Archive for marzec, 2006
Język polski być trudna
marzec 30, 2006, godzina 18:16 · Komputery, Społeczeństwo »
To, że część przeze mnie oglądanych codziennie postów na forach zawiera błędy ortograficzne, to jest dla mnie już rzecz normalna. Przyzwyczaiłem się do stwierdzeń w rodzaju “wogule”, “komponęt” czy “niedziała”. Na szczęście serwis który odwiedzam takie zachowania na swoim forum piętnuje zamieniając błędne zwroty na czerwone “ort!”. Ale to wyjątek. Na pewnym innym forum, jakie odwiedzam, jest gorzej. Dotychczas czymś, co mnie rozbroiło najbardziej było tylko zdanie “wychodzi mi błond ze brak internetu”. W pierwszej chwili pomyślałem o “blond” [włosach] i się zacząłem zastanawiać, jaki mają związek włosy z Internetem;-)
Jednak język polski, oprócz tego, że jest trudny, a z pewnością można by go nieco uprościć (o - słowo herbata powinno pisać się przez ch gdy chodzi o herbatę z cukrem ;-)), to jednak jest, jak każdy język, ubogi w słownictwo specjalistyczne, które przychodzi z innych języków - w świecie IT głównym źródłem jest angielski. A potem się wyrazy spolszczają… Jako przykład może posłużyć sim-lock, który stał się teraz głównie simlokiem, czy nawet smokiem ;-)
Współczuję tłumaczom programów komputerowych. Tekstów informatycznych też. To jest tak okropna praca. Przetłumaczyć niektórych zwrotów nie ma jak. A gdy jest jak to wychodzą na przykład długie tasiemce. Można też kłócić się, czy dana forma jest prawidłowa - czy powinny być karty, taby czy zakładki na angielskie “tabs” - jak zastanawiali się tłumacze przeglądarek internetowych (swoją drogą jestem ciekawy co wybiorą tłumacze Internet Explorera 7).
Pojawiają nam się słowa, które jednak można by swobodnie zastąpić polskimi (a raczej - już upowszechnionymi), a nie na siłę spolszczać obce. Ot, taka autentykacja. Czy autoryzacja nie jest lepsza? A może po prostu zostało uznane, że nie jest to to samo? A lokacja (na prawie magdeburskim - cytując z ostatniego numeru CHIP-a)?
Jest jeszcze ta kwestia, że nie wiemy jak należy niektóre wyrazy odmieniać. Czy stosować apostrofy, czy nie? Czy zamieniać “x” na “ks” czy nie? Pytań jest wiele. W przypadku “Uniksa” - mamy zwolenników i tej formy, oraz takich jak “Unixa” oraz “Unix’a”. Czy możemy uznać, że jakaś jest prawidłowa? Na to pytanie może nam odpowiedzieć Rada Języka Polskiego, ale to ciało przecież nie zmieni obowiązujących form, używanych przez ludzi. Więc być może z biegiem czasu jakaś forma, jedna, się wyklaruje. Ja sam obstaję za tym, co RJP powiedziała - za zamianą “x” na “ks” w każdym przypadku oprócz mianownika (jeśli “x” jest na końcu obcego wyrazu).
Zastanawia mnie, kto wymyśla niektóre sformuowania - typu “karta inteligentna” jako odpowiednik “smart card”. To akurat jest niezłe. Ale kto wpadł na pomysł potworków w rodzaju “sieciowych metadat”? Czy “wizualno-audialnych”?
Tłumaczenie jest ciężką sprawą - gdy w ramach ćwiczenia na lektoratach zmuszeni byliśmy do tłumaczenia tekstów dotyczących pamięci cache czy innych trudnych pojęć, to szło nam opornie. Głównie chodziło o to, czy możemy użyć sformuowania “cache”, czy musimy pisać o “pamięci podręcznej”? Czy możemy pisać “multimedialny”? Co należy spolszczyć, co zostawić? Jak zmienić szyk zdania, by był “po polskiemu”?
