Blog nie jest już dalej prowadzony, ani aktualizowany. Wpisy i komentarze pozostaną dostępne przez jakiś czas. Dzięki.
Archive for Komputery
Windows Home Server
Grudzień 12, 2009, godzina 15:09 · Komputery, Microsoft, Windows »
Od kilku tygodni w moim domu działa jeden z najdziwniejszych produktów Microsoftu – Windows Home Server. Wersja najbardziej aktualna, z dodatkiem PowerPack 3.
Dlaczego najdziwniejszych? Bo to jedna wielka hybryda. Instalator oparty na WinPE 2.0, który w pewnym momencie wraca do trybu tekstowego rodem z NT 4.0. System startuje zupełnie jak XP, logo ma trochę podobne do Visty, a oparty jest w zasadzie na Small Business Server 2003. I te rzeczy z 2003 dają się niestety we znaki.

Ale do rzeczy – czym jest WHS? Możemy go potraktować jako przerośniętego NAS-a (Network Attached Storage). Swoją rolę najlepiej spełnia, gdy jest podłączony do sieci i dużej powierzchni dyskowej. Spokojnie wtedy siedzi gdzieś w kącie, a my mamy z każdego komputera w sieci domowej dostęp do naszych danych. Jak na zwykłym komputerze gdzieś w sieci. To jednak nie wszystko – dodatkowo oprogramowanie dba o regularny backup naszych komputerów do centralnego serwera domowego, dba o mirroring danych już na serwerze, zapewnia dostęp zdalny do plików na dysku serwera (przez przeglądarkę internetową, fajna sprawa). I dostępne jest wiele add-inów, które mają możliwość współpracy czy to z kamerkami internetowymi czy systemami inteligentnych instalacji elektrycznych.
Dostęp i ustawienia realizowane są przez Windows Home Server Console, gdzie można łatwo skonfigurować backup, udostępniane foldery (i uprawnienia do nich), można zobaczyć aktualny status sieci (czy aby któryś z komputerów nie ma nieaktualnego antywirusa lub kopii zapasowej). Ale można też zalogować się “po ludzku” przez RDP i działać na pulpicie. Mimo iż jest to wyraźnie odradzane ;-)

Wspomniałem o dziedzictwie 2003, które jest widoczne wyraźnie. Z jednej strony jest to choćby IIS 6.0 który to serwuje stronę zdalnego dostępu przez przeglądarkę. Z drugiej – olbrzymia ilość poprawek. Po świeżej instalacji było ich w okolicach setki. Jednak, za to, jeśli ktoś się zna, to daje się uruchomić funkcje, których “oficjalnie” nie powinno być – ja konfigurowałem VPN, ale podobno da się nawet postawić kontroler domeny Active Directory.
Nie miałem (całe szczęście) okazji przetestować czy faktycznie da się te kopie zapasowe odzyskać – podobno możliwe jest też odzyskiwanie z użyciem płyty CD na “goły sprzęt”, gdy nam wszystko kompletnie padnie. Choć przyznam, że mnie to interesuje i chyba zaraz spróbuję jakąś maszynę wirtualną na szybko ustawić i odzyskać.
Podoba mi się, że nawet jest wtyczka do Media Center – jestem w stanie sobie wyobrazić kontrolę np. “zapchania” dysku serwera korzystając z komputera pod telewizorem. Mój testowy serwer to ani wielkiego dysku nie miał, ani ja nie mam komputera pod telewizorem, ale może być przydatne ;-) Ciekawe wydaje się np. przenoszenie starych nagranych programów z telewizji na Home Server, by odciążyć dysk “nagrywarki” i udostępnić to wszystko w sieci.
Oczywiście, by cały Home Server miał sens, to nie można zrobić tak jak ja, że jeden z komputerów na 1000 GB dysku, a cały serwer, który go m.in. backupuje, ma dysku 80 GB. Istnieją gotowe zestawy od m.in. HP czy Acera dostarczane wraz z WHS i miejscem na przykład na 4 dysku, po 1,5 TB każdy. I mamy piękny centralny serwer w domu udostępniający wszystkie nasze zdjęcia, filmy czy muzykę.

Przejdźmy do wad – z jednej strony jest to oparcie na Windows 2003. Znów musiałem uruchomić Internet Explorera (i to 6.0 początkowo) by wykonać update. Poprawek była masa, niektóre zapewne dla mojego, zamkniętego na świat (prócz portu 80 i 443) serwera – mało istotne. System nie wspiera też nowego wynalazku wprowadzonego wraz z Windows 7, HomeGroup, prostej wymiany plików pomiędzy komputerami. Konsola zarządzania nie działa zawsze płynnie (choć tutaj wpływ ma pewnie to, że mój testowy serwer to Pentium M 1 GHz).
Obecnie poważnie rozważam zakup jakiegoś małego komputerka z Atomem i postawienie go jako domowy serwer. Przynajmniej na jakiś dłuższy test, tak w okolicach pół roku, bo na tyle można uzyskać wersję próbną – pełna kosztuje, w USA, 100 dolarów. Nie jest niebywale wygórowana, jak to korporacja ma w zwyczaju, ale za taką cenę można też kupić pewnie tańszego NAS-a…
Permalink |
PC-wizja
Październik 30, 2009, godzina 11:34 · Komputery, Microsoft, Windows »
Zakupiłem sobie kartę telewizyjną. Nie posiadałem takiego urządzenia nigdy wcześniej, teraz jednak pojawiła się ochota by zrezygnować z “normalnego” telewizora na rzecz komputera.
I jak wyszło? Nieźle. Oprócz już jednej uwagi, na sam początek – jeżeli chce się mieć kartę TV jako jedyny odbiornik TV, to polecam taką z dwoma tunerami. Żeby nagrywać i oglądać jednocześnie. To coś, czego mi teraz trochę brakuje.
