Archive for grudzień, 2007

Rok 2007

Mija nam kolejny rok. I jak to tak wychodzi, to zawsze są jakieś takie podsumowania tego roku mijającego. I ja - niestety - dołączę się z moim subiektywnym spojrzeniem na mijające miesiące, dołączając się do ogólnego chóru bloggerów. Jak to ujął Łukasz “patrzących przez pryzmat Web 2.0, naszej-klasy czy iPhone’a”. A czy można inaczej, skoro to w dziedzinie technologii było - jak by nie patrzeć - ważne?

Najpierw może warto zacząć od tego, że to był rok premier. Z jednej strony przywitała nas premiera Windows Vista. Systemu, który mimo wszystkich negatywnych opinii (mniej lub bardziej prawdziwych), mimo niechęci, a dzięki na pewno preinstalowaniu na nowych komputerach, coraz bardziej staje się widoczny. I chyba - jak wiele innych produktów z Redmond - pozostanie z nami na jakiś czas. Ten sam obóz pokazał też Office 2007, Visual Studio 2008 (bez oficjalnej premiery na razie) i dalszy rozwój platformy Live do walki na froncie przeciwko Google. A na swoim innym froncie pojawił się Windows Mobile 6. Bez salw, okrzyków radości, bez ludzi stojących w kolejkach… ale się pojawił.

Po drugiej stronie, głęboko w sadach jabłczanych zakiełkował iPhone, produkt będący owocem myśli technicznej, prac specjalistów od użyteczności wspomaganych przez marketing. Produkt, który wywołał na rynku urządzeń mobilnych rewolucję sam nią nie będąc od strony czysto technicznej. Pozostaje pytanie czy zapowiadane SDK dla iPhone także poruszy mobilny świat w posadach. Ten sam producent ruszył także ze swoim kolejnym kotem, MacOS X 10.5 Leopard, który mimo iż konkurencji z Vistą na popularność może nie wytrzymać, o tyle okazuje się, że konkurencja na funkcjonalność nadal jest przez niego wygrywana. Do tego umocnił swoją pozycję na rynku odtwarzaczy MP3 prezentując kolejne wersje iPoda, w tym iPod Touch. Na co konkurent odpowiedział Zune2, które jednak nie jest chyba przyszłością tego segmentu.

Za zasiekami wolności słowa i czynów pojawiały się kolejne dystrybucje Linuksa. Pod flagą grubego pingwina ja osobiście nie widzę olbrzymiej jakiejś rewolucji - ale widzę kolejne wersje, coraz bardziej dopracowane. Które zaczynają nadszarpywać swoimi partyzanckimi atakami pozycje okupowane przez giganta z Redmond.

Ten rok przyniósł w dziedzinie naszych ulubionych standardów sieciowych rzecz w postaci objęcia HTML5 patronatem W3C HTML WG. Tak więc już wiemy, co będzie następcą obecnie używanego języka hipertekstowego, pozostaje jednak pytanie czy webmasterzy sięgną po rozwiązanie które znają, czy po nowości XHTML 2.0. W dziedzinie sieci koniec roku przyniósł smutną wiadomość w postaci śmierci legendy przeglądarek internetowych, Netscape Navigatora. Po wielu latach Internet Explorer dopiął swego można by powiedzieć. Do tego warto zauważyć, że WWW tego roku kontynuuje trendy z roku poprzedniego. Ajax. Zaokrąglone rogi. Sieci społecznościowe, w tym hit polskiego Internetu, Nasza “Pan Gąbka” Klasa. Web2.0. No i rozwkit wszelkiej maści filmopodobnych serwisów, pokroju YouTube. I agregatorów tego typu treści.

Widzieliśmy wejście sieci Play, która weszła na rynek z rozmachem i ciekawą kampanią reklamową. Było też wejście telewizji “n” (no dobra, pod koniec 2006 roku, ale tak w sumie to można i pod ten podciągnąć).

