Blog nie jest już dalej prowadzony, ani aktualizowany. Wpisy i komentarze pozostaną dostępne przez jakiś czas. Dzięki.
Archive for Misz-masz
A na czym ty grałeś?
Listopad 12, 2009, godzina 11:59 · Misz-masz »
Znów zebrało się na wspominki. Tym razem na temat grania. Granie na komputerze to przecież podstawowy temat i podstawowa rzecz jaką się na komputerze robi – ile się słyszy o tym, że nastolatek jeden z drugim za długo gra na komputerze? ;-) Niewielki wkład miało na to po raz chyba trzeci obejrzenie dokumentu “I, Videogame” na Discovery.
Nie jestem wytrawnym graczem – raz na jakiś czas włączam jakiegoś “Star Wars: Battlefront”, “Cywilizację II: Próbę Czasu” czy równie starego “Starcrafta”. Nie wspominając o “Frets on Fire”.
Wróćmy jednak do początku. Początku lat 90-tych. Pół Polski ma już Pegasusa, a ja? A ja mam od dziadka coś, czego nazwy nie znałem. Posiadało wbudowaną pamięć z pewną ilością gier, grało się nawet na dwa joysticki. Teoretycznie był jakiś slot na kartridże, ale oczywiście z Pegasusem niekompatybilne były.
Dwadzieścia lat potem dowiedziałem się, że to urządzenie to był Atari VCS, lepiej znany jako Atari 2600. Albo jakaś jego podróbka. Od tego zaczęło się moje granie.
Potem, w 1995 roku, kupiony został – za pieniędze jakie dostałem od rodziny z okazji I Komunii (i dużo wkładu dodatkowego moich rodziców), komputer PC. 486DX4 z 8 MB RAM i napędem CD-ROM o szybkości 2x. Zabójczy sprzęt. Razem z nim dostałem płytę CD, na której to znalazły się wersje demo wielu gier od słynnej firmy Apogee – m.in. “Raptor: Call of the Shadows”, “One Must Fall 2057″, “Hocus Pocus”, “Jazz Jackrabbit” czy “Wacky Wheels”. Z okazji natomiast jakiś Świąt dostałem grę na CD kolejną – zestaw “Comanche vs Werewolf” od NovaLogic. Tutaj pojawiły się pierwsze problemy – szybkość doczytywania misji z CD była potworna. Można było spokojnie zrobić herbatę i ją wypić. Gdy zobaczyłem jak ta gra chodzi na napędzie CD o szybkości 6x – to był szok. Ale jakoś tak wyszło, że symulatory stały się pasją. “Armored Fist”, “F-19 Stealth Fighter”, a w końcu gra, która zmieniła świat dla mnie. Mój komputer – o którym kłóciłem się z kolegą, że nie jest taki zły – nie wyrabiał. “USNF ‘97″, które wymagało 16 MB RAM. Straszliwa ilość. Po dokupieniu ich – zadziałała. Nie najlepiej, ale działała ;-)
W międzyczasie też pojawił się w moich rękach “Warcraft 2″, “Starcraft” (który na 486 chodził, ale zapisywanie gry trwało w nieskończoność) czy “Cywilizacja”. No i rzecz jasna strzelanki – “Wolfenstein 3D” (akurat z nim miałem styczność na kolegi czarno-białym monitorze już wcześniej), “Doom” czy “Duke Nukem 3D”. A do kolegów posiadających lepsze komputery się chodziło grać w “GTA” w wersji z grafiką 24-bit, gdzie jeden model samochodu mógł mieć wiele kolorów…
A potem się jakoś tak zgubiłem. Niby czasem bywałem u jakiś znajomych i mogłem obejrzeć a to “GTA: London”, a to “GTA 2″, “Mortal Kombat 3″, “Need for Speed 3: Hot Pursuit”. Sam dostałem (a może kupiłem?) “Kick Off 98″ i graliśmy rozgrywając własne mistrzostwa świata w piłce nożnej na własnym komputerze. I namiętnie potrafiłem dyskutować, że “FIFA ‘98″ to ma coś tam złego, a “GTA 2″ jest badziewne.
