Spóźniona blogopokalipsa
Nie ma to jak wrócić z długiego weekendu, spojrzeć kto tu linkuje i zobaczyć coś nowego. Kliknąć i… o, zaproszono mnie do nowej blogowej zabawy! Tak więc, z niewielkim, bo ledwo tygodniowym opóźnieniem wyobrażam sobie koniec blogosfery ;-)
Ostatnie słowa?
To już jest koniec. Nie ma już nic. Jesteśmy wolni. Możemy iść?
Jeżeli nadchodzi coś niespodziewanego, to powinniśmy się z tym zmierzyć.
Jeżeli nieprzyjaciel otwiera drzwi, musisz w nie wbiec, jak rzecze Sun Tzu.
Gdyby apokalipsa, czy to blogowa, czy normalna, nadeszła, to trzeba się z nią zmierzyć. Bo kto stoi w miejscu, ten automatycznie przegrywa.
Wyobrażam sobie koniec blogosfery, nie przeraża mnie to tak bardzo. Być może świat byłby inny. Czy lepszy? Raczej nie. Blog, dla mnie osobiście, to bardzo fajna sprawa, pomaga w niektórych rzeczach. A blogi ogólnie są też niezłą skarbnicą wiedzy. Szkoda by była ją stracić, ale mamy też Wiki i resztę tego łebdwazerowego tatałajstwa, więc byśmy się odnaleźli w nowym świecie. Tak jak żyliśmy w świecie bez blogów :-)
Na szczęście apokalipsy nie ma i blogujmy dalej…