Windows PowerShell Step by Step
Luty 27, 2009, godzina 19:05 · Książki »

W dobie nadchodzącego wielkimi krokami Windows PowerShell w wersji drugiej publikacja recenzji pozycji opisującej wersję 1.0, i do tego pozycji pochodzącej z maja 2007 roku? W świetle szybkości rozwoju technologii może się to wydawać dziwne, ale PowerShell V2 nie odbiega przecież główną koncepcją od swojego poprzednika i swobodnie można uczyć się elementów pochodzących z wersji pierwszej.
Podstawową wadą tej niezbyt grubej, bo liczącej “tylko” 300 stron, książki jest stosunkowo wysoka cena – $39.99. Na Amazonie na przykład teraz jest jednak blisko $13 zniżki, a niektórzy szczęśliwcy – między innymi ja – nawet dostali ją za darmo. Wydana jest pod egidą Microsoft Press.
Jest tutaj sporo: providery, skryptowanie, WMI, zarządzanie Active Directory i Exchange 2007, plus płyta CD z przykładami, narzędziami i wersją elektroniczną. Spory plus zwłaszcza za to ostatnie? Niestety, nie do końca, e-book jest zabezpieczony przed kopiowaniem, nici z kopiowania przykładów z książki – za to można przeszukiwać. Skrypty z książki są z kolei dostarczane w oddzielnym instalatorze (!).
Formułą nie odbiega od innych poradników z serii Step by Step – naprawdę krok po kroku pojawiają się zrozumiałe opisy cmdletów i jest duża ilość przykładów użycia i przykładowych skryptów PowerShella. Problemem jest wrażenie niedosytu – czy tak w krótkich rozdziałach udaje się zawrzeć wszystkie informacje na temat skryptowania? Oczywiście nie, jest trochę problemów, zdarzają się nagle wprowadzane elementy, niezbyt dobrze wyjaśnione, są przeskoki, czasem jest wyjaśniane aż do bólu, a czasem pojawia się znikąd bardziej zaawansowany temat. I są literówki.
Nie jestem zachwycony. Widać, że autor posiada sporą wiedzę, także na temat WSH (pod koniec jest porównanie różnych poleceń Visual Basic Script z opisem jak je zrealizować w PS), jednak chyba starał się zawrzeć zbyt wiele informacji naraz.
Permalink |
Jeszcze raz o backupie
Luty 22, 2009, godzina 11:20 · Komputery »
Ludzie się dzielą na tych, którzy robią backup i na tych którzy będą robić backup. Ja robię – choć utrata danych zdarzyła mi się w rzeczywistości tylko chyba dwa razy, a i nie była wtedy bardzo bolesna. Dmucham jednak na zimne, tak na wszelki wypadek.
Problem pojawia się z systematycznością robienia backupu. Lenistwo jest potężnym wrogiem i aż nie chce się walczyć przeciwko niemu. Podpowiada ci nad uchem “ej no, przecież się nic nie stanie”, a ty machasz ręką niedbale i idziesz robić coś ciekawszego niż backup, choćby grać we “Frets on Fire”. A co się dzieje? Albo się okazuje, że dysk już dożył swoich dni, albo że nowo zakupiony dysk niestety taki wspaniały nie był (mój już wyczyściłem, teraz muszę się udać do sklepu i wymienić). Albo że jednak prąd elektryczny nie jest naszym przyjacielem i potrafi elektronikę usmażyć. Albo że stwierdzasz, że najpierw zrobisz backup telefonu, a potem hard reset tegoż – najpierw robisz hard-reset. Albo… no, i tak dalej, i tak dalej.
Ostatni raz o backupie pisałem trzy lata temu – gdy ten blog miał jeszcze jakiś czytelników. Od tego czasu sporo się zmieniło, choćby pojawił się produkt Apple, Time Machine. I w tym momencie już mógłbym zakończyć, robi kopie automatycznie, samo, kupmy sobie Maki i żyjmy w spokoju. Tak pięknie oczywiście nie ma, nie stać nas na Maka, ba – nawet na iPoda, i musimy sobie radzić sami.
Problemem z jakim się stykam w moich backupach jest nie tylko moje własne lenistwo – to dało by się przeżyć przy użyciu jakiejś automatyki. Problem pojawia się, gdy okazuje się, że dane do archiwizacji rosną szybciej niż miejsce na nie. Przykład? 80 GB miejsca na moim aktualnym dysku (i cztery razy większy nowy dysk), a miejsca na backup też 80 GB. Tylko, że ma to być kopia z kilku komputerów. Całe szczęście dyski są tanie, aczkolwiek po ostatnich przebojach z moim nowym dyskiem oraz zasłyszanych opiniach o Seagate z serii 7200.11 boję się kupować coś dużego.
Ja sam wykonuję kopie na wspomnianym, zewnętrznym dysku. Plus na kilku komputerach równocześnie. Plus niektóre rzeczy są w Internecie, dzięki odpowiednim serwisom internetowym. No i wreszcie – nagrywam na płyty. Kiedyś CD, dziś i DVD to za mało. I właśnie odnośnie płyt mam pewną uwagę – mam płyty nagrane pod koniec 2002 roku, jako jedne z moich pierwszych nagranych płyt. I są świetne, wszystko się da odczytać. Mam też płyty nagrane w połowie 2006, których już nie da się obejrzeć – wczoraj to zauważyłem. Sam backup to nic – przydatna jest jeszcze kontrola backupów. Próbne odzyskiwanie kopii zapasowych, sprawdzanie jak po długim okresie czasu mają się nośniki. Bez tego może się okazać, że wszystko co zrobiliśmy jest bezużyteczne.
Wczoraj postanowiłem, że warto zrobić kopię zapasową danych, taką większą. Nagrałem na płyty sporo rzeczy, ale okazało się, ze ich jest więcej i muszę to zrobić jeszcze dziś, zatem do tego wracam…
…i szczerze się zastanawiam czy prowadzenie “Notatek na piasku” ma jeszcze jakiś sens.
Permalink |