Szczęście, że miałem znajomych – u jednego mogłem zetknąć się “Worms Armageddon” i “Mechwarriorem”, u drugiego z “Quakiem”. Do czasopism o grach zaczęły być dodawane pełne wersje i można było sobie zagrać w “Croca”. Ale znów byłem na uboczu rynku gier i szczerze mówiąc – nadal w nim jestem. Komputery się zmieniały, się ulepszały, gry stawały się świetne, a ja dalej miałem mojego “Warcrafta 2″. Jakiegoś takiego przełomu nie było… no, może gdzieś do 2003 roku. Tam, mój wspaniały nowy komputer (działający wciąż i do dziś) potrafił już uciągnąć różne hity. Trochę nadrobiłem. Jednak gdy rozpoczął się boom, gry zaczęły wymagać zmian komputerów co chwilę, to ja znów zostałem z “przeżytkiem” ;-) A potem kupiłem laptopa, którego Intel GMA 950 nawet przy “GTA: San Andreas” potrafił zachowywać się powoli i nieprzewidywalnie.
A teraz? Mój komputer do gier najlepszy nie jest – “budżetowa” karta graficzna (wybierana jako kompromis pomiędzy mocą, ciszą i energożernością), ale raz na jakiś czas w coś zagram. A to “Call of Duty” (nie, nie 4) przez sieć lokalną z bratem ciotecznym, a to “Frets on Fire”, przez które moja klawiatura jedna się już rozpadła (Enter wypadł ;-)). Albo odwiedzę znów jakiś znajomych i mogę obejrzeć aktualne cuda w rodzaju “GTA 4″.
A sam, mimo iż gram bardzo, bardzo rzadko, zastanawiam się – sam się sobie dziwiąc, nad Xboksem 360. Jest kilka gier, które wydają się bardzo fajne, na tę platformę. Pomysł gdzieś tam w mojej głowie lata i stuka co jakiś czas by go wydobyć na światło dzienne. Ale na razie reszta mózgu zgodnie twierdzi, że to idiotyczna zachcianka.
Choć może, kiedyś?
Permalink |
HTC S710
Kwiecień 24, 2009, godzina 09:45 · Misz-masz »
Wspomnianego w tytule telefonu używam od tygodnia. Jest już zatem trochę doświadczeń, by opisać, jak się sprawuje.

HTC S710 alias HTC Vox to smartphone – w nomenklaturze urządzeń z Windows Mobile oznacza to, że posiada system Windows Mobile Standard i nie posiada ekranu dotykowego. Przyznam, że po dwóch latach używania telefonu z dotykowym ekranem bałem się jak będzie wyglądał powrót do urządzeń “zwykłych”, ale naprawdę nie jest źle – brakuje mi tylko trochę pewnych ułatwień, ale nawet straciłem już nawyk dotykania ekranu.
Największa zaleta? Jest mały. Po prostu jest wielkości (i wagi!) zwykłego telefonu, nie powoduje, że spadają spodnie. Poza tym bardzo dobrze leży w dłoni, tylna ścianka wykonana z plastiku o miłej fakturze. Ładnie wyglądający z przodu i z logiem HTC, a nie wielką pomarańczową plamą “Orange” ;-)

Druga zaleta? Rozsuwana klawiatura. Problemem aktualnie dla mnie jest przyzwyczajenie się do gęściejszego upakowania klawiszy niż w HTC Wizard, oraz do przestawienia miejsc niektórych z nich. Poza tym – pisanie czegokolwiek to przyjemność. Klawiatura główna jest za to trochę zbyt mała, zwłaszcza przeszkadza mi klawisz kierunkowy, który muszę naciskać górną częścią palca, by nie nacisnąć kilku klawiszy naraz. Za to jestem mile zaskoczony słownikiem T9 i podpowiadaniem wyrazów – dostępny jest zarówno polski, jak i angielski. W zasadzie cały system można bezproblemowo przestawić na jeden z kilku języków, inaczej niż większość dotykowych wersji Windows Mobile.
A propos systemu – w wersji Standard brakuje mi bardzo możliwości własnego dysponowania wyglądem ekranu Today… znaczy “Home screen” – oprócz wyboru jednego z predefiniowanych stylów (np. z paskiem Live Search, bez szybkich ikonek ostatnio używanych programów itp.) nie ma możliwości ręcznej zmiany jakie to elementy i w jakiej kolejności powinny się pojawiać. Szkoda. Za to – jako iż to jest Windows Mobile 6 – mamy do dyspozycji lepszego IE Mobile czy Outlook Mobile oraz możliwość używania Live Mesh (o, to jest to, czego mi brakowało). Aplikacje? Klasyczny zestaw: Office Mobile, Windows Media Player, Windows Live i to, co w każdym sprzęcie z WM. Mile zaskoczony jestem Adobe Readerem LE i Task Managerem od HTC. I oczywiście mile zaskoczony jestem faktem, że telefon ma około 24 MB wolnej pamięci na uruchamiane aplikacje (i rzadko zostaje mi mniej niż 5 MB wolnego), można mieć trochę rzeczy otwartych naraz.
