Jeszcze raz o backupie
Ludzie się dzielą na tych, którzy robią backup i na tych którzy będą robić backup. Ja robię – choć utrata danych zdarzyła mi się w rzeczywistości tylko chyba dwa razy, a i nie była wtedy bardzo bolesna. Dmucham jednak na zimne, tak na wszelki wypadek.
Problem pojawia się z systematycznością robienia backupu. Lenistwo jest potężnym wrogiem i aż nie chce się walczyć przeciwko niemu. Podpowiada ci nad uchem “ej no, przecież się nic nie stanie”, a ty machasz ręką niedbale i idziesz robić coś ciekawszego niż backup, choćby grać we “Frets on Fire”. A co się dzieje? Albo się okazuje, że dysk już dożył swoich dni, albo że nowo zakupiony dysk niestety taki wspaniały nie był (mój już wyczyściłem, teraz muszę się udać do sklepu i wymienić). Albo że jednak prąd elektryczny nie jest naszym przyjacielem i potrafi elektronikę usmażyć. Albo że stwierdzasz, że najpierw zrobisz backup telefonu, a potem hard reset tegoż – najpierw robisz hard-reset. Albo… no, i tak dalej, i tak dalej.
Ostatni raz o backupie pisałem trzy lata temu – gdy ten blog miał jeszcze jakiś czytelników. Od tego czasu sporo się zmieniło, choćby pojawił się produkt Apple, Time Machine. I w tym momencie już mógłbym zakończyć, robi kopie automatycznie, samo, kupmy sobie Maki i żyjmy w spokoju. Tak pięknie oczywiście nie ma, nie stać nas na Maka, ba – nawet na iPoda, i musimy sobie radzić sami.
Problemem z jakim się stykam w moich backupach jest nie tylko moje własne lenistwo – to dało by się przeżyć przy użyciu jakiejś automatyki. Problem pojawia się, gdy okazuje się, że dane do archiwizacji rosną szybciej niż miejsce na nie. Przykład? 80 GB miejsca na moim aktualnym dysku (i cztery razy większy nowy dysk), a miejsca na backup też 80 GB. Tylko, że ma to być kopia z kilku komputerów. Całe szczęście dyski są tanie, aczkolwiek po ostatnich przebojach z moim nowym dyskiem oraz zasłyszanych opiniach o Seagate z serii 7200.11 boję się kupować coś dużego.
Ja sam wykonuję kopie na wspomnianym, zewnętrznym dysku. Plus na kilku komputerach równocześnie. Plus niektóre rzeczy są w Internecie, dzięki odpowiednim serwisom internetowym. No i wreszcie – nagrywam na płyty. Kiedyś CD, dziś i DVD to za mało. I właśnie odnośnie płyt mam pewną uwagę – mam płyty nagrane pod koniec 2002 roku, jako jedne z moich pierwszych nagranych płyt. I są świetne, wszystko się da odczytać. Mam też płyty nagrane w połowie 2006, których już nie da się obejrzeć – wczoraj to zauważyłem. Sam backup to nic – przydatna jest jeszcze kontrola backupów. Próbne odzyskiwanie kopii zapasowych, sprawdzanie jak po długim okresie czasu mają się nośniki. Bez tego może się okazać, że wszystko co zrobiliśmy jest bezużyteczne.
Wczoraj postanowiłem, że warto zrobić kopię zapasową danych, taką większą. Nagrałem na płyty sporo rzeczy, ale okazało się, ze ich jest więcej i muszę to zrobić jeszcze dziś, zatem do tego wracam…
…i szczerze się zastanawiam czy prowadzenie “Notatek na piasku” ma jeszcze jakiś sens.
Luty 22, 2009 godzina 13:14
Ma. Sens.
Luty 22, 2009 godzina 13:34
Dla informatyków – pod windows jest świetne narzędzie skryptowe robocopy, właśnie jego używam do backupu
Luty 23, 2009 godzina 14:40
Wiesz Windows Home Server jest wlasnie do tego aby nie trzeba bylo pamietac. Ostatio nawet niektorzy ze wzgledu na jego mozliwosci backupowe instaluja go w firmach.
http://ts2community.com/blogs/larrylentz/archive/2009/02/16/restoring-from-windows-home-server.aspx
Luty 23, 2009 godzina 17:39
Ma sens, zdecydowanie. Mówię to jako stały od pewnego czasu czytelnik.
Co do backupu – mnie ostatnio zaintrygował WD My Book World Edition – ładne, stosunkowo tanie (tzn, 1gb – 1zł, więc edycja 1 TB kosztuje ok. 1000), a robi bezprzewodowo backup danych wszystkich ustawionych komputerów. Systematycznie, automatycznie. Jak dla mnie brzmi jak bajka. :)
Luty 23, 2009 godzina 22:17
TAZu: Owszem, WHS jest fajny. Niestety ja za bardzo nie mam wolnej maszyny by go zainstalować.
Prawdopodobnie jeśli już to zainwestuję w jakąś bardzo cichą, energooszczędną, małą maszynkę w rodzaju Eee Box – ale to jest bardzo specyficzny plan, do którego mam spore wątpliwości finansowe – która między innymi będzie robić za NAS.