Archive for listopad, 2007

C lat z komputerem

Dzisiaj chyba, o ile dobrze pamiętam, albo w piątek, mija już 000Ch lat odkąd mam w domu komputer. Sporo, zważając na to, że sam mam ledwo lat tyle samo (w zapisie dziesiętnym), ale z odwróconymi cyframi - czyli 21.

Kiedyś już nawet pisałem jak wyglądała moja droga związana z programowaniem, ale teraz zacząłem się zastanawiać jak wyglądała moja droga od strony użytkownika. W tym i gracza, bo co by tu ukrywać - dzieckiem będąc to się grało.

Zaczynałem od komputera z procesorem AMD 486 DX4 100 MHz, który według przeprowadzanych testów dorównywał wydajnością Pentium 60, co we mnie wzbudzało wielką radość - nawet gdy kolega miał już Pentium 100. Moje 8 MB RAM było nadmierną ilością, która potem okazała się bardzo istotna. Karta dźwiękowa będąca klonem Gravis UltraSound miała sprzętowy WaveTable - dziś to niewiele znaczy, w owym czasie to także mnie podbudowywało ;-) CD-ROM o zabójczej szybkości 2x… A na komputerze miałem niesamowity system operacyjny MS-DOS 6.22. Do dziś mam podręcznik z niego, oryginalne dyskietki instalacyjne oraz certyfikat autentyczności. To był koniec listopada 1995 roku. Do komputera dostałem płytę z grami - w wersjach demo/shareware, głównie produkcji Apogee. Tak, Jazz Jackrabbit, Raptor i tym podobne produkcje.

Potem w jakiś sposób zdobyłem Windows 3.11 for Workgroups (instalowany z dyskietek o ile pamiętam, ale skąd i jak zdobyty - nie pomnę). W grudniu tego roku pod choinkę dostałem zestaw gier “Comanche vs. Werewolf” produkcji NovaLogic, na płytach CD, które miały jeden feler - na tym 2x napędzie CD-ROM wczytywanie misji trwało godzinami. O ile pamiętam to jak zobaczyłem te same gry na 6x napędzie CD to było to piękne! Potem doszły też takie gry jak “The Lion King”, “Wolfenstein 3D”, “Doom” i inne. W większości nadal jakieś wersje shareware czy tym podobne. Pamiętam też dobrze Norton Commander 4.0. Windows 95 na tym komputerze znalazł się dzięki także uprzejmości czyjejś (nie pamiętam już kogo), przegrywany był kablem null-modem dzięki NC 5.0. Trwało to naprawdę długi czas… Jakoś też wtedy miałem Lotusowy Word Pro ‘97 (dołączony do drukarki chyba), skądś (o rany, ale wtedy nie było chyba nawet pojęcia piractwa komputerowego) Worda 6.0… z którego pamiętam jedną “Poradę dnia”: “Łatwo się skaleczysz, jeżeli będziesz biegał wymachując siekierą”. Potem pamiętam też jak załamałem się gdy zakupiona (za zawrotną sumę 169,- PLN) gra Jane’s USNF ‘97 nie chciała działać, na co receptą było dwukrotne zwiększenie ilości RAM.

Z 486 po 5 latach przesiadłem się na sprzęt klasy znacznie wyższej - i współcześniejszej. Na Celerona 633 ze 128 MB RAM, dyskiem 17 GB zamiast 630 MB starego komputera i Rivą TNT2. Potem także na nowy monitor 17″ zastępujący wysłużony 14″ Daewoo. No i rzecz jasna na Windows 98. Ale tutaj w ogóle nie pamiętam w co ja mogłem grać. Na pewno nie w te starocie z 486 (chyba niektóre gdzieś mam), ale nie pamiętam. Jedyne co dobrze pamiętam to programowanie w QBASIC-u (zaczęte już na tym nieszczęsnym 486). Potem po 3 latach przesiadłem się na Athlona 2400+ z 512 MB RAM i dyskiem 80 GB, co już było kompletnym skokiem technologicznym. I tenże komputer chodzi u mnie do dziś (i bardzo dobrze się ma). I pod koniec zeszłego roku przesiadłem się znów - na laptopa (zawsze chciałem mieć!) Core Duo 1,73 GHz z 1 GB RAM… na którym gram bardzo, bardzo rzadko (Starcraft, Gunmetal ostatnio i takie głupoty).