Co poza tym? Ukochana migająca diodka informująca, że jesteśmy w zasięgu, bezproblemowa synchronizacja z Outlookiem w komputerze, jak dotąd świetnie działające Wi-Fi i coś, czego nie pamiętam w żadnym telefonie od czasów Ericssona T65 – automatyczne przełączanie profilu na “Wibracja”, gdy kalendarz wykryje, że aktualnie trwa spotkanie. No i aparat – cudem techniki niby nie jest, ze swoimi 2Mpix, ale działa świetnie, zwłaszcza przy dobrym oświetleniu, robiąc zdjęcia, które można ludziom pokazywać bez obaw. Boję się o szybkę chroniącą obiektyw – w moim Wizardzie została ona bardzo porysowana, co spowodowało, że wszystkie zdjęcia obecnie składają się z różnokolorowych plam, tutaj również nie ma żadnej zasłonki do jej ochrony.
Czy brakuje mi 3G? Nie. Wi-Fi w domu zapewnia mi dostęp do internetu, poza zasięgiem różnych sieci jest EDGE, który do sprawdzenia rozkładu jazdy autobusu czy wysłania wiadomości na Twittera zdecydowanie wystarcza. Ale tak, to może być wada. Tak jak i brak dotykowego ekranu. Do wad mógłbym też zaliczyć brak gniazda słuchawek normalnego i zastosowanie extUSB, ale za to zaletą jest mini-USB do ładowania i transmisji danych – nawet nie rozpakowałem oryginalnego kabla, cały czas używając tego od Wizarda.
Nie mogę aktualnie jeszcze stwierdzić, czy ma głośniejszy dzwonek i wibracje od poprzedniego mojego telefonu, przez który czasem nie zauważałem SMS-ów, czy rozmów – jak dotąd jedyny SMS jaki dostałem na zewnątrz pozostał przemilczany, bo nie miałem ustawionego w profilu wibrowania oraz bardzo głośnego dzwonienia na wypadek nowej wiadomości.
Ocena ogólna? Na razie zapowiada się bardzo fajnie. Zobaczymy za dwa lata.
Permalink |
Google Chrome – wszyscy, to i ja
Wrzesień 3, 2008, godzina 12:33 · Misz-masz »
Jak już wszyscy się wzięli za Google Chrome, przeglądarkę internetową od Google, to i ja. Zainstalowałem wczoraj. Uznałem, że jest fajnie szybka. Ale mojej podstawowej przeglądarki, jaką jest Firefox, obecnie nie zastąpi. To szczegół, ja mam kilka uwag dotyczących dziwnych rzeczy, jak zwykle.
Dzisiaj zainstalowałem ją na moim podstarzałym Tablet PC, który z Firefoksem nie radzi sobie za dobrze. Działa na nim zdecydowanie lepiej od Firefoksa, szybko, ładnie. Tylko… jak to Tablet PC, muszą być problemy. TIP, czyli to ustrojstwo, które pozwala mi jakikolwiek tekst wpisywać na ekranie, powinno pojawiać się (albo ikonka do włączania tego) gdy focus znajdzie się w jakiś polach do wpisywania tekstu. Owszem ikonka pojawia się w pasku adresu (czego Firefox bez dodatku GeckoTIP, który nie działa pod Vistą, nie umie), ale już nie w przypadku elementów strony jak <input> czy <textarea> (co Firefox z dodatkiem GeckoTIP umie, a Internet Explorer ma w standardzie).

Na laptopach problem sprawia touchpad (Synaptics oczywiście), bo Google Chrome nie pozwala nam scrollować w górę. Na tablecie – problematyczne są tzw. pen flicks Visty, bo o ile “Wstecz”, “Naprzód”, przesuwanie w górę działają, to przesuwanie w dół – nie. Dlaczego? Nie mam pojęcia.
Ale wiecie na co czekam najbardziej? Na dodatek pozwalający korzystać z Delicious jako normalnych zakładek. To po pierwsze, bo Delicious to są moje normalne zakładki. A po drugie – na dodatek Grab and Drag. Cholernie wygodna sprawa dla Tablet PC.
Bo już widzę, że dzięki swojej szybkości to na tym komputerku Chrome może stać się moją pierwszą przeglądarką. I na tego typu komputerach też.
A propos: cóż to za nowy trend instalowania aplikacji gdzieś w AppData, żeby nie wymagały praw administracyjnych przy instalacji? To już każdy użytkownik komputera musi sobie na nowo zainstalować?
