Archive for maj, 2008
TC przyjdzie, ale na około
maj 18, 2008, godzina 12:35 · Misz-masz »
Czy słyszeliście o Trusted Computing? O świecie, gdzie jeden malutki chip w waszym komputerze może decydować o tym, czy dany program może zostać uruchomiony? Wydaje się to irracjonalne? Z jednej strony to ogranicza naszą wolność. Z drugiej strony to zapewnia nam bezpieczeństwo. Świat, w którym nie ma wirusów, robaków, trojanów, złośliwego oprogramowania. Świat w którym w ogóle nie ma oprogramowania, które by nie było zatwierdzone przez producenta komputera. Mrzonka? Nie, to już jest.
Trusted Platform Module. Regionalizacja DVD. HDCP. Super Audio CD. Protected Audio Path. DRM. TC jest naturalnym rozwinięciem tego pomysłu. Oczywiście wy powiecie, że siłą komputerów jest to, że każdy, mały programista nawet, może napisać co mu się żywnie podoba. I owszem. To jest siła, ale i słabość. Jak prawie wszystko, także i to ma swoje złe strony, o których wspomniałem wcześniej. TC ma to rozwiązać. Kto z was się na to zgodzi? W teorii nikt. W praktyce - już się niektórzy zgodzili. Kojarzycie Apple iPhone? Słyszeliście o SDK do niego? Oto jest pierwszy smartphone w pełni zgodny z Trusted Computing. Będzie można zainstalować w nim dowolną aplikację, pod warunkiem, że będzie ona przez producenta zatwierdzona i znajdzie się w Apple Software Store, czy jak to sam zostanie nazwane. Owszem, w dzisiejszym świecie nadal możemy użyć narzędzi by te zabezpieczenia złamać, ale nikt nie może zagwarantować, że już posiadanie głupiego debbugera nie będzie obwarowane restrykcjami. Digital Millenium Copyright Act czai się za rogiem i jego macki sięgają coraz bliżej.
To jest przypadek szczególny. Chyba jeszcze nikt nie został pozwany za uwolnienie swojego iPhone’a z Matriksa stworzonego przez Apple i być może nie będzie nikt pozwany. Problem pojawi się potem. Być może wkrótce.
Od jakiś 10 lat przepowiada się nadejście software-as-a-service. Widzimy to coraz wyraźniej jako aplikacje webowe, ponoć znacznie lepsze od swoich desktopowych odpowiedników. Google Apps. Microsoft “Albany” i Windows Live. To będzie droga, którą się wedrze Trusted Computing. Jak to?
Wyobraźcie sobie świat, w którym nie ma komputerów osobistych w dzisiejszym tego słowa znaczeniu. Świat, gdzie wasze dane i programy są tylko na serwerach dostawców. Wspaniały świat, gdzie z każdego miejsca na świecie ma się dostęp do jednego środowiska pracy, gdzie żadne złośliwe oprogramowanie nie przejmie waszego terminala, bo na nim nic nie ma oprócz jakiegoś systemu siedzącego w kości pamięci EPROM. Przerażający świat, gdzie jeżeli dostawca usług internetowych stwierdzi, że nie wolno wam skorzystać z jakiejś sieciowej aplikacji, dla waszego dobra oczywiście (ochrona praw autorskich, ochrona dzieci przed pedofilią, cokolwiek), to nie skorzystacie z niej nigdy. Zaufane będą tylko te aplikacje, które są praworządne. Nici z przekodowania filmu, nici z udostępnienia go znajomemu.
Pytanie teraz czy zatem cały model oprogramowania tego typu jest zły? Jeżeli mu ufamy - to zapewne nie. Jeżeli ufamy dostawcy, Internetu oraz usług gdzieś na świecie, to model oprogramowania tego typu może okazać się bardzo fajnym pomysłem.
Ale musi nam zostać dana jedna kwestia.
Wolność wyboru.
Permalink |
Od przybytku głowa… boli.
maj 15, 2008, godzina 18:19 · Sieci bezprzewodowe, Technologia »
Jak niektórzy wiedzą, zakupiłem sobie nowy komputer, jakim jest HP Compaq TC1100, typu Tablet PC. Tym sposobem w moim domu pojawił się kolejny już komputer, tym razem o bardzo specyficznym zastosowaniu.
Wiecie jaki jest problem? Nadmiar. Nawet nie nadmiar rzeczy, bo po prostu wychodzi na to, że noszę ze sobą tableta, a laptop zostaje w domu (co ma dużo plusów, głównie taki, że mam mniej do noszenia), nawet nie chodzi o to, że mam zagracone biurko jakąś dodatkową stacją dokującą (a mogłem kupić TC4200 i mieć jedną stację także do mojego laptopa, nie?), ale nadmiar tego, co jest zdecydowanie mniej materialne, nadmiar danych. Danych do uporządkowania i - przede wszystkim - synchronizacji.
Ot, nawet ten głupi program do zarządzania informacją osobistą. Używam Outlooka 2003, tam trzymam zarówno moją pocztę e-mail, jak i terminarz i kontakty. To się pięknie synchronizuje z moim palmtopem i nie wyobrażam sobie już życia bez czegoś takiego automagicznego: podłączam i działa samo. Albo nawet nie podłączam, a klikam “Połącz przez Bluetooth” na palmtopie. Synchronizacja kontaktów we wszystkich moich poprzednich telefonach była utrapieniem, tutaj nie jest, wreszcie. Ale nie o tym miałem mówić, chodziło mi bardziej jak mam połączyć dane w terminarzu na dwóch komputerach. Rozwiązania są de facto trzy. Pierwszym jest serwer Exchange, którego chyba nie użyję. Drugim jest CodeTwo Public Folders, które mi się ekonomicznie nie opłaca. Trzecim… jest użycie wspomnianego palmtopa i przenoszenie danych poprzez niego niejako. Na okrętkę, ale podobno działa całkiem dobrze.
