Blog nie jest już dalej prowadzony, ani aktualizowany. Wpisy i komentarze pozostaną dostępne przez jakiś czas. Dzięki.

Archive for Marzec, 2007

Zawsze niestandardowy?

Już wiele wody upłynęło w Wiśle od czasu kiedy zakupiłem swój pierwszy telefon komórkowy. Była to Nokia 1611, z kartą w Simplusie, w czasach gdy minuta rozmowy w szczycie poza sieć kosztowała 2,95 PLN. Jak na dziś to suma niewyobrażalna jak na rozmowę, nie licząc roamingu. Od tego czasu telefon komórkowy zmieniałem już wiele razy i przymierzam się do kolejnej zmiany, aczkolwiek tym razem już na palmphone, prawdopodobnie Qtek 9100 vel SPV M3000, o którym już pisałem kiedyś. Ale to inna sprawa, bo chciałbym trochę nawiązać do tematu mówiąc o niestandardowości.

Następnym moim telefonem po tej prehistorycznej Nokii (dziś gdy na nią patrzę to się tylko uśmiecham – “obsługa wiadomości SMS” i takie tam nie są już niesamowitymi funkcjami) był telefon kompletnie nietypowy. Był to czas Nokii 3210, która zaczynała stawać się popularna, a ja wybrałem… ano wybrałem Trium Geo. “Co?” zapytają niektórzy. Telefony marki Trium, produkowane przez Mitsubishi i sprzedawane przez jakiś czas w Polsce, nie były popularne, ale z drugiej strony – były technicznie zaawansowane nieporównywalnie.

Trium Geo

Weźmy ową Nokię 3210. W tym czasie pojawił się WAP, “internet w telefonie”, którego w swoim czasie byłem wielkim zapaleńcem (może ktoś kojarzy http://krwap.prv.pl?). Nokia jego obsługi nie posiadała. Jej następca, nadal popularny model 3310 – także (dopiero 3330 się dorobiło). Jako że technicznym fanatykiem jestem, to żadne bzdurne wiadomości graficzne nie dawały mi takiej radości jak WAP oraz HSCSD. Wtedy nie było GPRS, nie wiem czy ktoś jeszcze pamięta te czasy (ale się staro poczułem) gdy Ericsson R320 z GPRS był prototypem na targach CeBIT ;-) Aczkolwiek miałem jakiś pakiet darmowego WAP iluś minut i korzystałem i było świetnie. Z Internetu po podłączeniu do komputera i poprzez HSCSD z zachwycającą szybkością 14,4 kbps też kilka chwil korzystałem, ale to inna sprawa :-)

Potem kolejnym telefonem z jakiego korzystałem i był niezmiernie zaawansowany technicznie był Ericsson T65. Wyświetlacz z dwoma odcieniami szarości (!), GPRS, klient e-mail… Prawie jak przepustka do nowoczesnego świata którego używamy dziś. I ten telefon też był bezapelacyjnie jednym z najlepszych w swojej klasie. Nokia? Ach, nasza najpopularniejsza marka zaproponowała 3410 – bez GPRS, dorobiła się go dopiero 3510 wraz z wyświetlaczem w odcieniach szarości, a potem przeszła w popularny nadal 3510i. I wtedy przyszedł czas szału aparatów w telefonach – do 3510i się nie dało podłączyć, a do T65 – nawiasem mówiąc – jak najbardziej. Aczkolwiek T65 został mi skradziony – a że hasło do e-mail zapisywał w postaci jawnej, to i moja skrzynka pocztowa (9 zł kosztowała – kyler1@skrzynka.pl) poszła sobie – jakiś ktoś zmienił hasło, a i wysłał obraźliwy e-mail do jednego z nadawców listów do mnie.

Dalej używałem jakiś czas Motoroli T192L (do tej pory mam uraz do tej firmy), Siemensa C55 (nagrywanie i dzwonki WAV) SonyEricssona T230 i T610 (który miał Bluetooth i od tej pory uwielbiam tą technologię) i obecnie jestem przy moim SE K700i. I szykuje się zmiana – myślałem o SE K750i, K790i, ale raczej będzie to jednak PocketPC. Niemniej jednak jeden szczegół – wszystkie telefony jakich używałem, z wyjątkiem SE T230/T610/K700i) były unikatowe – albo były ponad swoją epokę (Geo i T65), albo bardzo mało popularne (T192L i C55). Nigdy jakoś nie miałem telefonu “takiego jak wszyscy”. Teraz się to zmieniło, bo SonyEricsson staje się popularną firmą, zwłaszcza ten model T230. Pytanie – dlaczego? Może jakiś ukryty uraz i chęć bycia innym? Możliwe, zwłaszcza w odniesieniu do 3310. Po drugie – chęć posiadania zabawki z technicznymi możliwościami, która przewyższa produkty konkurencji.