[tags]Google Chrome, Tablet PC, Firefox, TIP, GeckoTIP, Grab and Drag[/tags]
Permalink |
TC przyjdzie, ale na około
Maj 18, 2008, godzina 12:35 · Misz-masz »
Czy słyszeliście o Trusted Computing? O świecie, gdzie jeden malutki chip w waszym komputerze może decydować o tym, czy dany program może zostać uruchomiony? Wydaje się to irracjonalne? Z jednej strony to ogranicza naszą wolność. Z drugiej strony to zapewnia nam bezpieczeństwo. Świat, w którym nie ma wirusów, robaków, trojanów, złośliwego oprogramowania. Świat w którym w ogóle nie ma oprogramowania, które by nie było zatwierdzone przez producenta komputera. Mrzonka? Nie, to już jest.
Trusted Platform Module. Regionalizacja DVD. HDCP. Super Audio CD. Protected Audio Path. DRM. TC jest naturalnym rozwinięciem tego pomysłu. Oczywiście wy powiecie, że siłą komputerów jest to, że każdy, mały programista nawet, może napisać co mu się żywnie podoba. I owszem. To jest siła, ale i słabość. Jak prawie wszystko, także i to ma swoje złe strony, o których wspomniałem wcześniej. TC ma to rozwiązać. Kto z was się na to zgodzi? W teorii nikt. W praktyce – już się niektórzy zgodzili. Kojarzycie Apple iPhone? Słyszeliście o SDK do niego? Oto jest pierwszy smartphone w pełni zgodny z Trusted Computing. Będzie można zainstalować w nim dowolną aplikację, pod warunkiem, że będzie ona przez producenta zatwierdzona i znajdzie się w Apple Software Store, czy jak to sam zostanie nazwane. Owszem, w dzisiejszym świecie nadal możemy użyć narzędzi by te zabezpieczenia złamać, ale nikt nie może zagwarantować, że już posiadanie głupiego debbugera nie będzie obwarowane restrykcjami. Digital Millenium Copyright Act czai się za rogiem i jego macki sięgają coraz bliżej.
To jest przypadek szczególny. Chyba jeszcze nikt nie został pozwany za uwolnienie swojego iPhone’a z Matriksa stworzonego przez Apple i być może nie będzie nikt pozwany. Problem pojawi się potem. Być może wkrótce.
Od jakiś 10 lat przepowiada się nadejście software-as-a-service. Widzimy to coraz wyraźniej jako aplikacje webowe, ponoć znacznie lepsze od swoich desktopowych odpowiedników. Google Apps. Microsoft “Albany” i Windows Live. To będzie droga, którą się wedrze Trusted Computing. Jak to?
Wyobraźcie sobie świat, w którym nie ma komputerów osobistych w dzisiejszym tego słowa znaczeniu. Świat, gdzie wasze dane i programy są tylko na serwerach dostawców. Wspaniały świat, gdzie z każdego miejsca na świecie ma się dostęp do jednego środowiska pracy, gdzie żadne złośliwe oprogramowanie nie przejmie waszego terminala, bo na nim nic nie ma oprócz jakiegoś systemu siedzącego w kości pamięci EPROM. Przerażający świat, gdzie jeżeli dostawca usług internetowych stwierdzi, że nie wolno wam skorzystać z jakiejś sieciowej aplikacji, dla waszego dobra oczywiście (ochrona praw autorskich, ochrona dzieci przed pedofilią, cokolwiek), to nie skorzystacie z niej nigdy. Zaufane będą tylko te aplikacje, które są praworządne. Nici z przekodowania filmu, nici z udostępnienia go znajomemu.
Pytanie teraz czy zatem cały model oprogramowania tego typu jest zły? Jeżeli mu ufamy – to zapewne nie. Jeżeli ufamy dostawcy, Internetu oraz usług gdzieś na świecie, to model oprogramowania tego typu może okazać się bardzo fajnym pomysłem.
Ale musi nam zostać dana jedna kwestia.
Wolność wyboru.
Permalink |
Cyfrowe pokolenie
Listopad 5, 2005, godzina 21:42 · Internet, Misz-masz »
Artykuł pod tym tytułem przeczytałem przypadkiem na największym polskim portalu…
Mówi się o nich dzieci sieci albo generacją @
Hmm, kolejna generacja. Generacja X, generacja nic (a co to jest to dowiedziałem się właściwie wczoraj z “Newsweeka” albo “Wprost”), a teraz – generacja @. Ale czy naprawdę można to tak nazwać? Czy wszystkich korzystających z Internetu nastolatków “między 15. a 19. rokiem życia” można jednoznacznie zaszufladkować jako “dzieci Sieci”? Oczywiście, że nie. Bo generalizowanie jest złe.