U MiMaSa tydzień temu ten temat został poruszony, gdzie Michał pokazuje jak straszliwie źle przetłumaczone są niektóre polskie tłumaczenia dokumentów zamieszczonych, co istotne, na stronie W3C. A ja sam sobie przypomniałem, gdy używałem starszej wersji 7-Zip, gdzie była opcja “komentaż” w menu.
Polski język jest trudny. Trudno jest nam na niego przetłumaczyć teksty angielskie. Trudny jest sam w sobie (choć i tak nie mamy przynajmniej kilku tysięcy znaczków kanji, a raptem dwadzieścia kilka liter :-)). A jak nam wyrośnie następne pokolenie, które używać go nie umie, a czytać po angielsku też nie chce, tylko się tłumaczonego domaga, to będzie strasznie chyba.
“boshe, kto normalny pisze tesh?”
Permalink |
4 rzeczy
marzec 27, 2006, godzina 18:03 · Prywatne »
Oskar mnie do zabawy zaprosił, to i się skuszę, bo nawet fajna :-)
Cztery prace jakie miałem w życiu
- programista Delphi
- programista PHP
- webdesigner
- pomoc techniczna
Cztery filmy, które mogę oglądać na okrągło
Cztery seriale, które lubię oglądać
Cztery miejsca w których mieszkałem
Sory, tylko jedno ;-)
Cztery miejsca w których byłem podczas urlopu
Więcej nie pamiętam.
Cztery ulubiona dania
- Zupa pomidorowa
- Spaghetii
- Lasagne
- Kopytki (kopytka znaczy ;-))
Cztery strony które odwiedzam codziennie
Cztery miejsca gdzie wolałbym teraz być
- Gdziekolwiek, byle z Tą Jedyną (to nic, że jej jeszcze nie znam ;-))
- Pływać w ciepłym tropikalnym morzu
- Lecieć gdzieś w przestrzeni kosmicznej :-)
- Wylegiwać na się na piasku
Czterech bloggerów, których “pinguję”
Permalink |
Miej władzę nad plikami!
marzec 26, 2006, godzina 19:29 · Komputery »
Twoje dane w Twoim komputerze są organizowane w Twoich plikach. Które to możesz umieszczać w katalogach. Dlaczego więc tego nie stosować? A jak się to zastosuje, to jak należy to wszystko uporządkować?
Uporządkowanie jest niezbędne, by się nie pogubić. Danych w moim, przykładowo, katalogu domowym jest 6,84 GB, w 56 tysiącach plików. I praktycznie dokładnie wiem, co się gdzie znajduje.
Sposobów na organizację danych można mieć wiele. Sam mam w katalogu domowym, E:Marcin, traktowanym przez system jako “Moje dokumenty”, co ułatwia dostęp do niego, kilka podkatalogów - od systemowych “Moje obrazy”, “Moja muzyka” czy “Moje wideo” do moich - !Projekty, Teksty, Backup, Misc, Temp i inne. O właśnie - !Projekty. Dlaczego tak skomplikowana nazwa? Przy sortowaniu po nazwie, explorer.exe, zawsze wyświetla go na początku, co ułatwia dostęp do tego najważniejszego dla mnie folderu. Dalej jego struktura nadal jest przejrzysta - są to nazwy języków programowania, w których dany projekt był zrobiony - QBasic, Delphi, TP7, C# - oraz WWW, zawierające projekty witryn sieciowych. W tych folderach są kolejne podfoldery - zwykle jest to nazwa projektu, a w nim pliki projektu. Szybko można znaleźć to, czego się szuka.
Wspomniałem w zdjęciach. Zdjęcia mam posegregowane według dat - każdy folder zawierający zdjęcia to data oraz krótki opis. Znakomicie ułatwia to znajdywanie potrzebnych fotografii.
A pliki MP3 czy inne OGG? Sam przyjąłem konwencję - folder nadrzędny wykonawca, potem album, potem odpowiednie pliki MP3.