Aż się boję pomyśleć co będzie w roku 2008. “Obyś żył w ciekawych czasach”.

| Komentarze (3)

Avast i jego błąd w setifaceUpdatePackages()

Jakieś dwa tygodnie temu antywirus Avast, którego używam na jednym z domowych komputerów, zaczął pokazywać błąd podczas aktualizacji. Takie czerwone okienko, które głosiło, że żeby dowiedzieć się więcej należy kliknąć. Po kliknięciu jednak nie działo się nic. Sprawę zostawiłem, aż mając wreszcie nadmiar wolnego czasu spojrzałem w czym może tkwić problem. Przy okazji też już Centrum Zabezpieczeń zaczęło się czepiać, że program może być nieaktualny.

Pierwszą rzecz o jakiej pomyślałem, to logi Avasta, które ten na szczęście posiada - a dostać się do nich można przez albo interfejs programu, albo przez systemowy Podgląd Zdarzeń (eventvwr.msc). W logach znalazłem następującą informację:

An error has occured while attempting to update. Please check the logs.

Po której następowało coś wreszcie mówiącego coś konkretnego:

Function setifaceUpdatePackages() has failed. Return code is 0×00000426, dwRes is 00000002.

Wpisałem do Google odpowiednie zapytanie i pierwsze co znalazłem to logi umieszczane na różnych forach internetowych do “obejrzenia” przez innych użytkowników, a pierwsze co było konkretne to strona Avasta… po koreańsku. Wyszukiwanie zatem powtórzyłem na forum dyskusyjnym Avasta, które najwyraźniej nie jest zindeksowane przez Google, i znalazłem tam olbrzymią liczbę wątków o tym traktujących.

Ów błąd może pojawić się w sytuacji, gdy plik Setup\servers.def w katalogu programu ma rozmiar 0 bajtów albo jest uszkodzony i można wtedy pobrać nowy plik. U mnie jednak tutaj było dobrze. Problem mógł też być z biblioteką setiface.dll, która mogła być uszkodzona, co należało poprawić przez zmianę nazwy pliku setiface.ovr na setiface.dll (ciągle w podkatalogu Setup). U mnie jednak obydwa te pliki były identyczne. Firewall ani ustawienia proxy także nie mówiły, by było coś źle. Firewall po prostu - po wybraniu aktualizacji nawet nie pytał czy Avast ma uzyskać dostęp do sieci.

Zwracany kod 426h, czyli 1062 w systemie dziesiętnym, to jak twierdzi net helpmsg 1062 “The service has not been started.”. Ale niezbyt wiele mi to pomogło. I pomogło w końcu to, co przeczytałem i wcześniej.

download the latest avast installation package from http://www.avast.com/iavs4pro/setupeng.exe (I hope you’re using the English version of avast) and run it on the machine.
That will repair the installation and also update it to the latest version for you.

Działa. Mogłem to zrobić wcześniej, prawda? Po prostu reinstalka programu… Ech.

Technorati Tags: , , ,

| Komentarze (3)

Cyfrowy dom na dzień dzisiejszy

Każdy chyba słyszał o pomyśle tak zwanego “cyfrowego domu”. Pojawiały się pomysły na inteligentne lustra łazienkowe pokazujące użytkownikom aktualne wiadomości czy pogodę. Nie sposób nie pomyśleć “o, jakie to fajne” słysząc o muzyce przenoszącej się z pokoju do pokoju dzięki sieci czujników, o zdalnym wyłączaniu światła, o samoczynnie otwieranych siłownikami oknach na życzenie właściciela wysłane SMS-em.

Ale to są marzenia. Systemy inteligentnego okablowania (EIB, X.25, Insteon) i pochodne oczywiście istnieją i nawet nie są tak bardzo drogie jak można by się spodziewać. Inteligentny dom da się, i dzisiaj, zbudować, do jednak tego, co znamy z filmów s-f nadal dużo brakuje - zero inteligentnych komputerów, którym możemy powiedzieć “HAL, zrób mi kawę”. Nici z ekranów w grzbietach książek, nici z usunięcia natłoku kabli (o czym - o ile pamiętam - czytałem dawno temu, że miało być powszechne w 2005 roku). Ale chyba nie jest tak źle, prawda?