Po drugie jest tak, że różnimy się między sobą. Mówię “my”, jako że kwalifikuję się już do tego “pokolenia”. 19 lat i student. A “najczęściej z Internetu korzystają studenci”. A więc – różnimy się. Także w używaniu tego wynalazku, jakim jest Internet. Czy to tak samo wygląda w Polsce, jak i w Hiszpanii? Nie. Nie może. I to też z tego powodu, że w Polsce mniej osób się posługuje komputerami i Internetem – to wynika z naszego “zacofania” w tej kwestii. A czy to dobrze, czy źle? Dlatego też u nas, owo pokolenie Sieci, jest młodsze.
Zdecydowana większość internautów szuka w sieci przede wszystkim informacji. Na drugim miejscu pod względem popularności znajduje się poczta elektroniczna. (…) słuchają w sieci muzyki, biorą udział w dyskusjach na forach, czatują lub rywalizują z innymi użytkownikami w grach online. (…) Młodych ludzi interesują wiadomości dotyczące ich zainteresowań, spędzania wolnego czasu oraz nauki.
Tutaj się zgodzę. Szukamy informacji, udzielamy się na forach. Słuchamy muzyki, gramy namiętnie w gry on-line. Gadamy na czatach oraz – co zwłaszcza widzę w Polsce – poprzez komunikatory. Gadu-Gadu jest przecież symbolem komunikacji przez Internet, prawda? Proste do zainstalowania i używania, niebywale popularne (jeden z najpopularniejszych IM na świecie). Muzyki już nie kupuje się na płytach, filmy ściąga z Internetu i ogląda na komputerze. Pirackie głównie. Niestety. Oczywiście – są wyjątki. Jak zawsze.
Nie widząc rozmówcy, wielu ludzi potrafi lepiej wyrazić swoje uczucia. I tak wirtualne znajomości nabierają czasem głębi, jakiej brakuje relacjom osób komunikujących się twarzą w twarz. Dlatego Messenger i inne komunikatory nie tylko ułatwiają zawieranie nowych znajomości, ale obiecują również możliwość odnalezienia prawdziwej bratniej duszy.
To jest właśnie to, o czym miałem mówić. Wśród nastolatków w Polsce, raczej nie z tych ram 15-19 lat, a młodszych (choć oczywiście nie tylko), istnieje grupa, która szuka nieznajomych w katalogu publicznym, a potem próbuje sobie z nimi pogadać. Sztandarowym zwrotem rozpoczynajacym rozmowę jest “poklikasz?”. Zjawisko zostało ochrzczone jako Jellonki i istnieje strona internetowa, zbierająca logi rozmów z takimi osobami. A poszukiwanie miłości przez komunikator i rosnaca popularnosć serwisów randkowych – no jak by nie patrzeć, to są racje w tym artykule. Coraz bardziej oglądamy świat zza naszego biurka. I zza szklanego ekranu monitora. Teraz nawet w poszukiwaniu związku. Ja sobie tego nie wyobrażam póki co, ale że jeszcze w związku nie jestem, nie wykluczam, że znajdę go i przez komunikator. Ale uważam tą perspektywę za mało prawdopodobną. Przynajmniej taką mam nadzieję.
Ale wróćmy jednak do ogólnego zjawiska. Nastolatków, na róznych forach internetowych, czatach i komunikatorach jest pełno. I co się okazuje? Że widać najbardziej tych, którzy zachowują sie nagannie. Brak przestrzegania zasad elementarnej grzeczności, nachalne domaganie się odpowiedzi, obraźliwe komentarze – to wszystko jest na porządku dziennym na większości for dyskusyjnych. A szkoda. Czego to wina? Anonimowości internetu. Mitologizowanej anonimowości. W normalnym świecie rzadko się to zdarza. Czy wyobrażacie sobie zadzwonić pod losowo wybrany numer telefoniczny z zapytaniem: “Chcesz pogadać?”? Ja nie. Zresztą ja też nie wyobrażam sobie zagadania do obcej osoby tylko z taką błachostką jak “pogadamy, bo mi się nudzi?”. Ale może ja jestem wyjątkiem?