Jako programu do odbioru TV używam Windows Media Center. Zresztą kartę kupowałem m.in. dla pilota z WMC zgodnego. Naprawdę świetny kawałek oprogramowania. A zadziwiony faktem, że w Polsce istnieje – dla kilku kanałów co prawda – elektroniczny program telewizyjny (EPG), gdy go skonfigurowałem (bo automatycznie ustawił się tylko dla EuroSportu) stwierdzam – to jest naprawdę super! Wybieram “Dr. House”, naciskam na pilocie nagrywanie i działa. Samo, bez programowania. Co prawda są przesunięcia, ale z pewnością jest to pewniejsze niż moje prehistoryczne wideo.
Od strony sprzętu – kupiłem Compro E650F. O firmie Compro nigdy nie słyszałem, karta skusiła mnie jednak zgodnym z WMC pilotem, hybrydowym tunerem DVB-T/analog oraz – czego się najbardziej obawiałem, słysząc historie o kartach telewizyjnych – zgodnością z Windows 7 w wersji 64-bitowej. No i niewygórowaną ceną, około 200 zł, oraz oczywiście byciem kartą low-profile. Dołączone do karty oprogramowanie mnie nie interesowało, od razu byłem na Media Center zdecydowany. Niemniej i tak musiałem zainstalować, bo bez programu “ComproRemote” niestety pilot nie funkcjonował jak powinien.
Wróćmy do oprogramowania. Problemem jest to, że w WMC nie ma funkcji “sleep”, tj. wyłączenia komputera po pewnym czasie. To znaczy istnieją jakieś aplikacje mające to dodać, np. Sleep Timer v2, jednak akurat ta aplikacja sprawia problemy – przede wszystkim pokazuje się nie na tym monitorze na którym jest Media Center, a ten drugi mam przy oglądaniu telewizji wieczorem zwyczajnie wyłączony. WMC – z nieznanych mi powodów – nie ma też w swoich możliwościach funkcji zahibernowania komputera. Albo sleep albo wyłączenie. To jest rozwiązane przeze mnie przez krótki czas hibernacji – przed snem komputer usypiam, a po 30 minutach bezczynności sam się hibernuje. Zastanawiacie się, co się stanie, jeśli akurat będę nagrywał coś wtedy? Ja też się zastanawiałem, jednak programiści nie byli głupi – system wyłączy wszystko, co niepotrzebne, ale nagra i dopiero wtedy się uśpi. Tak samo potrafi się też “obudzić” żeby nagrać coś innego, zaprogramowanego. Tego jeszcze nie sprawdzałem, zresztą przy wyłączonej listwie chyba się nie uda ;-)
Telewizja w PC? Super. Naprawdę, nie przypuszczałem, że to może być fajne. Timeshifting, nagrywanie, EPG, super sprawa!
Permalink |
Migracja na nowy komputer
Wrzesień 21, 2009, godzina 16:59 · Komputery, Microsoft, Windows »
Czasem przychodzi taki dzień, że oto, przed Tobą, na biurku, pojawia się nowy komputer. Lśniący, pachnący nowością, wielokroć szybszy i pojemniejszy od tego starego. Ale do tego “starego” masz sentyment. I przede wszystkim – zawiera on dane, ustawienia i programy. Co z tym zrobić? Jak to przenieść? I przede wszystkim – gdzie i ile tego jest?
O ile ktoś mógłby zaproponować tutaj po prostu sklonowanie dysku, o tyle system Windows nieładnie go może zaskoczyć, gdy na nowym komputerze nie wystartuje. Poza tym – a co jeśli mamy wersję OEM systemu? Przenieść na nowy nie możemy, a na nowym już jest. A co jeśli chcemy się od razu na nowym komputerze przenieść na nową wersję systemu?
Użytkownicy Linuksa w zasadzie mogą przerwać tutaj czytanie tego tekstu, bo trzeba przyznać, że można to zrealizować prościej – scp, tar i gzip teoretycznie pozwoliłyby załatwić sprawę. Co najwyżej się ustawi odpowiednio bootloader czy też doda odpowiednie moduły kernela (względnie go przekompiluje), zmieni trochę ustawień i sprawa z głowy. Nigdy nie robiłem tego w praktyce, ale teoretycznie przynajmniej wydaje się to w miarę proste.
Użytkownicy Windows – mają gorzej. O ile przenieść dane to żadna filozofia, o tyle z ustawieniami, danymi aplikacji czy samymi aplikacjami może być problem.
Trzeba zacząć od zbierania informacji – w jaki sposób możemy przenieść dane ze starego komputera, na nowy? Albo siecią (najlepiej Gigabit Ethernetem, prawda?), albo możemy wyjąć dysk i włożyć do nowego komputera (ewentualnie podłączyć np. przez eSATA) albo możemy wszystko nagrać na płyty – możliwości jest wiele.
Dobra, wiemy jak, ale czy wiemy co? Dane aplikacji są porozrzucane w różnych miejscach – na szczęście obecnie jest to zazwyczaj katalog AppData w \Users albo folder \ProgramData i mało jaki program trzyma coś w \Program Files. Przyznam, że na ogół nie migruję danych każdej aplikacji – tylko te, których konfiguracja zajmuje dużo czasu lub te w których jest dużo moich rzeczy – na przykład historię rozmów z komunikatora czy archiwum poczty e-mail.
Hej, moment! Ale tak właściwie, to jakich ja programów używam na komputerze? Ile ich jest? Jakie są? Windows ma jakąś bazę aplikacji? Ten punkt to jest powód dla którego zacząłem pisać cały ten “poradnik”. Do skatalogowania jakich to programów używam na komputerze używam pewnego skryptu, znalezionego gdzieś, nie mam pojęcia gdzie (ale jest w Internecie jedna strona z nimi jest podobny na Technecie), który nawiasem mówiąc przed chwilą zmodyfikowałem, bo ujrzałem miejsce do optymalizacji… Jest to skrypt VBS, odczytuje gałąź Rejestru odpowiedzialną za listę aplikacji wyświetlaną w aplecie Panelu Sterowania “Programs and Features”. Zapisuje on te dane do pliku tekstowego. Niestety, znajdują się tam zarówno wpisy duplikowane, jak i poprawki do systemu czy programów. Ale to możemy łatwo usunąć – cat, grep, sort i uniq wchodzą do akcji. Tak, pod Windows też są.