A jak sobie kupię SPV M3000 to chyba znów będę inny. :->

[tags]mobile phones, spv m3000, trium geo[/tags]

| Komentarze (3)

Przyszłość wprowadzania danych

Zawsze gdy słyszę, że rozpoznawanie mowy przez komputer zastąpi wprowadzanie danych przy użyciu klawiatury i myszy myślami jestem w wielkim biurze, gdzie każdy mówi coś do swojego komputera. Czy też przychodzi do pracy i głośno wymawia swoje hasło. A może UAC przyszłości, gdzie trzeba co chwilę mówić do komputera coś w rodzaju “tak, na pewno chcę to zrobić!” (“zamknij się i rób co mówię!”)? Sytuacja taka wydaje mi się absurdalna i o ile rozpoznawanie mowy może sprawdzić się przy komputerach osobistych, to mimo to – nie zawsze. W głośnym otoczeniu? Wśród innych ludzi robiących to samo?

Wizja jest owszem, ciekawa, ale trochę nierealna. Bardziej prawdopodobne wydaje mi się upowszechnienie ekranów dotykowych (“na odległość”, znaczy reagujących już na palec kilka centymetrów od ekranu) czy też używanie gestów (aczkolwiek nie myszy, a rąk), podobnie jak np. w filmie “Raport mniejszości”. Choć oczywiście słychać też o sterowaniu poprzez ruch oczu i koncentrowanie wzroku na czymś. Ale ani dotykowość ani gesty nie likwidują klawiatury. Mysz owszem, ale klawiaturę? Ten, kto próbował wpisywać jakikolwiek dłuższy tekst za pomocą rysika wie, jak bardzo jest to niewygodne – być może klawiatura wyświetlana na większym ekranie była by skuteczna, ale to nadal nie jest zlikwidowanie klawiatury, a jedynie jej “uwirtualnienie”. Podobne swoją drogą też do fajnego pomysłu laserowo wyświetlanej klawiatury na dowolnej powierzchni.

Pewnym rozwiązaniem może być rozpoznawanie pisma odręcznego, w końcu jest to metoda komunikacji stosowana z powodzeniem od jakiś paru tysięcy lat. Ale obecnie sprawuje się na podobnym poziomie jak rozpoznawanie mowy (a a propos rozpoznawania mowy – jeszcze wyobrażam sobie pisanie listu czy innego dokumentu w ten sposób, ale programowanie, jak pokazuje pewien filmik krążący po Internecie to całkowita porażka – choć i tak IMO najlepsze to jest to wykonywania normalnych rzeczy jak – “zamnij okno”, “przełącz pulpit” i tym podobne), co nie jest niestety szczytem umiejętności – korzystając ostatnio z pewnego palmtopa musiałem się dowiedzieć, że “a” należy pisać inaczej niż ja piszę, bo system nie rozumie. Choć pewnie dało by się go nauczyć.

A teraz weźmy pod uwagę inną sytuację. Jest sobie przyszłość, mamy ze sobą komputery osobiste w pełni, z jakimiś wyświetlaczami pokazującymi bezpośrednio informacje na siatkówce oka, mamy stałe połączenie z Internetem przez jakiś WiMax. Ale jak mamy naszemu osobistemu komputerowi nakazać zrobienie czegoś? Obecne eksperymenty wykorzystują klawiaturę, często akordową, by była jak najmniejsza. Ja wyobrażam sobie też rozpoznawanie mowy – jednak ludzie chodzący ulicą i mówiący do siebie to trochę dziwna wizja.

Zostaje rzecz najdziwniejsza – myśli. Sterowanie poprzez myślenie, w paru eksperymentach, dało całkiem sensowne rezultaty, choć póki co to tylko w dziedzinie “porusz w lewo/prawo”. Wydaje się naprawdę ciekawe, ale na razie niestety – wymaga niezłej koncentracji, bo bez niej nie jesteśmy w stanie odczytać aktywności mózgu. A szkoda.

Patrząc na moje zużyte już nieźle klawiatury i myszy jestem ciekawy jak będzie to wyglądało w przyszłości. Czy będę siedział i dyktował ten tekst, a może tylko o nim myślał?

| Komentarze (5)

Wolność? A wolność wyboru?