Inną sprawą jest fenomen blogów. Polska Sieć pełna jest blogów “nastolatkoof”, piszących swoim “slangiem”, zamerykanizowaną pisownią. “Rooshoffe nastolattki” stały się u nas niestety w pewnym sensie synonimem blogów. Źle kojarzącym się. A jest naprawdę wiele wartościowych blogów, wartościowych jako źródła wiedzy. Dla programistów, webmasterów, ludzi zainteresowanych komputerami. Takie ja widzę, jako, że to moje rejony, ale jestem pewien, ze są i z innych dziedzin. Blog nie musi kojarzyć się z rozterkami miłosnymi trzynastolatki. Może być też czymś lepszym. Sam prowadziłem tego typu bezsensowny dziennik. I to jeszcze naprawdę niedawno. Ale wyrosłem z tego i próbuję teraz tworzyć coś na wysokim poziomie. To, co teraz czytacie :)
O, właśnie. Nieumiejętność wyrażania emocji w piśmie. I stosowanie emotikonek. Obiecałem sobie, że tutaj nie będę ich nadużywał. Dlaczego? Mam zamiar trenować się w pisaniu bez takich “upiększaczy”. W końcu jakoś ta literatura sobie bez nich radziła, jakoś ludzie pisali jeszce nie tak dawno zwykłe listy, pełne uczuć i emocji, bez posługiwania się tymi formami. Emotikonki, nie tylko te proste “uśmieszki”, ale przede wszystkim te złożone, animowane, dostępne w komunikatorach, są nadużywane. Niestety, pojawiają się coraz częściej także w jakiś bardziej “oficjalnych” listach – nawet tych kierowanych na przykład do administratorów sieci. Sztuka pisania bez emotek zanika.
Tak przyglądam się tym słowom, jakie napisałem tutaj, i uznaję, że piszę z perspektywy. Dziwię się sobie. Naprawdę, róznica między moim pokoleniem, a tym, które teraz ma 13, 14, 15 lat jest spora. Takie mam przynajmniej wrażenie z Internetu. Na żywo – nie potrafię określić, najblizsi moi nastolatkowie są albo słabo ukomputerowieni, albo mają lat 11. I to nie moje pokolenie jest generacją Sieci i SMS. To ich. Ci młodsi. Młodsi o te kilka lat. Ci, którzy komunikują się głównie przez Gadu-Gadu, wiadomości SMS. Ci, dla których głównym źródłem informacji jest Internet. Nie czasopisma, nie gazety. Nie czytają ksiażek, a e-booki. Nie słuchają muzyki, a MP3. Nie ogladają filmów – a diwiksy.
Wiem, generalizuję, czego nie powinienem czynić. Bo i sam słucham głównie MP3, oglądam filmy na komputerze i czytam wiadomości w Internecie. Więc wygląda na to, że my, nieco tylko starsi, byliśmy prekursorami tego kierunku, który nadchodzi.
Pokolenia, które będzie patrzyło w monitor zamiast w okno dla sprawdzenia pogody.
Rocznik 1991. Pokolenie Sieci.
Permalink |
Notatki na piasku oficjalnie otwarte!
Październik 31, 2005, godzina 22:50 · Misz-masz »
Oto się stało.
Witam w “Notatkach na piasku”. Ten blog, mój drugi ma być czymś innym. Mniej prywatnym (choć to też będzie zależeć od okoliczności), a bardziej publicznym. Ma być czymś głębszym. Bardziej profesjonalnym. Po prostu zupełnie innym czymś niż Jogger. Którego obiecuję nie zaniedbywać (aczkolwiek szkoda, że ledwo wstał to znowu leży). Tutaj ma też być inny styl pisania. Bardziej formalny, doroślejszy. Bez nadmiaru emotikonek, bo i tak stosuję ich chyba zbyt wiele.
Próbki tego, co się będzie pojawiać tutaj będą też publikowane tam, na Joggerze – wraz z linkiem. Przez jakiś czas. Tak na start. A potem – potem się zobaczy. W “Notatkach” znalazło się też kilka(naście) wpisów z Joggera. Tych, które zostały uznane ze lepsze, przedstawiające jakiś sensowny poziom. Jakze innych od całej masy tego, co naprodukowałem.
Jeżeli są na stronie jakieś błędy (zwłaszcza tłumaczenia) – proszę o sygnał. Tłumacze WordPressa nie byli idealni, szablony mają się różnie do tłumaczeń, a ja ledwo sobie poradziłem z niektórymi dziwactwami (jak bezsensowne pokazywanie informacji o tłumaczu w nieznanym mi bliżej miejscu).