A potem następuje ręczne przejrzenie tej listy – jest tam sporo też… powiedzmy zależności – rzeczy, które są automatycznie instalowane wraz z innymi aplikacjami. Np. sprawdzanie pisowni (Proofing) w Office 2007 w różnych wersjach, czy MUI dla Office – zostawiamy sobie z tej listy tylko to, co najistotniejsze.
Metoda alternatywna: zapisać na kartce. Całkiem skuteczna tak nawiasem ;-)
Instalacja systemu na nowym komputerze. W trakcie tej możemy podzielić dysk na partycje – kiedyś dzieliłem bardzo drobno, obecnie dzielę na dwie, może trzy. Jedna na system i aplikacje, druga na dane, trzecia… różnie. Backup, drugi system – zależnie od pomysłu. Czasem zdarza się, że zostawiam puste, nieprzydzielone miejsce do późniejszego wykorzystania… obecne dyski mają tak olbrzymią pojemność, że w zasadzie ja nie wiem co zrobić z tym całym miejscem. To znaczy tak mi się wydaje, bo 320 GB też się wydawało wielkie, a już jest małe.
Co do samej instalacji – nawet jeżeli komputer przychodzi z systemem OEM, to ja preferuję ręczną instalację od podstaw. Zwłaszcza gdy to jest laptop to widać ile różnych dziwnych rzeczy potrafią zainstalować producenci w ramach ułatwiania życia.
Po 15-20 minutach (lub też 39 microsoftowych minutach w przypadku Windows XP) mamy system gotowy. Teraz ładnie wystarczy stworzyć konto użytkownika, dostosować do podstawowych potrzeb… i tutaj pojawia się ciekawa kwestia. Istnieje sobie Windows Easy Transfer (vel User State Migration Tool), który pozwala przenieść ustawienia użytkownika dotyczące różnych programów z jednego komputera na drugi. I dane oczywiście też. Użyłem w zasadzie jeden czy dwa razy jak dotąd – i być może tym razem będzie kolejna próba.
W przypadku przenoszenia ręcznego (aby uniknąć przeniesienia całego śmietnika starych plików tymczasowych) przenoszenie ustawień aplikacji jest większym problemem. O ile Windows daje się dopasować do moich potrzeb w kilka minut, o tyle już np. Firefox byłby znacznie większym problemem. Ale akurat profil Firefoksa możemy przenieść “żywcem”, albo skorzystać np. z aplikacji MozBackup. Tak samo żywcem z jednych \AppData można przenieść całą konfigurację FileZilli (używam jako podstawowego klienta FTP/SFTP), Notepad++ (mój podstawowy edytor), a w zasadzie nawet cały keyring z GnuPG nie jest problemem. Nigdy nie próbowałem przenosić ustawień Outlooka ani innych programów pakietu Office w ten sposób – za to robiłem to przez USMT 2.0 w Windows XP i tam działało bez problemu.
Ile czasu może zająć instalacja całego używanego oprogramowania i przygotowanie komputera do swoich potrzeb? Nie wiem. Zależy od ilości gratów, ilości oprogramowania i setki innych rzeczy, w tym nieprzewidzianych problemów. Warto jednak zwrócić uwagę, że w zasadzie to instalację systemu robi się raz na dłuższy czas – przynajmniej ja tak robię – więc chyba mozna na to poświęcić trochę więcej czasu, prawda?
A co do samej instalacji aplikacji – często robię sobie kopie używanych plików instalacyjnych, by potem nie musieć tego pobierać znów z internetu. Na ogół dotyczy to większych poprawek (np. Service Pack) oraz programów które niekoniecznie często zmieniają swoje wersje.
I słusznie się możecie domyślać, że wpis o takiej tematyce nie jest bez powodu. Ale czym jest mój nowy komputer, jak się ma, dlaczego taki, a nie inny, to jeszcze nie teraz – między innymi dlatego, że nie jest w pełni gotów jeszcze :-)
Permalink |
Jeszcze raz o backupie
Luty 22, 2009, godzina 11:20 · Komputery »
Ludzie się dzielą na tych, którzy robią backup i na tych którzy będą robić backup. Ja robię – choć utrata danych zdarzyła mi się w rzeczywistości tylko chyba dwa razy, a i nie była wtedy bardzo bolesna. Dmucham jednak na zimne, tak na wszelki wypadek.
Problem pojawia się z systematycznością robienia backupu. Lenistwo jest potężnym wrogiem i aż nie chce się walczyć przeciwko niemu. Podpowiada ci nad uchem “ej no, przecież się nic nie stanie”, a ty machasz ręką niedbale i idziesz robić coś ciekawszego niż backup, choćby grać we “Frets on Fire”. A co się dzieje? Albo się okazuje, że dysk już dożył swoich dni, albo że nowo zakupiony dysk niestety taki wspaniały nie był (mój już wyczyściłem, teraz muszę się udać do sklepu i wymienić). Albo że jednak prąd elektryczny nie jest naszym przyjacielem i potrafi elektronikę usmażyć. Albo że stwierdzasz, że najpierw zrobisz backup telefonu, a potem hard reset tegoż – najpierw robisz hard-reset. Albo… no, i tak dalej, i tak dalej.
Ostatni raz o backupie pisałem trzy lata temu – gdy ten blog miał jeszcze jakiś czytelników. Od tego czasu sporo się zmieniło, choćby pojawił się produkt Apple, Time Machine. I w tym momencie już mógłbym zakończyć, robi kopie automatycznie, samo, kupmy sobie Maki i żyjmy w spokoju. Tak pięknie oczywiście nie ma, nie stać nas na Maka, ba – nawet na iPoda, i musimy sobie radzić sami.