I dzisiaj jestem posiadaczem w domu 3 działających komputerów, jednego prawie i części pozwalających na zbudowanie jeszcze kilku, znam więcej języków programowania niż języków obcych, noszę grube okulary, mam palmtopa, switch, router i marzę o “inteligentnym domu”. Co to się przez 12 lat zrobiło?!

Tak sobie właśnie pomyślałem, że do tych podsumowań należy dodać jeszcze jedno - dostęp do Internetu mam od okolic tego 2003 roku, najpierw modem (V.90), potem, po dłuższym czasie, 128 Kb/s łącze, dziś już 3 Mb/s. Windows widziałem wszystkie na oczy (długo używałem 95, 98 i ME) z wyjątkiem NT < 5.0 (XP używam od 4 lat, Visty od roku), Linuksa pierwszy raz na oczy zobaczyłem w postaci SUSE 5.3, a potem Mandrake 6.1.

Ale mi się na wspomnienia zebrało.

| Komentarze (8)

Styl aplikacji

Ogólnie rzecz biorąc lubię mieć, w swoim systemie operacyjnym, wszystko w jednym stylu. Wszystkie aplikacje wyglądające podobnie i korzystające z jednakowych kontrolek. Z tego też powodu na przykład do gustu bardzo mi nie przypadła przeglądarka Safari pod Windows, która wygląda jak wzięta z MacOSX (czy też iTunes tego samego producenta). Nie lubię też małych aplikacyjek, które wyglądają inaczej niż reszta. Nawet za motywami wyglądu w mojej przeglądarce internetowej nie przepadam i używam standardowego, który jest w miarę zgodny z systemem. Tak, jestem konserwatywny.

Wczoraj zainstalowałem Zune, Microsoftowy program do obsługi odtwarzacza o tejze nazwie, ale ogólnie - także do zarządzania muzyką, filmami, zdjęciami. I muszę przyznać - jest całkiem ładny. Ale w ogóle do niczego innego, co mam w systemie niepodobny!

Zune Software

Tak samo nie podobał mi się instalator aplikacji AIR (który wykorzystuje własne kontrolki), choć aplikacja oparta o AIR, którą używam, Tweetr, jest całkiem ładna. I nawet się jako tako z systemem zgrywa, ale chyba tylko przypadkiem, że i domyślny styl Visty jest dość ciemny.

Jednak najgorzej jest, gdy jest program portowany z innej platformy. Wspomniałem już o Safari i iTunes, które mi pod Windows w ogóle nie pasują i wyglądają jakoś tak dziwnie… swoją drogą ogólnie styl Aqua średnio mi się podoba, ale to inna sprawa. Jednak używam także kilku aplikacji używających różnych wieloplatformowych toolkitów - Psi opartego o QT, który do stylu systemu się w miarę ładnie dostosowuje, oraz GnuPG Privacy Assistant, używający GTK+.

GnuPG Privacy Assistant

I moim zdaniem to nie tylko ten program wygląda okropnie (trochę jak z ubiegłej epoki) brzydko, to jeszcze z moim systemem wizualnie nie ma już zupełnie nic wspólnego!

Drodzy programiści. Jeżeli chcecie robić skórki - super, bo ktoś sobie będzie mógł dostosować aplikację do potrzeb. Ale - naprawdę nie próbujcie udziwniać aplikacji. To nie jest fajne, gdy każdy program wygląda inaczej. I tak chociaż o tyle dobrze, że w większości się trzymacie pewnych wspólnych zasad (UI Guidelines)…

Technorati Tags: , , , , ,

| Komentarze (5)

Koń trojański atakuje!

… Mac OS X. Napisali tak na portalu DobreProgramy i rzecz jasna pojawiła się tona znów ludzi mówiących na zmianę, że system producenta z Redmond jest lepszy i żeby się zarazić wirusem trzeba być głupim i zgraja użytkowników jednego z systemów alternatywnych którzy mówią, że ich rozwiązanie jest bezpieczniejsze. Rozbrajają mnie komentarze, zresztą takie dyskusje są prawie pod każdym newsem na tym portalu, ale już się przyzwyczaiłem.