Skąd taka nazwa? Czysty przypadek. Tak nagle wpadła do głowy. I okazała się nawet unikalna. Przynajmniej wyniku w Google o dokładnie takim tytule nie ma. Więc – zastosowałem ją. Te notatki, umieszczane tutaj, nie będą jednak tak nietrwałe i nieważne, jak to, co pisze się “kijkiem po piasku”. Mam nadzieję zmuszać czytelników do myślenia, a tych, których będę tutaj krytykował – do poprawy.
Życzcie mi powodzenia.
Permalink |
Bill Gates kończy 50 lat
Październik 28, 2005, godzina 20:04 · Misz-masz »
Dzisiaj Bill Gates kończy 50 lat. Wszystkiego najlepszego. Ale oczywiście ten temat spowodował (no bo jakże by inaczej) rózne dyskusje na temat tej osoby i jej firmy.
Komentarze takie jak:
Uczcijmy ten smutny dzień minutą ciszy…
czy ten:
Drogi Billu z okazji twoich 50 urodzin zycze ci krotkiej smierci i rychlego upadku microsoft.
czy różne “brednie” na temat Microsoftu się pojawiają oczywiście często, ale dzisiaj to jakiś szczególny wysyp. No cóz.
Jak to zostało ładnie określone, i jak ja już pisałem mniej więcej miesiąc temu to jest taka “niezmienna moda wśród gimnazjalistów już od paru lat”. Chodzi o życzenie śmierci Billowi, utyskiwanie na Microsoft i Windows. Jak pisałem – strasznie mnie śmieszy, gdy osoby nienawidzące Windows używają tego systemu.
A że historia firmy Microsoft jest burzliwa, pełna skandali, przejęć, przekupstwa, kupowania cudzych projektów i ich wydawania pod zmienioną marką to już inna sprawa.
Mam wrażenie, że mogę zostać posądzony o bycie”ewangelizatorem” MS, jak Łukasz Czekaj, zwłaszcza, że ostatnie newsy, jakie dodawałem do 4programmers.net dotyczyły MS Visual Studio 2005 oraz .NET 2.0. A to, że widać mnie często w koszulce C# oraz smyczy MSDN to też sie na ten wizerunek składa.
No cóż. Trudno. Póki mnie fanatyczni Linuksowcy nie zaatakują, mi to nie przeszkadza.
Permalink |
Notatki na piasku
Październik 17, 2005, godzina 21:29 · Misz-masz »
Notatki na piasku to nowa nazwa tego miejsca w Sieci. W końcu, po różnych przemyśleniach i dłuższym biciu się z wyniesieniem się (nawet częsciowym) z Joggera, ustaliłem co tutaj będzie. Wreszcie.
Notatki na piasku, zgodnie z pierwotną formułą, miają być zbiorem moich rozważań. Nie prywatnych, a publicznych. Tutaj też mają być od tej pory oceny stron internetowych, programów i wszystkiego co widuję w Internecie.
Notatki na piasku jeszcze nie działają “oficjalnie”. Ich właściwy start zacznie się na początku listopada.
Jogger pozostanie głównym blogiem, na którym będę opisywał życie codzienne, mnie prywatnie i wiele innych rzeczy. A tutaj… tutaj znajdą się tylko i wyłącznie rzeczy głębsze. Oceny, poradniki, przemyślenia, coś podpadające pod felietony. Oraz dyskusje międzyblogowe korzystające z mechanizmu TrackBack.
W formie zupełnie innej niż na Joggerze. Też luźnej, ale nie aż tak. Bez nadmiaru emotikonek, raczej przydało by mi się wprawiać w pisaniu “normalnym”. Nadal z humorem, ale w innej formie.
Oto i mój piasek i notatki na nim.
Permalink |
E-savoir-vivre
Październik 17, 2005, godzina 21:13 · Misz-masz »
Artykuł E-savoir-vivre pilnie potrzebny mnie zainspirował do napisania tych kilku zdań. Ma tematy oczywiśćie dobrego wychowania i jego znaczenia w świecie Globalnej Wioski. Odbiega to od artykułu, ale tak mi się skojarzyło.
Pierwszą sprawą, jaką wezmę pod lupę, będzie oczywiście telefon komórkowy. Wyciszanie w miejscach publicznych to chyba minimum. Kino, teatr – jestem nawet za wyłączaniem. Podobnie jest w trakcie jakiś ważnych spotkań. Na randce absolutnie telefon powinno się mieć wyłączony. Przynajmniej takie jest moje zdanie. Jakiś czas bez kontaktu ze światem chyba nie zaszkodzi? Pojawiające się tu i ówdzie zakazy korzystania z telefonów nie zawsze przestrzegane (zwłaszcza widoczne w szpitalach), nie są też zawsze logicznie uzasadnione (stacje benzynowe), trzeba raczej korzystać z własnego wyczucia sytuacji. Niestety zdarzają się osoby bez wyczucia – albo może próbujące zwrócić uwagę na siebie i na swoją “komórkę”?