Ale najważniejsze nie jest to, jak wygląda Twoja konwencja porządkowania, a jedynie jej obecność! Jakie są zalety mienia uporządkowanego zbioru plików? Po pierwsze - łatwość znajdywania. Gdybym miał wszystko na Pulpicie, w katalogach ponazywanych “Nowy folder”, “Nowy folder (2)” i tak dalej, to znalezienie czegokolwiek bez potrzeby używania funkcji “szukaj” byłoby trochę skomplikowane. Po drugie - backup. Wiem, wielu ludzi nie robi kopii zapasowych. Ale gdy już się je robi, to łatwo jest wybrać tylko najważniejsze katalogi, jeśli nie wszystko jest w kupie - ja wybieram tylko folder “!Projekty”, “Teksty”, “Backup”, zawierający m.in. kopie profilu Firefoksa i Outlooka, i szybko nagrywam na płytę. Raz, dwa, jest kopia zapasowa (o, swoją drogą - muszę jakiś skrypt wsadowy zrobić, co mi sam będzie backup robił).
Trzeba mieć władzę nad plikami - nie można pozwalać, by program zapisywał pliki gdzie mu się żywnie podoba, należy wskazywać mu nasz wybrany folder! Dziś już coraz częściej programy domyślnie wybierają “Moje dokumenty”, ale nadal te starsze mogą chcieć zachowywać w najdziwniejszych miejscach - łącznie z głównym katalogiem dysku.
To, co tutaj nabazgrałem, pewnie jest przez większość Czytelników stosowane w praktyce. Ale może trafi ktoś, kto się przekona? Niemniej jednak, niektóre rzeczy tu napisane nie dotyczą tylko Windowsa, ale i każdego innego systemu operacyjnego - zwłaszcza to, że należy mieć własny katalog w którym sie trzyma własne rzeczy - czy jest to /home czy C:Documents and SettingsMarcinTest2Moje dokumenty to już inna sprawa.
PS. Gdy pisałem tą notkę to ręka mi się omsknęła na Enter, więc 10przykazań powiadomiło niektórych niepotrzebnie o niedokończonej notce. Przepraszam :-)
PSS. Wiecie, jakie było jedno z pierwszych poleceń wydanych na moim pierwszym komputerze w życiu? Tak. mkdir marcin :-)
Permalink |
Znienawidzony FrontPage wyewoluował
marzec 23, 2006, godzina 20:02 · Beta, Microsoft, Webmastering »
Microsoft FrontPage. Znienawidzony przez wielu orędowników standardów za brak zgodności z tymi standardami. Nielubiany w webmasterskim światku za stosowanie własnych, firmowych, zamkniętych standardów kodu. Tworzący kod śmieciowy, niesemantyczny, pełen styli wewnętrznych. A co najlepsze - prosty w użyciu i ukochany przez rzesze domorosłych webmasterów-amatorów czy ludzi pracujących w biurach i chcących udostępniać swoje dokumenty także w Internecie.
Sam używałem FrontPage przez długi okres czasu i nie wspominam tego czasu źle. Edycja wizualna jest czasami o wiele bardziej wydajna niż edycja kodu, a przy wprawie można i FrontPage poskromić i nakazać mu tworzyć kod zgodny ze standardami. A znacznie ułatwiał mi pisanie stylów CSS dzięki edycji wizualnej raz dwa ustalało się takie wielkości czcionki, kolory i inna atrybuty, jakie było potrzeba. Największe problemy o ile pamiętam miał mój FrontPage w starej już wersji 2000 z obsługą nagłowka XML, którego używałem w moich XHTML-owych stronach. Narzędzia wizualne są też o niebo wygodniejsze od ręcznego wstawiania kodu przy tworzeniu skomplikowanych tabel - bez grzebania się we wszystkich <tr> oraz <td>.