Mamy obecnie wiele urządzeń elektronicznych, które się ze sobą nie mogą komunikować. I powstaje wiele, które już mogą, ale to wymaga zmiany, na które oczywiście mało kto może sobie pozwolić ze względów finansowych.

Mamy nowoczesny telewizor, i chcielibyśmy oglądać na nim, ściągnięte z Internetu (legalnie oczywiście :-)) filmy. Mamy nowoczesną wieżę i chcielibyśmy posłuchać na niej naszej kolekcji muzyki w MP3 (względnie FLAC czy innym formacie), bo ciągłe przekładanie płyt audio było by denerwujące, a na dysku twardym naszego komputera jest wiele gigabajtów “empetrójek”. Mamy dwa komputery w domu - obecnie coraz popularniejszy zestaw komputer stacjonarny i laptop - i chcielibyśmy mieć z obydwu dostęp do zdjęć z wakacji zrobionych aparatem cyfrowym, z obydwu drukować i na obydwu mieć dostęp do Internetu.

To co piszę dla większości czytelników tego bloga nie jest jakimś nierealnym marzeniem nadającym się na kanwę filmu fantastycznonaukowego o przygodach kapitana Kirka i jego wiernego Spocka. Ba, niektóre z tych rzeczy to oczywista oczywistość. A może nawet wszystkie? Ale ja tutaj może przedstawię - tak nieco mniej technicznie - by móc komuś mniej z techniką obeznanemu pokazać, co się w dzisiejszych czasach da zrobić?

Sprawa pierwsza to jest sieć domowa. Gdy mamy powyżej jednego komputera w domu przychodzi chęć połączenia komputerów ze sobą, by mogły się dzielić plikami, by można było - w sam raz do domu (i biura ;-)) - grać w wieloosobowe gry. Fajna jest też możliwość rozdzielenia połączenia internetowego, prawda? O ile mamy tylko dwa komputery, to połączyć je ze sobą można po prostu jednym kablem. A do dzielenia łącza internetowego wystarczy oprogramowanie wbudowane w Windows od czasów wersji 98 Second Edition i dwie karty sieciowe w jednym z komputerów. Super. Tylko jest jeden mały problem - gdy się chce mieć dostęp do Internetu na drugim komputerze pierwszy musi być włączony. Ja, w odróżnieniu od wielu maniaków komputerowych, komputer jednak wyłączam i nie chodzi na okrągło, stąd to było denerwujące. Zainwestowałem w router, urządzenie do - ogólnie rzecz biorąc - podziału łącza. Male pudełko chodzące non-stop. W sprzęt średni - a dziś to nawet słaby. Bez priorytetów, QoS, serwera druku i setki innych rzeczy, które dziś mogą być. I przede wszystkim - zainwestowałem w sprzęt oparty o kabel. Potem, gdy dorobiłem się laptopa i palmtopa to stwierdzam, że to był błąd. Dziś sieć Wi-Fi jest tańsza, działa bardzo dobrze (nie zawsze niestety!) i wybrałbym to.

Wspomniałem o serwerze druku wśród tych milionów rzeczy. Oprócz serwera druku o którym powiem za chwilę jest jeszcze NAS. Network Attached Storage. Czyli takie oddzielne pudełko z dyskiem twardym, do którego każdy komputer w sieci ma dostęp. Do wspólnych danych. Z kolei serwer druku pozwala na udostępnienie w sieci drukarki - niektóre mają go wbudowanego, niektóre routery mają z kolei opcję podłączenia drukarki przez USB. Co to daje? Eliminuje podobny problem jak przy współdzieleniu łącza internetowego - bez NAS czy serwera druku obydwa komputery muszą być włączone stale. Ten jeden do którego jest podpięta drukarka być dać dostęp drugiemu, ten z dyskiem i danymi, by dać dostęp do danych koledze. Lub kolegom. Sam nie wiem czy NAS jest tak dobrym pomysłem do domu, ale coraz bardziej się do tego przekonuję - trzymanie danych w jednym miejscu ułatwia między innymi kopie zapasowe. Nie każdy to robi (a polecam!), a jeden dysk do kopiowania to lepsze niż kilka w różnych komputerach.