Problemem z jakim się stykam w moich backupach jest nie tylko moje własne lenistwo – to dało by się przeżyć przy użyciu jakiejś automatyki. Problem pojawia się, gdy okazuje się, że dane do archiwizacji rosną szybciej niż miejsce na nie. Przykład? 80 GB miejsca na moim aktualnym dysku (i cztery razy większy nowy dysk), a miejsca na backup też 80 GB. Tylko, że ma to być kopia z kilku komputerów. Całe szczęście dyski są tanie, aczkolwiek po ostatnich przebojach z moim nowym dyskiem oraz zasłyszanych opiniach o Seagate z serii 7200.11 boję się kupować coś dużego.
Ja sam wykonuję kopie na wspomnianym, zewnętrznym dysku. Plus na kilku komputerach równocześnie. Plus niektóre rzeczy są w Internecie, dzięki odpowiednim serwisom internetowym. No i wreszcie – nagrywam na płyty. Kiedyś CD, dziś i DVD to za mało. I właśnie odnośnie płyt mam pewną uwagę – mam płyty nagrane pod koniec 2002 roku, jako jedne z moich pierwszych nagranych płyt. I są świetne, wszystko się da odczytać. Mam też płyty nagrane w połowie 2006, których już nie da się obejrzeć – wczoraj to zauważyłem. Sam backup to nic – przydatna jest jeszcze kontrola backupów. Próbne odzyskiwanie kopii zapasowych, sprawdzanie jak po długim okresie czasu mają się nośniki. Bez tego może się okazać, że wszystko co zrobiliśmy jest bezużyteczne.
Wczoraj postanowiłem, że warto zrobić kopię zapasową danych, taką większą. Nagrałem na płyty sporo rzeczy, ale okazało się, ze ich jest więcej i muszę to zrobić jeszcze dziś, zatem do tego wracam…
…i szczerze się zastanawiam czy prowadzenie “Notatek na piasku” ma jeszcze jakiś sens.
Permalink |
Pedanteria cyfrowa
Styczeń 4, 2009, godzina 12:44 · Komputery, Prywatne »
Trudno było by stwierdzić, że lubię porządek, patrząc na moje biurko lub to co się znajduje pod nim. Nawalone różnych karteczek, gratów, czasopism starszych lub nowszych. Ja jednak porządek lubię – cyfrowy. Przekonałem się o tym już wielokrotnie przychodząc do kogoś kto niezbyt wiedział gdzie znajduje się jakiś jego plik.
Ostatnimi czasy jednak spędziłem bardzo dużo czasu bawiąc się (no, porządkując) moją kolekcją muzyki. Pozbierana jest z różnych źródeł, najczęściej od znajomych, równie często zgrywana z płyt CD – do tego doszło wiele utworów pobranych z Internetu (skądinąd ostatnio pojawiła się setka pobrana z Last.fm). Problem pojawił się gdy zacząłem używać Zune (przy okazji: wiem, że wszystkie Zune 30 padły pod koniec roku – moja nie, bo nie włączałem tego dnia ;-)), który to odtwarzacz współpracuje tylko z jednym oprogramowaniem, dedykowanym. Owo oprogramowanie jest bardzo fajne, samo pobiera informacje o albumach, okładki, i tym podobne rzeczy. Nie mogłem znieść patrzenia na tytuły utworów nie pasujące do treści, na albumy w postaci “Unknown Album”, na braki okładek i po paru dobrych godzinach zabawy, przenoszenia, przeglądania Last.fm, jakieś 90% mojej kolekcji zostało uporządkowanej.
A potem przyszedł Sylwester. Korzystaliśmy jako ze źródła muzycznego z laptopa jednego z współuczestników. On jako odtwarzacza muzycznego używał Winampa. Spojrzałem na katalogi, wybrałem jednego z wykonawców, dodałem na playlistę… a na niej pojawiły się “nieznany artysta – bez nazwy 1″ i tym podobne utwory. Takie dane były wpisane w tagach ID3. Również dla mnie niezrozumiałe było, by jeden album podzielić na “Album CD1″ i “Album CD2″ – co było by przecież przez aplikacje traktowane jako dwa różne albumy. Szczyt pojawił się przedwczoraj – oglądając muzyczną kolekcję zwróciłem uwagę, że o to może być fajne, skopiuję. W końcu prawo pozwala się ze znajomymi dzielić, czyż nie? Po przyjściu do domu oczywiście pierwszym krokiem było użycie Mp3Tag. A co tam ujrzałem? O ile tytuły utworów się zgadzały, o tyle wykonawcy mieli formę: numer ścieżki – nazwa wykonawcy. Dla moich systemów zarządzania utworami było to 20 wykonawców, nie jeden. Nie mogłem tego zostawić bez poprawiania przecież ;-)
Podobnie porządek mam we własnych projektach (z pewnymi wyjątkami drobnymi, których się muszę pozbyć), w kolekcji zdjęć umieszczanej w katalogach “[data] [tag]“, a nawet w Menu Start, któremu nie pozwalam się zanadto rozrosnąć, grupując aplikacje w kolejnych poziomach folderów – co przynosi problemy, bo programy instalacyjne lub deinstalacyjne się gubią – jedne nie pozwalają czasem zmienić grupy Menu Start, inne nie usuwają skrótów, jeśli je gdzieś przeniosłem.
Wspomniałem o tagu przy zdjęciach. Windows Photo Gallery pozwala mi tagować zdjęcia, co czynię opisując jakie to osoby są na tych poszczególnych ujęciach. To daje mi możliwość, że jeśli akurat nie będę miał nic ciekawszego do roboty mogę wyszukać wszystkie fotografie na których znajduję się np. ja, A. oraz M., a nie ma na nich K.. Tagowanie jest także dostępne dla innych plików, np. dokumentów MS Office – i to także skrzętnie wykorzystuję, bo przydaje się przy wyszukiwaniu plików o określonej zawartości. Zresztą również kontakty, zdarzenia, zadania i tym podobne kategoryzuję w Outlooku.