FrontPage jednak ewoluował. W wersji 2003 poprawiono współpracę ze standarami sieciowymi. Aż nagle, co było niespodzianką, w lutym ogłoszono, że w Office 2007 zabraknie nowej wersji FrontPage. Jego następcą stał się SharePoint Designer 2007, produkt oparty o FP2003. A samo przeznaczenie produktu, także się zmieniło, co sugeruje nowa nazwa. Od teraz program ma służyć do tworzenia wewnętrznych, intranetowych portali, opartych o mechanizmy SharePoint.
Jednak o wiele mniej osób zwróciło uwagę na produkt, który został nieśmiało zaanonsowany we wrześniu ubiegłego roku. Microsoft Expression Web Designer, znany także jako “Quartz”, to fragment pakietu Expression, póki co istniejący jedynie w wersji beta. Niestety, nie dostępnej do testów jako CTP (Community Technology Preview), więc wszystko, co mogę powiedzieć o tym programie będzie się opierało na materiałach firmy - prezentacjach i opisach. Nie wiem także, czy ostatecznie Quartz nie stanie się na przykład częścią SharePoint Designer.
Expression Web Designer ma być kolejnym edytorem typu WYSIWYG. Jednak, o zupełnie innym podejściu do kwestii standardów sieciowych, czy projektowania z użyciem CSS w porównaniu do FrontPage. Tak - ten program ma być w pełni oparty na wsparciu dla standardów sieciowych, ma ułatwiać tworzenie stron z użyciem CSS, także z oddzieleniem treści od prezentacji! Na filmikach prezentujących nową aplikację widać sprawdzanie poprawności kodu XHTML czy CSS czy sprawdzanie stosowania się do zaleceń WCAG.
Z tego co zauważyłem, to aplikacja dysponuje dobrym edytorem kodu, z inteligentnym podpowiadaniem składni (w stylu Visual Studio 2005), automatycznym podkreślaniem błędów walidacji w zależności od wybranego DOCTYPE (prawie jak w Wordzie - czerwona falka - również zauważalna w Visual Studio). Oczywiście opcje wizualne nie zostały usunięte - jednak teraz edytor wizualny generuje (a przynajmniej w założeniu ma generować) poprawny kod XHTML. Wizualnie można ustalać atrybuty dla klas czy identyfikatorów CSS, łatwo je przenosić ze znacznika <style> danej strony do oddzielnego dokumentu CSS. Jak to w Microsoftowych produktach nie mogło także zabraknąć wielu gotowych szablonów stron internetowych. Program ma służyć do edycji HTML, XHTML, CSS, dokumentów XML oraz XSLT oraz skryptów ASP/ASP.NET (w tym szablonów Master Pages dla ASP.NET 2.0).
Aplikacja nie jest jeszcze dostępna w wersji CTP, ma być gotowa w tym roku, więc bety powinniśmy spodziewać się niedługo. Jak i inne programy przeznaczone docelowo dla systemu operacyjnego Windows Vista, także Expression Web Designer wymagać będzie doinstalowania bibliotek WinFX (Windows Presentation Foundation) do naszego systemu, by zapewnić “miłe wrażenia” wzrokowe ;-)
Czekam z niecierpliwością. Microsoft Expression Web Designer.
Dodane, 24 marca 2006, godzina 9:52: Po przejrzeniu dodatkowych informacji prasowych na temat Quartz oraz SharePoint Designer powiem, że te dwa produkty są czymś oddzielnym. Na temat tego, co mnie bardziej intresuje, czyli Expression Web Designer wiem nadal niewiele. Cena i dostępność, także wersji beta, nie jest jeszcze znana. Nawet nie wiadomo, czy wersja CTP w ogóle się pojawi, ale biorąc pod uwagę to, że pozostałe produkty z tej serii takie wersje dostały, to może się uda przetestować za darmo ;-)
Za notatką prasową:
Expression Web Designer jest nastawiony na potrzeby profesjonalnych projektantów stron internetowych szukających możliwosci łatwego tworzenia stron w oparciu o standardy sieciowe. Aplikacja dostarcza wyjątkowe wsparcie w integrowaniu XML, CSS, ASP.NET 2.0, XHTML i innych standardowych technologii sieciowych w stronach by sprawić, by były bardziej dynamiczne, interaktywne i dostępne. Zespoły projektantów używających MEWD i programistów używających Microsoft Visual Studio będą mogły współpracować dzięki uzupełniającym się narzędziom.