To prawda, czasem się we mnie krew gotuje, gdy ktoś pisze oczywiste bzdury, ale i tak nauczyłem się po prostu komentarze na takich portalach czytać, pomijać i pisać cokolwiek tylko w bardzo, bardzo rzadkich przypadkach. A swoją drogą to na DP.pl używam nicka “Nemhein”, jakiś “ktosiów” tam jest od groma, nawet na podobnych systemach/przeglądarkach.

Jednak ów koń trojański występuje w postaci obrazu DMG i użytkownik musi go zainstalować samemu. Wynika z tego wyraźnie, że to od użytkownika zależy, czy do jego systemu dostanie się niebezpieczna aplikacja - a sama architektura MacOS X, jako pochodna Uniksa, wspomaga użytkownika dzięki temu, że domyślnie się na koncie roota nie pracuje. Tak przynajmniej głosi rozsądek i takie są zalecenia. Stąd program sam namieszać nie może, i to użytkownik musi mu zezwolić. Windows - standardowo jak wiadomo - ma tutaj znacznie gorsze podejście (do Visty rzecz jasna - może i te popierdółki “Czy chcesz zezwolić?” są za częste i wkurzające, ale naprawdę są ważne!).

Teraz powstaje pytanie - czy zatem pod Linuksem nie można by zastosować identycznego manewru? Gdy pobieramy kod źródłowy aplikacji i wykonujemy te magiczne ./configure, make, sudo make install, to co stoi na przeszkodzie, by w trakcie wykonywania make install (które zwykle wykonuje się jednak na prawach roota) wykonać “dodatkowo” jakiś złośliwy kod? Co stoi na przeszkodzie, by to samo zrobić przy instalacji paczki .rpm czy .deb? Może ja o czymś nie wiem?
Powiecie, że jeżeli pobieramy kod źródłowy i go ręcznie kompilujemy to wiemy dokładnie co robimy. No okej, może i tak. Ale ja tego kodu nie przeglądam. A jeżeli ktoś by się włamał na serwer producenta i dał kod nieco zmodyfikowany (WordPress miał coś w tym stylu)? Ilu z nas sprawdza przed kompilacją cały kod źródłowy, ile osób go nawet przegląda? A paczki, gdy są do pobrania?

Powiecie zatem, że nikt nie instaluje paczek ze strony, tylko pobiera z repozytoriów. A co, jeżeli danej aplikacji nie ma repozytorium, wydaje się ciekawa, a w rzeczywistości to nawet nie istnieje, a jest tylko przynętą do zainstalowania konia trojańskiego? Sytuacja hipotetyczna, ale możliwa.

Narzekanie na Vistę to jakoś ostatnio jest w modzie. A ja dzisiaj powiem rzecz taką - oprócz tego, że jest UAC, który uważam za świetne rozwiązanie (to, jak wyglądała praca z uprawnieniami obniżonymi w XP, to nie było tak przyjemne miejscami), to nawet głupie poprawienie autoruna, w ten sposób że i tak system się pyta czy uruchomić autorun.inf, jest podyktowane względami bezpieczeństwa (i dla mnie jest wygodne, bo częściej otwieram folder płyty CD niż uruchamiam startujące z niej aplikacje). Włożyłem pendrive’a mojego, który wcześniej przebywał w pewnym komputerze. A tu system się mnie pyta, czy uruchomić aplikację copy.exe jak nakazuje mu autorun.inf. “WTF?”. Otwieram folder, a na nim znajduje się parę plików ewidentnie do jakiegoś wirusa należących…

A, jeszcze mała dygresja odnośnie MacOS X, a dokładnie jego najnowszej edycji, “Leoparda”. Wiecie, że wprowadza ponad 300 ulepszeń w tym tak rewolucyjne jak cień pod aktualnie aktywnym oknem. Są jednak i nowości w kwestii bezpieczeństwa - między innymi do plików pobieranych z Internetu dodaje specjalny tag, który przy próbie ich otwarcia powoduje wyświetlenie ostrzeżenia.

Tagging Downloaded Applications

Protect yourself from potential threats. Any application downloaded to your Mac is tagged. Before it runs for the first time, the system asks for your consent — telling you when it was downloaded, what application was used to download it, and, if applicable, what URL it came from.

http://www.apple.com/macosx/features/300.html#security

Kto z was uważa to rozwiązanie za nowatorskie, rewolucyjne i znakomite? Czy ono jakkolwiek może pomóc?

Technorati Tags: , , , , ,

| Komentarze (5)