Do tego dbam o porządek we własnych plikach, jeśli coś leży w katalogu “Temp”, do którego ląduje wszystko pobierane z Internetu, to albo szybko leci do kosza albo do jakiegoś docelowego miejsca przeznaczenia. Jakby było jednak mało tego – ja nie tylko porządkuję, ale i chomikuję (choć zmniejszająca się ilość wolnego miejsca na dysku twardym nieco to utrudnia) setki różnych rzeczy, począwszy od logów serwera ktos.info sprzed dwóch lat przez 1200 SMS-ów na telefonie do archiwum komunikatora sprzed niewiadomo jak dawna i do tego dochodzą nawet programy komputerowe, które pisałem wieki temu, bo będzie jakieś 10 lat. Oczywiście to jest problem, bo bez nowego dysku (który jednak zamierzam zakupić w tym miesiącu) częściej będę widział komunikat “You don’t have enough storage for this item”.
Chociaż jak tak patrzę to chyba jestem jednym z niewielu którzy dbają o porządek w swoich cyfrowych zasobach. I chyba trochę przesadzam miejscami…
Permalink |
Nadmiar pendrive
Grudzień 13, 2008, godzina 13:44 · Komputery »
Pamiętam wyraźnie, jak jakieś dwa lata temu udałem się do marketu elektronicznego, by zakupić sobie pendrive. Wówczas wielu już miało, mi nie był zbyt potrzebny, do czasu aż potrzebowałem czegoś, by nosić ze sobą mobilne środowisko do pracy (w postaci aplikacji “portable”: Notepada++, Firefoksa i FileZilli).
Kupiłem jednogigabajtowy Kingston DataTraveler i ma się on dobrze wciąż i wciąż go używam. W międzyczasie jednak w nośniki flash zaopatrzyli się moi rodzice, znajomi, ja sam mam do dyspozycji także telefon z wejściem kart miniSD oraz oprogramowanie (i kabel) pozwalający go jako pamięć przenośną użyć. Do tego udało mi się wygrać kolejne nośniki tego typu – w zeszłym roku był to DataTraveler o pojemności 2 GB, jedyną różnicą w stosunku do mojego poprzedniego był kolor (i cena zapewne), w tym roku wygrałem na IT Academic Day DataTravelera Mini, także 2 GB. I nagle pendrive’ów w domu zrobiło się więcej niż zastosowań dla nich, jeśli też dodatkowo wliczymy kartę pamięci microSD również o pojemności 2 GB.
W pierwszej chwili pomyślałem, ze wszystkie dane z moich DataTravelerów wrzucę na tego najmniejszego, “Mini” a te dwa zostaną użyte jako ReadyBoost dla Windows Vista na moim tablecie, który wyraźnie cierpi na brak zasobów (choć chyba bardziej procesora niż pamięci RAM). Jednakże gdy tylko pendrive jest umieszczony na stałe w stacji dokującej to start systemu jest opóźniany (i to znacznie), bo BIOS próbuje startować z każdego urządzenia USB.
W rezultacie oddałem jeden z moich starszych pendrive’ów zostając obecnie z dwoma, z których jeden zostanie chyba użyty jako dodatkowy dysk w serwerze (nawet 1 GB się przyda), sam jednak zacząłem się zastanawiać nad tym, czy nie istnieje może jakieś urządzenie – ewentualnie czy nie dało by się go zrobić – które by miało powiedzmy kilka portów, do każdego można by było włożyć pamięć flash i stworzyć z tego jeden wielki dysk widziany przez system jako jeden, nie jako kilka. Zapewne Linux pozwoliłby mi na stworzenie LVM na napędach USB połączonych w huba… a może by nawet pozwolił na stworzenie macierzy RAID0 z pendrive? Nie testowałem tego pomysłu, ale mogło by działać. Dziwne? Dziwne. Ale na wykorzystanie “nadmiarowych” pamięci tego typu w domu całkiem fajny pomysł, prawda?
Zastanawiam się także, czy i Windows nie pozwoliłby stworzyć tzw. woluminu łączonego na dyskach USB, choć nie przyglądałem się temu rozwiązaniu, a intuicja podpowiada mi, że zapewne są jakieś ograniczenia i takie coś by nie było możliwe. WIęc, by zapewnić pełną uniwersalność, należało by stworzyć taki hubo-kontroler, działający podobnie jak kontroler pamięci SSD – dla systemu byłby jeden dysk, a urządzenie zajmowałoby się już rozprowadzaniem tych danych po podłączonych pendrive.
Choć chyba prostszym rozwiązaniem – i zapewne tańszym patrząc na spadające ceny pamięci półprzewodnikowych – było by kupienie jednego, większego “klucza”.
PS Pierwszy raz użyłem Windows Live Writera do napisania posta na blogu – swoją drogą zbiegło się to z upgrade do Wordpressa 2.7, który przynosi nowy panel administracyjny, Mam nadzieję, że to wszystko zadziała.
PPS Nie zadziałało, nieprawidłowo przekazane zostały znaczniki otwarcia i końca akapitów. Chyba czas zgłosić błąd…
Permalink |
Integruj się!
Grudzień 5, 2008, godzina 19:33 · Komputery »
Jakiś czas temu, nie powiem już jak dawno, usłyszałem, że powstała nowa wersja usługi o nazwie Windows Live FolderShare, którą od tej pory zwą Windows Live Sync. Na cóż ona pozwala? Na synchronizację katalogów pomiędzy komputerami, dostęp z dowolnego miejsca, udostępnianie plików znajomym… hej, czy my tego już nie znamy skądś? Toż przecież synchronizacją we wszystkie strony i na wiele urządzeń na się zająć inny produkt ze stajni Microsoftu, Live Mesh! A do wrzucania plików, zdjęć i innych rzeczy do sieci wraz z udostępnianiem dla znajomych mamy przecież Live SkyDrive! Pewna niekonsekwencja? Możliwe. Choć o ile wierzyć pracownikom koncernu to ma to związek z nowymi metodami zarządzania (“Ray Ozzie effect”), gdzie wewnętrzne grupy nie są już tak blisko ze sobą związane, pracują w innej atmosferze i tak dalej. Oczywiście pewną wadą tego rozwiązania jest to, że mogą powstać produkty o podobnych funkcjonalnościach w dalszej perspektywie któryś z nich może przestać istnieć na rzecz innego (obstawiam, że Live Sync ustąpi miejsca Mesh).