Ostrzegam, ze moje opinie mogą być kontrowersyjne. Bo temat jest śliski – tematem jest wolne oprogramowanie. Nie mogę stwierdzić, że jest to zła idea, bo nie jest. Sam używam na co dzień aplikacji wolnych lub otwartych – pakietu GNU, przeglądarki Firefox, komunikatora Psi i paru innych. Sam tworzyłem otwarte projekty, przy pewnych też współpracowałem, co bez ich otwarcia nie było by możliwe. A otwartość jest pochodną projektu GNU, projektu wolnego oprogramowania.

Jednak tyle słyszę o wolności. O wolnym oprogramowaniu, o wolnych standardach, o braku patentów, o wolnej dokumentacji. O wolnym piwie i o wolnej Coli. A nie widzę wiecie czego? Nie widzę wolności wyboru. Są na tym świecie fanatycy, nie bójmy się użyć tego słowa, dla których największym złem jest firma Microsoft, a cały świat powinien używać pewnego innego systemu operacyjnego. Słyszę, że:

cały świat ma przejść na OpenSource, żadne rozwiązania komercyjne. to tak ma być.

Że nie trzeba się już bać panów z policji (co akurat nie jest implikacją powyższego, jako że obecnie bardziej poszukiwani są ci piraci od muzyki czy filmów – a używając nawet wolnego oprogramowania można przecież ściągać nielegalnie muzykę i ją sprzedawać – nikt nie broni). Słyszę, że “M$” i “win$hit” to zło, że zgłoszony przez wspomniany koncern format dokumentu OpenXML powinien być natychmiast odrzucony (nawiasem mówiąc nie został odrzucony, a jest dalej standaryzowany w tempie przyspieszonym - czym ISO zaskoczyło). Więc się zapytam – a gdzie u licha wolność wyboru? Dlaczego narzucać używanie określonego systemu (inna sprawa, że w nim nie jest narzucone określone środowisko graficzne na przykład)? Są tacy, co się posuwają do blokowania stron przed najpopularniejszą przeglądarką na rzecz Firefoksa, ale to jest już przesada. I zaprzeczenie wolności całkowite.
Powiecie, że nadal mam wolność wyboru, a wszyscy co narzekają na nie-wolne oprogramowanie tylko pomagają nam podjąć “właściwą” decyzję (swoją drogą dlaczego ta jedna decyzja jest właściwa?). Szkoda tylko, że wybierając inną drogą niż “jedyna słuszna wolna” staję się osaczony przez fanatyczne, przepełnione nienawiścią, ataki.

I jeszcze odnośnie wolności – jeżeli fragment programu, który wykorzystuję, jest na licencji GNU GPL, to mój program też musi być na tej licencji. Wolność wyboru dysponowania moimi fragmentami kodu zostaje mi zabrana, czyż nie?

Nie jestem przeciwko wolnemu oprogramowaniu, nie jestem przeciwko Linuksowi, nie jestem przeciwko zwolennikom wolności. I nie jestem też zwolennikiem DRM czy TC (choć to akurat może mieć zalety – nie wierzycie?). Nie pracuję dla Microsoftu, MPAA ani RIAA ;-) Ale denerwuje mnie, że mam wolność, ale jak wybiorę nieprawomyślną drogę, to jestem atakowany. Poszanowanie wolności wyboru bez agresji, niemożliwe to jest?

Przepraszam jeśli kogoś uraziłem.

A sam wierzę w świat, gdzie oprogramowanie wolne i nie-wolne będą współistniały bez ataków, bez konfrontacji, wymieniając się (dzięki otwartym formatom) danymi i współpracując.

Parafrazując mojego imiennika, Martina Luthera Kinga:

Miałem sen, że pewnego dnia ludzie przejrzą na oczy i zaczną żyć podług uniwersalnego przesłania: “wszystkie pakiety oprogramowania są równe”.
Miałem sen, że pewnego dnia na czerwonych wyżynach Georgii, synowie dawnych miłośników wolnego oprogramowanie oraz synowie dawnych pracowników zamkniętych koncernów będą mogli usiąść razem przy jednym stole braterstwa.
Miałem sen, że pewnego dnia moje dzieci będą żyły na świecie, w którym oprogramowania nie osądza się po licencji lecz po tym jakie tak naprawdę jest.

Ale jeżeli podejście się nie zmieni (z obydwu stron!) to chyba moja wizja się nie urzeczywistni.