No to mamy już drukarkę w sieci. Mamy nasze zdjęcia, filmy i kolekcję MP3 na dysku sieciowym i każdy ma dostęp. Ale co z tego, że mamy filmy na komputerze, skoro mamy też wielki 32″ telewizor LCD i nie chcemy oglądać filmów na marnej jakości małym monitorze i głośniczkach, miast naszego zestawu kina domowego. Widziałem już telewizory z opcją podłączenia do sieci. Są też urządzenia takie jak Apple TV synchronizujące naszą bibliotekę iTunes i podłączone do telewizora. Są - przede wszystkim - komputery typu Media Center PC, opakowane w ładne pudełka, obsługiwane pilotem i “robiące” za nowoczesne wideo. Które podłączyć do naszej sieci domowej nie jest trudno, bo to zwykłe komputery, często w kartę sieciową wyposażone. Mogą i za wieżę służyć, za odtwarzacz muzyki. Wada oczywista to zużycie prądu i czas startu, a także często wygląd.

A propos “wieży”, jako sprzętu audio ogólnie, to pojawiają się modele obsługujące Bluetooth, co pozwala na słuchanie muzyki z komórki. Widzę złącza USB czy czytniki kart pamięci by podłączyć pendrive (a biorąc pod uwagę pierwszy album muzyczny wydany na tym nośniku…). Ja sobie teraz pomyślałem też o użyciu transmitera FM, by muzykę z “peceta” wysyłać w eter i odbierać, prawie jak normalne radio, na naszym sprzęcie grającym.

I czy jeżeli podłączymy te wszystkie urządzenia to czy już mamy cyfrowy dom? No cóż wyobraźnia nasza sięga dalej, w kierunku odbierania muzyki ze stacji internetowej i odtwarzania na domowym sprzęcie audio (Logitech Squeezbox), w kierunku urządzeń typu “Home Server” aż dalej i dalej. Do wykrywania obecności naszej “komórki” przy komputerze i blokowania go po naszym obejściu, czy do sterowania zasilaniem z komputera, jak ongiś w magazynie CHIP opisywano.

Cyfrowy dom, jako dom łączący nasze urządzenia cyfrowe - on już nadszedł i nakładem kosztów da się to zrealizować. Do inteligentnego domu wpuszczającego do środka po sprawdzeniu tęczówki oka jeszcze brakuje. Choć może jak dzisiaj piszę o oczywistości w rodzaju sieci domowej, to o takich pomysłach już wkrótce będę pisał?

Technorati Tags: , , , , , , , ,

| Komentarze (4)

Rok z nx7400

Jakoś tak rocznicowo się zrobiło. Ledwo niedawno minął mój pierwszy tydzień używania odtwarzacza Zune, ledwo zdałem sobie sprawę, że już w sumie od 12 lat mam do czynienia z komputerem, gdy znaleziona przypadkowo faktura uświadomiła, że od roku jestem posiadaczem laptopa.

Odkąd byłem mały zawsze chciałem mieć laptopa. W sumie - to dokładnie nie wiem czemu, bo i tak dużą większość czasu stoi on w jednym miejscu i jest maszyną stacjonarną. Niemniej jednak czasem przydaje się zabrać ze sobą gdzieś sprzęt, więc mobilność jest istotna.

Jestem posiadaczem HP Compaq nx7400, model EY508ES. Wyposażony w procesor Core Duo T2250 o częstotliwości 1,73 GHz, 1 GB RAM, układ graficzny Intel GMA 950 i 80 GB twardego dysku.

Gdy komputer kupiłem, miał on Windows XP Home Edition, preinstalowany. Który jednak już pierwszego dnia znalazł się (cały, cała partycja ukryta) na dwóch płytach DVD, a jego miejsce zajął inny system. Microsoft Windows Vista, w wersji najpierw RC2, od marca jako Windows Vista Business N w wersji już finalnej.