Teraz coś innego. Komunikacja natychmiastowa. Komunikatory zadomowiły się w naszym świecie na stałe i nie wiem czy coś to zmieni. Ale tutaj elementarne zasady grzeczności także obowiązują. Gdy pisze się do kogoś nieznajomego wypada się przedstawić i jasno wyłuszczyć swoją sprawę. Osobiscie drażnią mnie łańcuszki, rozmowy bez pytania, “poklikash” i tak dalej. W Jabberze jest taki status “Chętny do rozmowy” (Free for Chat). Gdy ktoś ma taki status – proszę bardzo, widać sie nudzi i chce sobie pogadać. Ale już status “Nie przeszkadzać” (Do Not Disturb) to co innego. Wtedy widać ktoś nie ma czasu, może pracuje (tak, są tacy ludzie!), czy robi coś ważnego i nie chce aby mu zawracano głowę duperelami? Proszenie o autoryzację to jeszcze jedna sprawa. Zwykle, gdy ktoś prosi mnie o autoryzację bez wyraźnego powodu, a ja nie rozpoznaję jego JID, nie kojarzę zupełnie, to nie udzielam. Przecież rozmawiać można i bez autoryzacji, prawda? Większość rzeczy jakie napisałem nie dotyczy najpopularniejszego w naszym kraju komunikatora. Ale i użytkownicy Gadu-Gadu powinni wiedzieć, że opis statusu “DND” oznacza “nie przeszkadzać”. Akurat ten skrót jest stosowany raczej często. Niestety, nawet “uświadomieni” nie zawsze wiedzą, że nie nalezy pisać wtedy o głupotach.
E-mail. Zasady grzeczności wymagają, aby w e-mailu, który jest jak by nie patrzeć następcą tradycyjnego listu, podpisać się. Przedstawić swój problem, w formie grzecznej, najlepiej by było zgodnej z regułami ortografii i języka polskiego, a także w formie zgodnej z tzw. netykietą. Może i ja jestem purystą językowym, ale uważam, że używanie polskich znaków, wielkich i małych liter to przejaw szacunku do odbiorcy. Zwłaszcza w listach bardziej oficjalnych. Nie wyobrażam sobie wysyłania e-maili do obcych osób, które wypełnione by były błedami, napisane niechlujnie i zastosowanymi emotikonkami czy akronimami. Gdy już z tą osobą będziemy w bliższych kontaktach, a ona też będzie używała takich rzeczy jak emotikonki – dlaczego nie. Pierwszy kontakt powinien być jednak w miarę “oficjalny”. Choć (ale to już dotyczy innego tematu), przyznaję, czasami pisanie bez emotek jest trudniejsze, niz zwyczajnie.
A, jeszcze wspomnę o znakach przestankowych. Zalecam ich używanie. Zwłaszcza znaku zapytania. Znam kilka osób, króre gdy pisza poprzez GG to ich nie stosują i ja się dziwnie czuję, gdy widzę wiadomość “zabrales klucze”. Mam się zastanawiać czy zabrałem jakieś klucze czy mam odpowiedzieć że ich nie zabrałem. Jak by tam na końcu był znak zapytania to by od razu każdy wiedział o co chodzi.
Permalink |
No i chyba się zaczęło…
Październik 15, 2005, godzina 13:16 · Misz-masz »
Co się zaczęło zapytacie?
Ano WordPress. Mam teraz tutaj nowego, póki co jeszcze eksperymentalnego bloga, który nie ma ustalonej koncepcji i przeznaczenia. Nadal moim głównym wypisywaniem myśli będzie Jogger. Ale na razie nie działa. Jestem z tego powodu bardzo zdenerwowany, ale nic – skoro to darmowa usługa to muszę się liczyć z niedogodnościami.
Dlatego, tak na wszelki wypadek zainstalowałem sobie WordPressa, na prywatnym serwerze, opłacanym, od którego wymagam uptime na poziomie 99%.
Gdyby kiedys się zdarzyło coś tak niemiłego jak upadek Jogger.pl to mam miejsce awaryjne.
Coś się kończy, coś się zaczyna.
Wpis nieco zmieniłem.
A jak będzie – zobaczymy.
Permalink |