Jednak brak integracji i konsekwencji w produktach sięga dalej: produkty Windows Live istniejące razem z aplikacjami w systemie operacyjnym (Windows Mail i Windows Live Mail, Windows Photo Gallery i Windows Live Photo Gallery itd.) – co ma zostać rozwiązane w elegancki (także dla Komisji Europejskiej) sposób – z Windows 7 nie dostaniesz niczego oprócz linków by sobie aplikacje Live pobrać z Internetu, tak jak dzisiaj z Vistą nie ma Live Messengera. To nie jest jednak akurat problemem – dla mnie większą niedogodnością związaną z używaniem niektórych programów Microsoftu jest to, że nie potrafią ze sobą współpracować.
Windows Media Player nie umie obsłużyć odtwarzacza Zune, który potrzebuje swojego oprogramowania i ma swoją bibliotekę utworów (i tak dobrze, że współdzielą oceny dla piosenek), a do tego nie umie użyć kodeków Windows Media Playera. Ponoć za to Zune się synchronizuje z XBoksem360.
Urządzenia z Windows Mobile bez problemu zsynchronizują się z Outlookiem, ale już z Windows Calendar, Mail i Contacts wbudowanych do systemu są problemy. Za to Outlook nie umie standardowo współpracować z Hotmailem na przykład, wymaga specjalnego connectora, a o współpracy z kontaktami wbudowanymi w Vistę nie ma mowy (przynajmniej w wersji 2003)… A teraz w dodatku następuje upgrade usług Live (Wave 3) i niektóre już uzyskały nowy (fajny, lepszy niż nowy Google Reader) wygląd, niektóre nie. Ogólnie rzecz biorąc – chaos!
Tak naprawdę jedyną naprawdę widoczną oznaką tego, że te wszystkie aplikacje i strony Microsoftu mają coś wspólnego jest Live ID, jeden system logowania. Ale i w nim niby w swoim koncie mam ikonkę, przy logowaniu się nie pojawia, a w Live Messengerze jest zupełnie inna (choć to akurat jest chyba zamierzone).
No cóż, jestem niezmiernie ciekawy czy z tego chaosu wyciągnie się coś naprawdę konstruktywnego. Odczuwam niepokój, że brak integracji we własnych produktach nie wróży dobrze możliwościom współpracy z konkurencją. Zresztą ja tutaj się zastanawiam nad integracją w obozie jednego producenta, ale przecież fajnie by było mieć zintegrowane dokładnie wszystko, jedno centrum sterowania, co oczywiście nie tak łatwo uzyskać.
Mam trzy konta na GMailu (w tym dwa Google Apps), co daje mi trzy identyfikatory Google Account. Nie mogę połączyć ich w jeden, mogę ustawić przekierowania z kont GMailowych na inne, ale nie mogę połączyć czy przenieść poczty (ok, mogę, ale przez POP3…). Mój Google Reader jest przypisany do jednego z tych kont, tak jak i moje iGoogle. Do mojego iGoogle mogę dodać gadżet pokazujący pocztę z tego samego konta do którego jest przypisane iGoogle, ale już nie do innego. Pocztę odbieram Outlookiem. Kontakty w Outlooku mogę wysłać na serwer GMaila, ale nie ma mowy o synchronizacji. Google Talk nie pogada z Windows Live Messengerem, zresztą GTalka nie używam, używam dwóch innych kont Jabberowych. Gdzieś tam pałęta się mój OpenID, do tego jest mnogość kont na różnych mniejszych i większych serwisach. To jest ogólnie chaos w tak zwanym “cyfrowym życiu”.
Jak temu zaradzić? Brak dywersyfikacji? A może rezygnacja ze wszystkiego?
Albo po prostu pogodzenie się z faktem, że nie można mieć wszystkiego naraz i w jednym, zresztą nawet średnio byłbym to sobie w stanie wyobrazić – jeden serwis internetowy który mnie informuje o wszystkim co się dzieje we wszystkich usługach w których mam konto?
Zakręciłem się. Zacząłem pisać z myślą wytknięcia problemów integracji w produktach Microsoftu, a pod koniec zdałem sobie sprawę, że rozproszenie to nie jest takie złe. Czasami.
Permalink |
Mnogość
Listopad 7, 2008, godzina 22:05 · Komputery »
Zapewne nie jestem pierwszym, który to zauważył, ale po ofensywie słów “Ultra”, literki “X” oraz różnych numerków mamy w dziedzinie sprzętu komputerowego inwazję zwielokratniania. Począwszy od wielordzeniowych procesorów do pamięci Dual Channel, przez macierze RAID, które zaczęły trafiać pod strzechy. Dodajmy MIMO będące podstawą nowego standardu 802.11n, a dojdziemy do wielodotykowych wyświetlaczy czy touchpadów. Koniec z obsługą jednym palcem, dwa by powiększać i obracać, trzy i cztery by robić coś jeszcze innego.
Wielokrotne karty graficzne łączone by zwiększyć moc pojawiły się już za czasów, gdy ja jeszcze nadążałem za nowinkami w świecie komputerów stacjonarnych – SLI i CrossFire. Teraz widzę, że potęga dwóch układów graficznych idzie nawet w stronę komputerów przenośnych. Mamy też dwuwarstwowe i dwustronne płyty DVD, nie wspominając już o przetwarzaniu rozproszonym, replikacji danych i takich CUDA-ch jak NVIDIA Tesla, gdzie mnogość jest na porządku dziennym. Aż dziw bierze, że wciąż używamy jednej klawiatury i myszy.
Jednak… obserwując obecnie, w ramach rekonesansu przed ewentualnym zakupem nowego komputera, rynek, zauważam, że mało się mówi – i mało się mówiło – o wielokrotnych monitorach. Możliwość używania wielu monitorów pojawiła się w Windows dawno temu (kto wie w jakiej wersji?) i początkowo wymagała wielu kart graficznych. Co przy jednym złączu AGP w komputerze było dziwne. Teraz, przy wielu złączach PCI-e niby tego problemu już nie ma, ale na szczęście stała się rzecz inna – większość współczesnych kart graficznych pozwala na używanie dwóch monitorów na dwóch wyjściach jednej karty. Kiedyś używało się wyjść VGA i DVI, jak w mojej – nie tak dawno kupionej – NVIDII GeForce 7600, ale teraz widzę że standardem jest podwójne DVI czy nawet nieśmiało pojawiają się zestawy DisplayPort i DVI lub dwa DisplayPort.