[tags]free software[/tags]

| Komentarze (14)

Łyżka dziegciu dla OO Impress

Nie przepadam specjalnie za OpenOffice, ale nie da się ukryć, że bardzo dobra aplikacja (a raczej zestaw) jest i dobrze, że jest, bo i Microsoft promocje robi (a swoją drogą strona tak chodzi, że muszę przez Google Cache do niej zaglądać), być może bojąc się. Dlaczego nie przepadam? Może jestem indoktrynowany przez Microsoft, może jestem zbyt przyzwyczajony, a może… jest kilka rzeczy, które mi przeszkadzają. Drobnych, ale denerwujących. I okazuje się, że są rzeczy, na które nie zwracam uwagi, aż nagle staną się rzeczywiste.

Ostatnio zmuszony byłem do tworzenia prezentacji na uczelnię i samego prezentowania z wykorzystaniem mojego własnego komputera, za to uczelnianego projektora. Mój system jest tak zorganizowany, że po podłączeniu zewnętrznego monitora “rozciąga” pulpit, nie duplikuje go bynajmniej, co jest bardzo wygodne, a przy prezentacjach jest parę fajnych rzeczy. O których zaraz powiem, tylko mała dygresja. Oprócz mnie przezentowało z mojego komputera na tych samych zajęciach jeszcze kilka osób i żadna nie była przyzwyczajona do dwóch monitorów, stąd małe problemy się pojawiły. Jeśli ktoś ma oprócz was korzystać z waszego systemu, a jest w nim coś niestandardowego – radzę pokazać mu przedtem jak to wygląda, bo u mnie były małe problemy techniczne ;-)

Teraz do rzeczy – pierwszy raz, gdy odpaliłem Microsoft PowerPoint w wersji starej już, bo 2000, na dwóch monitorach (projektor, monitor – żadna różnica), gdy zobaczyłem prezentację na jednym (drugim), a slajdy na pierwszym monitorze i gdy zmieniałem slajdy, a ich podgląd, notatki i inne rzeczy na pierwszym monitorze zmieniały się automatycznie i zgodnie z prezentacją, pomyślałem – super. Bo to jest fajna sprawa, zwłaszcza notatki do slajdów, na które można spojrzeć mówiąc coś, a które się nie pojawiają. I nie trzeba mieć kartki.

A potem poproszono mnie abym zainstalował OpenOffice Impress, bo nie wiadomo jak się PowerPoint zachowa przy plikach po-eksportowych z Impress, co się zgubi i tak dalej. Zainstalowałem. Uruchomiłem. Narzekać na szybkość nadal narzekam, głównie dlatego, że takiego np. Worda to ja często zamykam i otwieram, bo coś zapomniałem, co w przypadku OOo nie jest już tak łatwe (bez QuickLaunch czy jak się ten aplet nazywa) ale jest chyba lepiej, przynajmniej w tej wersji 2.1, której używałem. Jednak nacisnąłem F5 i nie ujrzałem prezentacji na drugim monitorze. PowerPoint zrobił to od razu, sam z siebie, bez konfiguracji, Impress wymagał zmiany ustawień pokazu slajdów, ustawienia “Monitor 1″ jako monitor pokazujący prezentację. I wszystko było by fajnie, gdyby nie jeden szczegół. Używając produktu Microsoftu przy przełączaniu slajdów na pokazie przełączały się na drugim ekranie, więc można było mieć podgląd. Na przykład tych notatek do każdego slajdu. Impress tak nie umie, slajd na monitorze głównym ciągle był ten sam. Owszem, mogłem latać myszką ciągle od jednego monitora do drugiego, przełączając ręcznie, ale było by to trochę męczące i kompletnie beznadziejne na prezentacji właściwej.

A coś mi się o uszy obiło, że ta prezentacja na innym monitorze to i tak nowość w wersji 2.1 właśnie.

W Impress jeszcze jest ten jeden szczegół mnie osobiście denerwujący. Dialog otwarcia plików, o czym pisałem poprzednio, jest starego typu, zupełnie nie pasuje do mojego obecnego systemu. Konieczność cross-platformowości? A to, że domyślnie ma zaznaczone otwieranie plików wszystkich typów nie wiem dlaczego to też tego wynik? Ja *.txt czy *.jpg otwierać nie chcę, ja chcę *.odp czy *.ppt jedynie. Standardowo przynajmniej.

Naprawdę świetny program – zwłaszcza za swoją cenę. Szkoda, że są nadal drobne ułomności, ale w końcu Microsoft Office do obecnego poziomu to rozwija się od ponad 12 lat. OpenOffice przebył tą drogę znacznie szybciej.

| Komentarze (3)