Wrażenia z używania? Jak najbardziej pozytywne. Obecnie da się już zobaczyć, w które klawisze najczęściej uderzam, bądź też gdzie mam nadgarstek, jednak plastyk w tych miejscach jest bardziej “błyszczący”, na szczęście nie jest wytarty. Byłem wrogiem błyszczących matryc, do której się jednak przyzwyczaiłem, nadal jednak w jasnym otoczeniu bez podświetlenia (na minimalnym, jak w trybie oszczędzania baterii) prawie nie da się pracować (i strasznie widać kurz, którego mam jakoś dużo). Bateria nie jest wynalazkiem super znakomitym, wytrzymuje około dwóch godzin z hakiem. Czasem “hak” osiąga nawet godzinę, czasem ledwo kilka minut, zależy od obciążenia. Komputer się nie “grzeje” tak bardzo, da się pracować nawet z nim na kolanach (podobno jednak to niezdrowe), bardzo fajnym pomysłem jest przycisk wyłączenia Wi-Fi i Bluetooth, jednak dioda sygnalizująca łączność bezprzewodową jest niebieska i bardzo jasna. Świetne są też sprzętowe przyciski regulacji głośności oraz takie drobne pomysły jak gniazdo słuchawkowe jednak nie z przodu urządzenia, a z prawej strony ;-) No i rzecz jasna układ klawiatury z prawie normalnym układem klawiszy Home/End, Delete/Insert itp.

Jednak trzy gniazda USB to czasem za mało, ale moje lenistwo ciągle nie pozwala mi kupić huba USB. Denerwujące jest to, że czasem matryca nie chce “wstać” po obudzeniu komputera ze stanu uśpienia (ruchem myszy, klawiszem działa). Miałem też problemy ze “znikaniem” napędu DVD, które jednak przestały ostatnio się pojawiać (raz - bo rzadziej korzystam, dwa - chyba jakaś poprawka to naprawiła wreszcie).

Dotychczas, jako posiadacz maszyny stacjonarnej, mogłem ją nieco łatwiej ulepszać. Tutaj jedynym krokiem nad którym się zastanawiam i który mogę bezproblemowo zrealizować jest dodanie pamięci RAM, może do 1,5 GB. Mała stosunkowo pojemność twardego dysku została zrekompensowana przez dodatkowy dysk w kieszeni na USB, a moje niedostosowanie do touchpada rekompensuję moją bezprzewodową myszką. Czasem jednak siadam do touchpada i mam wtedy wielką wdzięczność za zrobienie czegoś w rodzaju “scrolla” myszki i wielki żal za brak środkowego kliknięcia.

Moja maszyna już kilka miesięcy po zakupie doczekała się następcy, modelu nx7300, który jest bardzo podobny - dziś są jednak już wersje z Core 2 Duo oraz Intelem GMA X3100. Słaba wydajność karty graficznej i jej… powiedzmy egzotyka, trochę przeszkadzają, jednak ja znów nie gram w tak wiele gier, wydajność procesora nie jest dla mnie sprawą pierwszorzędną.

A pamiętam gdy tuż po zakupie wydawał mi się bezgłośny. Dziś jednak już słyszę wentylator, nawet przy spokojnej pracy, bo przy obciążeniu się rozkręca do bardziej słyszalnych obrotów.

Technorati Tags: ,

| Komentarze (4)

Tydzień z Zune

Upłynął już nieco ponad tydzień od kiedy mam na własność microsoftowy odtwarzacz, swego czasu oznaczony plakietką “iPod-killer”. Microsoft Zune w wersji pierwszej, 30 GB pojemności dysku twardego. To jest przy okazji także pierwszy mój odtwarzacz MP3 z dyskiem twardym, dotychczas używałem samych z pamięciami Flash.

Zune 003

Wersja jaką zakupiłem to tak zwany “refurbished”, czyli sprzęt “z odzysku” niejako. W sumie to różnica między takim, a retail jest niezbyt duża. Kupiłem na Allegro oczywiście, bo takiego sprzętu w Polsce nie oferują, za cenę cokolwiek okazyjną.

Pierwsze wrażenie, tylko po wyjęciu z pudełka, jest “Ale to wielkie!”. Jest duży. Podobny wymiarami do mojego palmtopa HTC Wizard, całe szczęście jednak cieńszy znacznie. Z bardzo dużym i bardzo czytelnym, jasnym, pełnym kolorów, fajnym wyświetlaczem. Nie wiem ile ma kolorów, chyba wystarczająco.