Kiedyś, dawno temu, chciałem mieć komputer z dwoma procesorami. Dziś posiadam dwurdzeniowy, co mi wystarcza oczywiście. Teraz śmieję się, że powinienem sobie zakupić komputer dwumonitorowy. Dlaczego? Jestem programistą aplikacji webowych. Na jednym monitorze mam kod, na drugim efekt działania kodu. Ewentualnie na jednym ekranie mam Internet Explorera w wersji szóstej, na drugim jakąś inną przeglądarkę i szukam różnic w wyglądzie. Sytuacja idealna? Możliwe.
Nie znam osób które pracują na dwóch monitorach. Oprócz jednej. Dlaczego? Czy wynika to tylko z konieczności poniesienia kosztów zakupu drugiego monitora? Czy może po prostu dwa monitory to fanaberia? Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie – mam jednak wrażenie, że po prostu mało kogo stać na dwa monitory (po pierwsze), po drugie mało kto ma na to miejsce – bądź co bądź nawet ekrany LCD zajmują trochę miejsca, gdy są koło siebie ustawione.
Sam do czynienia z dwoma ekranami miałem do czynienia bardzo krótko, korzystając z ekranu laptopa oraz zewnętrznego monitora 17″. Obecnie czasem zdarza mi się podłączyć do laptopa telewizor, jednakże rozdzielczość telewizora to nędzne 800×600, poza tym jego ustawienie w stosunku do samego komputera zdecydowanie utrudniało by pracę.
Obecnie zdałem sobie sprawę, że dwa monitory już nie są takim jakimś specjalnie świetnym pomysłem. Gdy posiadamy jeden, wielki, panoramiczny monitor Full HD o rozdzielczości 1920×1080, to umiejscowienie na nim dwóch okien np. przeglądarki obok siebie nie jest trudnym zadaniem. Ja sam posiadam panoramiczny ekran w laptopie, jakkolwiek nie używam praktycznie jego panoramicznych właściwości. No, co najwyżej otwarta strona mi się zwykle nie zwęża gdy otworzę panel zakładek w przeglądarce. Choć być może posiadając większą rozdzielczość poziomą bym wreszcie zrezygnował z otwierania okien niektórych aplikacji na pełny ekran. Skądinąd w Windows 7 jest już fajny mechanizm dokowania okien do danej połowy ekranu.
Dwa monitory? A może tylko jeden, ale za to bardzo wielki i bardzo panoramiczny?
A może w ogóle dwa komputery, jak już idziemy na ilość? Obsługiwane przez dwie myszki i dwie klawiatury? Oczywiście z dwurdzeniowymi procesorami, kartami w SLI i dyskami w RAID. I najlepiej dwoma zasilaczami, na wszelki wypadek.
No dobra, chyba przesadzam.
[tags]multimonitor, dual-head, SLI, RAID, dual core[/tags]
Permalink |
Procedury, przyzwyczajenia
Październik 23, 2008, godzina 11:38 · Komputery, Prywatne, Technologia »
Jakiś rok temu (pod koniec września 2007) zakupiłem pewną książkę o zarządzaniu czasem. Przeczytałem, wielu zasad zastosować nie mogłem, nie pracując na pełny etat i nie będąc administratorem do których ta pozycja jest kierowana. Niemniej jedną z zasad obowiązujących w zarządzaniu czasem jest wypracowanie sobie pewnych procedur postępowania. Stałych, niezmiennych (ale powinny być elastyczne) zasad, by odciążyć mózg od robienia niektórych rzeczy – by stały się automatyczne.
Wcześniej, na początku ubiegłego roku (styczeń 2007), zastanawiałem się po co miałbym mieć palmtopa. I w przeciągu tego roku 2007 dzięki zarówno zastanawianiu się po co palmtop, po co cośtam i jak zorganizować sobie zarządzanie czasem wykształciły mi się procedury. Których bym nie zauważył, gdyby oczywiście coś się nie zaczęło psuć.
O ile zastanawiałem się po co mi palmtop (de facto Pocket PC, wiem, że to jest różnica), myśląc o zastąpieniu nim telefonu, aparatu (słabego strasznie) i odtwarzacza MP3 naraz, o tyle w najśmielszych snach nie podejrzewałem, że podstawowa funkcja, do jakiej “osobiści asystenci cyfrowi” zostali stworzeni, czyli pomaganie w organizacji czasu, przyda się mnie. Owa książka, i wyrobiony dzięki niej nawyk, by stworzyć sobie procedurę i jej przestrzegać, we współpracy z technologią, zaowocowały rozwiązaniem mojego wielkiego problemu – zapominania.
Tak, zapominam. Zwłaszcza o rzeczach, które miałem zrobić, dla kogoś, dla siebie, które trzeba zrobić na jutro, do szkoły czy gdzieś. O ile jeszcze w projektach programistycznych na przykład sprawę załatwia mi system śledzenia zgłoszeń, komentarze i tym podobne rzeczy, o tyle w “zwykłym” życiu zwyczajnie o wielu rzeczach zapominałem – i to już od małego, nie zapisywałem sobie w zeszycie że w następny wtorek pani od przyrody chciała by przynieść coś do szkoły – i był problem.
