamowanym z pamięci i jeszcze nawet coś o nim opowiedzieć. O właśnie, to mi przypomniało, że muszę poszukać w Internecie treści pewnego wiersza. Kiedyś nie przypuszczałbym, że mogę się kiedykolwiek tym zainteresować. A tutaj życie sprawiło niespodziankę.
Tego, co interesuje, uczymy się błyskawicznie. Ale to, co jest przekazywane w ciekawej formie jest również zapamiętywane. Dlatego nadal mogę powiedzieć twierdzenie Cantora-Bernsteina, które zostało nam powiedziane w dowcipnej formie, ale już definicji przestrzeni wektorowej (która została podana w suchej formie) nie powiem. Jeżeli trafi się na studiach wykładowca, który dobrze uczy jakiegoś przedmiotu - to jest to skarb. I żadna samodzielna nauka nie da nam takiej wiedzy, jak ta, uporządkowana i wyselekcjonowana i podarowana przez dobrego nauczyciela.
I na koniec. nbw podał powód edukowania się, który bije wszystkie sprzeciwy.
Kobiety uwielbiają mężczyzn, którzy mają szerokie horyzonty i wiedzę z wielu dziedzin
:-)
Uczmy się! Nawet jeżeli nie chcecie się uczyć na studiach - uczcie się sami. Ale nie tylko specjalizacji. Zamykanie się w jednej dziedzinie nie jest rozwiązaniem, prawda?
Permalink |
Niemoc - oraz nadmiar
kwiecień 4, 2006, godzina 18:55 · Prywatne »
Co jakiś czas zdarza mi się niemoc twórcza. Nie mam pomysłów, chęci i w sumie jedyne co robię przy tym komputerze to jakieś durnoty. Zdarza się to, gdy muszę coś zrobić, a nie mam w ogóle pomysłu na wykonanie zadania. Pomaga wtedy przejście się po świeżym powietrzu i czerpanie natchnienia. Ale nie tylko to. Czy jest zima, czy jest wiosna (przede wszystkim wiosna!), czy lato to natura od razu przywołuje wiele nowych pomysłów. To chyba taki zbawienny wpływ Matki Natury na zmęczone umysły mieszczuchów ;-)
Zjawiskiem przeciwnym do niemocy jest nadmiar twórczy. Przytrafia mi się niestety często. Mam nadmiar pomysłów. Jeden, drugi serwis, jakiś program, ulepszenia na stronie, napisanie artykułu - to jest straszne! Jedyną pomocą staje się notatnik, gdzie rózne szybkie idee są zapisywane, rysowane ołówkiem, szybko szkicowane - gorzej, że pomysły przychodzą często na niektórych wykładach, więc notatnik jest w stanie ciężko zmaltretowanym po noszeniu w moim plecaku…
Jednak od kilku dni dręczy mnie połączenie powyższych zjawisk. Dręczy mnie niemoc i atak pomysłów w jednym. Rzadko się to zdarza, ale się zdarza - niestety. Jednocześnie planuję trzecie podejście do napisania edytora dla programistów (tym razem inaczej niż ostatnio, ale założenia takie same - będzie modularny i konfigurowalny), program do robienia okreśonych okien półprzezroczystymi (Code Name Andromeda), skończenie małego “zapisywacza” szybkich rzeczy do zrobienia (Code Name Ariman), serwis Web2.0 (tak, tak!), upublicznienie kilku fajnych rzeczy, jakie napisałem… I do niczego nie mogę się zabrać. Do niczego. Wszystko leży rozgrzebane, w kawałkach, w ideach, w szkicach. Tragedia. Zwyczajnie się wypaliłem.
Muszę odpocząć chyba. Wyciszyć się, wyjechać gdzieś, nawet na krótki czas. Zima się skończyła, wiosna zawitała, czasem, gdy zaświeci Słońce, to robi się tak cudownie. Nie mogę doczekać się możliwości siedzenia na trawie i wsłuchiwania się w szumiący las patrząc jednocześnie na chmury leniwie poruszające się po błękitnym niebie. Ach. Rozmarzyłem się.
Może jakaś sztuka walki czy medytacji jest dobrym sposobem na naładowanie się energią do pracy?
Permalink |
4 rzeczy
marzec 27, 2006, godzina 18:03 · Prywatne »
Oskar mnie do zabawy zaprosił, to i się skuszę, bo nawet fajna :-)
Cztery prace jakie miałem w życiu
- programista Delphi
- programista PHP
- webdesigner
- pomoc techniczna
Cztery filmy, które mogę oglądać na okrągło
Cztery seriale, które lubię oglądać
Cztery miejsca w których mieszkałem
Sory, tylko jedno ;-)
Cztery miejsca w których byłem podczas urlopu
Więcej nie pamiętam.
Cztery ulubiona dania
- Zupa pomidorowa
- Spaghetii
- Lasagne
- Kopytki (kopytka znaczy ;-))
Cztery strony które odwiedzam codziennie
Cztery miejsca gdzie wolałbym teraz być
- Gdziekolwiek, byle z Tą Jedyną (to nic, że jej jeszcze nie znam ;-))
- Pływać w ciepłym tropikalnym morzu
- Lecieć gdzieś w przestrzeni kosmicznej :-)
- Wylegiwać na się na piasku
Czterech bloggerów, których “pinguję”
Permalink |
« Poprzednia strona