Pierwsze włączenie mojego odtwarzacza przywitało mnie oprogramowaniem w wersji 1.4. Jednak już pierwsze połączenie z komputerem - a program Zune Software zainstalowałem wcześniej - zmusiło mnie do aktualizacji do wersji 2.1. I tak, wersja 2.1 jest ładniejsza i bardziej funkcjonalna. Pierwsze podłączenie nie było długie, ledwo trochę by podładować baterię oraz wgrać kilka pierwszych albumów. Po czym wybrałem się na uczelnię i bawiłem się tam długo. Uwaga - dane kopiowały się naprawdę szybko. USB 2.0 w pełni. A oprogramowanie jest bardzo przyjemne w obsłudze, wykrywa rodzaj, nazwę i chyba nawet kolor odtwarzacza i taki pokazuje w menu. Swoją drogą podobno nie da się go bez sztuczek zainstalować na polskiej wersji Windows, ja jednak jestem posiadaczem wersji angielskiej.

Z szyi zwisają mi słuchawki. Jednak patrzę - ej, one się łączą! Chwila zabawy - słuchawki mają dwa magnesy, okazuje się, dzięki czemu przyczepiają się jedna do drugiej i nie “dyndają” tak bardzo. Szczegół, ale znaczący. Tak samo szczegółem są plastykowe osłonki na gniazda kabli, “paciorek” do ustalania długości “rozdwojonego” kabla słuchawkowego, specjalny woreczek na odtwarzacz… producent się postarał i zadbał o niektóre szczegóły, co się mu chwali bardzo. Choćby nawet w pudełku jest specjalna tasiemka w przegródce gdzie leży odtwarzacz, by móc go łatwo wyjąć.

Nie wiem czy jest to wada mojego egzemplarza, ale wewnętrzne “kółko”, będące przyciskiem do zatwierdzania, jest gorszej jakości, i tak trochę wygląda na niedopasowane. Wpierw myślałem, że może wypaść albo co, ale okazuje się jednak że się trzyma całkiem dobrze, niemniej nieco jakością wykonania odstaje. Sama obsługa jest bardzo prosta, a sprzęt miły w dotyku i nawet niezbyt ciężki jak na swoje wymiary.

Na odtwarzacz wgrałem całą moją kolekcję muzyki w MP3 i zostało jeszcze bardzo dużo miejsca wolnego. Teraz jednak, przy przewijaniu dłuższych list wykonawców czy piosenek, daje się wyczuć ręką jak twardy dysk się rozkręca i zaczyna pracować. Wyczuwalne jest niewielkie drżenie odtwarzacza.

Wady? Niewątpliwie wymiary. To jest jednak duże, a ja mam i duży telefon. Brakuje mi też ładowarki z gniazdka (za ładowanie służy połączenie z komputerem przez USB) i możliwości wykorzystania jako pendrive - choć w sumie oprogramowanie samo konwertuje filmy czy zdjęcia na strawny wielkościowo format, i robi to wcale szybko, więc może to i jakiś plus. No i to kółko wewnętrzne mnie trochę się nie podoba. I nie mogę dojść w jaki sposób on dzieli filmy na “Music Videos” i “Movies”, jakimiś tagami czy jak? Dlaczego nie można pogrupować samemu?

Bateria? Całkiem znośnie. Kilkanaście godzin słuchania muzyki wraz z krótkimi odtworzeniami filmów. W sumie to nie wiem, bo nie słucham tak wiele, a ładować teraz będę chyba trzeci raz - spróbuję rozładować do pełna i naładować do pełna by sprawdzić rzeczywisty czas.

Wniosek? Bardzo fajny sprzęt. Szkoda, że nie jest to Zune 2. generacji, ale i tak jestem zadowolony. Jednak nie mam komu wysłać moich piosenek używając wspaniałości sieci bezprzewodowej, bo nikt inny takiego cacka nie ma ;-)

Technorati Tags: ,

| Komentarze (16)