Wykształciłem sobie procedurę. Cokolwiek mam do zrobienia, natychmiast zapisuję, że mam to zrobić w moim PDA. Potem synchronizuję to z komputerem i gdy włączam Outlooka to natychmiast to widzę. Co ciekawe – zdarza mi się o wielu rzeczach pamiętać tylko dzięki temu, że je zapisałem – bez zapisania bym zapomniał, że zapisałem to pamiętam. Zapisywanie rzeczy do zrobienia mam automatyczne, natychmiastowe – wyciągam z kieszeni urządzenie, wstukuję co mi potrzeba, chowam do kieszeni. Nie zdawałem sobie sprawy nawet, że robię coś takiego, aż do momentu, gdy mój PDA zaczął szwankować. Z jakiś powodów, nie wiem zbyt jakich, nie pracuje poprawnie z moją kartą SIM. Co chwila twierdzi, że karty nie ma, jest uszkodzona, muszę wprowadzić kod PUK… odpowiednie przyciśnięcie karty do styków czasem poprawia sytuację, ale czasem niestety nie. To spowodowało, że noszę mój poprzedni telefon, a PDA zostawało w domu – przyznam, że nie chciało mi się od paru dni targać ze sobą trzech lub czterech wielkich sprzętów na uczelnię (telefon, PDA, odtwarzacz MP3, Tablet PC). Co za tym idzie łapałem się na tym, że jak usłyszałem, że coś jest do zrobienia, łapałem się za kieszeń, w której spoczywał telefon – owszem, ma on funkcję zapisywania zadań i notatek, ale nie umie ich synchronizować z komputerem – i mimo iż były zapisane, to ja mogłem zapomnieć.
Podobnym nawykiem stało się zapisywanie wszystkiego, nawet przysłowiowego “wyjścia na piwo” w kalendarzu i parę innych drobnostek. I wiecie co? To działa. Mózg nie musi pamiętać absolutnie wszystkiego, mogę zająć się rzeczami innymi i doskonale wiem, że coś trzeba zrobić. Tak samo dzięki technologii zapisuję wszystkie swoje pomysły, notatki, luźne uwagi… wszystko.
A jakie jest największe marzenie człowieka, który zapisuje wszystkie rzeczy do zrobienia? Komunikat “Brak zadań” na ekranie “Dzisiaj”. Ostatni raz widziałem go chyba w wakacje…
Permalink |
e-mail, MX i obserwacje
Sierpień 26, 2008, godzina 21:30 · Komputery »
Oj, dawno nie pisałem. A teraz co prawda piszę, ale mam do przekazania tylko kilka malutkich uwag dotyczących działania mojej poczty e-mail.
Jakiś niedługi czas temu przeniosłem się na Google Apps z moją pocztą z domeny ktos.info, początkowo w celu używania IMAP, skończyło się jednak z pewnych powodów na klasycznym POP3, jednak najważniejszą sprawą jest to, że mam system pocztowy, który jest niezależny od działania mojego serwera (który jak przypominam stoi w szafie). Tak samo korzystam z zewnętrznej usługi DNS (której zdarzyło się paść swego czasu, a już szczytem było mojej głupoty gdy serwery slave działały, ale ja zapomniałem umieścić odpowiednie rekordy NS…).
Jednak z mojego serwera nie pozbyłem się obsługi adresów pocztowych @ktos.info. Początkowo w celu migracji (lepiej żeby został stary działający serwer na czas zmiany w DNS rekordów MX), a teraz chyba pozostało z lenistwa. Problem pojawia się, gdy ów serwer forwarduje moje e-maile na mój drugi adres, w klasycznym GMailu. A nawet problemy pojawiają się dwa.
Pierwszy wynika z mojego błędu: zapomniałem zmienić adres powiadomień w Allegro na nowy e-mail, przez co sprawdzając (chwała mobilnej wersji GMaila) mój adres na GApps nie dowiedziałem się o przelicytowaniu mojej oferty. Ale to jest standardowy problem posiadaczy więcej niż jednego adresu. Drugi problem pojawia się przy niektórych e-mailach. Zauważyłem, że z bliżej mi nieznanych powodów na mój adres w “normalnym” GMailu lądują niektóre newslettery od Microsoftu. Niektóre. Ot, na przykład dzisiejszy MSDN Flash. Z kolei wczorajszy “Virtual Server 2005 R2 SP1 Resources” przyszedł na właściwy adres. Dlaczego?
Na mój gust mogą być dwie możliwości. Albo jakiś serwer wysyłający e-maile z MSFT jest niezgodny z RFC i śle na ślepo śle mejle do rekordu A zamiast sprawdzać MX. Albo… moje wszystkie MX z Google, po sprawdzeniu przez ów serwer od newsletterów były niedostępne i został zmuszony do wysłania do A (ale nie wiem czy takie zachowanie jest dopuszczalne). Skądinąd dzięki przerzuceniu e-maila na inne MX, ale pozostawieniu go tam gdzie rekord A mogę teraz ładnie oglądać spam, który sobie przychodzi, bo widać, gdzie twórcy spambotów mają RFC ;-)
A co do spamu, to jest to moja malutka kolejna obserwacja: zauważyłem jego nagły wzrost ilości. Po tym jak przeniosłem się z moimi e-mailami na GMaila to w logach serwera, który teraz obsługuje inne domeny, było widać po kilkanaście, najwyżej kilkadziesiąt prób wysłania wiadomości pod adresy, które nie istnieją. A teraz? 725, 615, 918 w ostatnich dniach od wczoraj licząc. Zainteresowałem się kim to się tak spamerzy postanowili zająć namiętnie (wspominałem kiedyś agnieszka@ktos.info która, choć nie istnieje, to dużo poczty dostaje?). Cóż się okazało?
7 Will_Mccall@pilorz.net
1 Wilma_Crowley@pilorz.net
1 Wilson_Tyson@pilorz.net
1 Winfred_Godwin@pilorz.net
2 Winfred_Guidry@pilorz.net
1 Winfred_Joyce@pilorz.net
1 Wm_Palmer@pilorz.net
1 Woodrow_Cummings@pilorz.net
11 Yesenia_Wiggins@pilorz.net
5 Zachery_Ervin@pilorz.net
To tylko wybór spośród 600 podobnych adresatów. To chyba jakaś nowa technika generowania imion i nazwisk, które być może będą działać…
[tags]e-mail, DNS[/tags]
Permalink |
« Poprzednia strona Następna strona » Następna strona »