Problem drugi? Notatki. Muszę pamiętać, by zgrywać notatki robione na uczelni (odręcznie! :-)) na drugi komputer, by mieć do nich dostęp.
Tak samo wiele osób ma problemy z synchronizacją swojej kolekcji muzyki, filmów, czy zdjęć. To jeden z problemów naszego cyfrowego życia. O ile pamiętam parę tygodni temu zrobiło się głośno o Microsoft Live Mesh, które ma ten problem znacząco redukować, automatycznie synchronizując pliki pomiędzy urządzeniami w obrębie sieci “mesh”. Niezła idea, nawet chyba miałem coś na blogu o niej napisać, ale pewnie mi się odechciało, bo nie powiedziałbym nic nowego. Na zyxist pojawiła się też notka o Unison, który również pozwala na synchronizacje plików na wielu komputerach.
A co było by idealnym rozwiązaniem? Oczywiście coś podobnego w idei do Live Mesh, działającego jednak na lokalnej sieci, w architekturze bez centralnego serwera i bez korzystania z serwerów jakiejśtam zewnętrznej firmy (niekoniecznie z obaw w temacie prywatności, ale i z powodów praktycznych: sieć lokalna jest zwykle co najmniej dziesięciokrotnie szybsza od połączenia z Internetem). Działało by automatycznie, z użyciem jakiegoś automatycznego zestawiania połączeń. Przychodzę z zajęć, podłączam tablet do stacji dokującej i na moim laptopie po chwili pojawiają się zaktualizowane, nowe pliki, notatki z zajęć, a na tablecie nowa poczta pobrana z jakiegoś zdalnego serwera. Gdy napiszę nowy list elektroniczny i zapiszę go w “Wersjach roboczych” on magicznie pojawi się i na drugim komputerze. Nawet może i być bez tego wykorzystania stacji dokującej, niech z Wi-Fi korzystają.
Przychodzę z palmtopem który automatycznie synchronizuje kontakty, terminarz, pocztę. Odtwarzacz muzyczny pobierający z komputerów dane o zmienionej bibliotece mediów i synchronizujący ją sobie przez sieć bezprzewodową.
Jak sobie myślę, to zapowiada się takie coś fajnie. Doczekamy się tego? A może już ktoś zaimplementował?
(skądinąd to ostatnie, dotyczące odtwarzacza muzycznego akurat jest jak najbardziej rzeczywistym pomysłem stosowanym przez Zune, ale ja jak dotąd nie miałem nigdy okazji z tego skorzystać, jako iż nie posiadam w domu sieci bezprzewodowej - mimo wielu urządzeń wyposażonych w łączność tego typu ciągle nie dorobiłem się AP/routera z AP)
Permalink |
Adobe Flash otwarty
maj 2, 2008, godzina 13:37 · Komputery, Technologia »
Wczoraj świat obiegła straszliwa wiadomość, a echo jej dotarło do piekła, które od jakiegoś czasu powoli zamarza. Adobe zamierza opublikować specyfikacje formatu Flash (.swf i .flv). Straszliwa? Gdzie tam. Bardzo fajna. Bo nie dość specyfikacją mają zostać opublikowane, ale i zniesione restrykcje dotyczące tego formatu.
Kojarzy się to z inną, wcześniejszą akcją Adobe. Gdy PDF został otwarty i standaryzowany przez ISO stał się natychmiast czymś, co jest dla nas całkowicie naturalne. A mimo iż istnieją formaty konkurencyjne (DJVU czy XPS Microsoftu - ktoś o nim pamięta oprócz mnie?) to trzyma się świetnie, i pojawia wszędzie.
Czego Adobe szuka? Oficjalnie (za OsNews):
Projekt stopniowego uwalniania Flasha nazwano “Open Screen Project”. Razem z Adobe, współtworzą go takie firmy jak Intel, Cisco, Motorola, Nokia, LG, Samsung, BBC, NBC czy MTV Networks. Zadaniem projektu jest promowanie adaptacji technologii internetowych na szerokim spektrum urządzeń takich jak telefony komórkowe, telewizja, urządzenia przenośne i komputery biurkowe.
Nieoficjalnie mówi się, że to reakcja na Microsoft Silverlight, który ma otwartą specyfikację i niezależną (teoretycznie) otwartą implementację na inne platformy niż Windows (Moonlight).
Teraz każdy programista na świecie może sobie ściągnąć specyfikację i napisać odtwarzacz albo edytor plików Flasha. Także na nasze coraz powszechniejsze urządzenia mobilne, gdzie batalia dopiero się rozpocznie - choć Flash już tam jest, a Silverlight tak w sumie to niezbyt wiadomo jak się ma (trochę mi się z Yeti kojarzy - jest, ale nikt nie widział w akcji). Oprócz tego jeszcze Adobe wyszło ze swoim Fleksem do tworzenia tych tak zwanych Rich Internet Applications… I tak doszliśmy do kolejnej wojny.
Pozostaje pytanie jedno.
Co z tego wyniknie? Gnash posunie się w rozwoju o lata świetlne? Czeka nas era dominacji Flasha na urządzeniach mobilnych? Microsoft zostanie zepchnięty do defensywy na wielu frontach? Czas pokaże, jak zwykle.
A ja będę stał i przyglądał się z boku, bo jakoś tak szczególnie mi na Flashu nie zależy…
Permalink |