(…)
Microsoft obecnie dostarcza rodzinę narzędzi do tworzenia stron do róznych potrzeb obecnych użytkowników Microsoft Office FrontPage.
(…)
Część z naszych MVP [Most Valuable Professional - przyp. Ktos] którzy pracowali z MEWD prez ostatnie kilka tygodni mówi, że są zszokowani wsparciem, jakie daje produkt dla standardów sieciowych, jego łatwością użycia oraz możliwości rozbudowy i dostosowywania stron opartych o SharePoint przy jego użyciu. (#, tłumaczenie własne)
Permalink |
Linux narażony na wirusy?
marzec 22, 2006, godzina 17:15 · Komputery »
W serwisie IDG.pl pojawił się wywiad z Jewgienijem Kasperskim, w którym między innymi pojawia się wiele mówiące zdanie:
“Jeżeli podział rynku między Windows i Linux byłby równy, to - moim zdaniem - mielibyśmy 40% wirusów dla Windows, 40% dla Linuksa, a 20% takich, które atakowałyby oba systemy. Windows jest obecnie po prostu nieporównywalnie bardziej popularny niż wszystkie inne systemy”
Teraz warto by się zapytać czy jest to prawda. Systemy Uniksowe mają zupełnie inną politykę bezpieczeństwa niż systemy z rodziny Windows. Na tych pierwszych konto roota jest używane naprawdę w niewielu przypadkach, a jak wiadomo powszechnie, wielu użytkowników Windows “siedzi” na domyślnym koncie z uprawnieniami administratora. Wielu użytkowników Windows nie słyszało o uprawnieniach, o bezpiecznej konfiguracji itp. Także system domyślnie nie zapewnia zbyt wielkiego poziomu bezpieczeństwa, posiadając wiele luk i zostawiając otwartych wiele portów dla uruchomionych wielu usług. Luki znajdowane są takżę częściej w systemach z rodziny Windows. A nie zawsze są łatane wszelkiego rodzaju dziury - stąd “popularność” Blastera i Sassera.
W systemach Uniksowych, gdzie poziom bezpieczeństwa jest zupełnie inny, gdzie domyślnie uprawnienia są ograniczane, gdzie stosuje się zasadę bezpiecznych ustawień domyślnych (notabene także w serwerowych Windows 2003 taka zasada już została przyjęta) i gdzie - przede wszystkim - w dużej większości siedzą świadomi użytkownicy. I chyba ci świadomi użytkownicy to jest największa siła systemów Uniksowych. Oni wiedzą, że załączników wykonywalnych nie należy otwierać jeśli przyszły ot tak e-mailem, wiedzą, że system należy aktualizować (i aplikacje!). No cóż, co tu ukrywać, Linux popularny jest wśród ludzi obeznanych z komputerem - i to przemawia na jego korzyść. Również otwarty kod, a co za tym idzie szybsze wykrywanie błędów.
Gdyby Linux uzyskał 50% udział w rynku (co jest jednak moim zdaniem nieprawdopodobne w przeciągu najbliższych paru lat) to musieliby do niego siąść użytkownicy mniej obeznani z komputerami. A że, jak wiadomo, najsłabszym ogniwem systemu komputerowego jest człowiek, to i wirusy by się pojawiły. Działały by na ludzkiej ciekawości, naiwności czy czym tam jeszcze. A niezależnie od architekrury systemu czy mechanizmów zabezpieczeń.
Ale czy niewielka ilość wirusów Linuksowych jest spowodowana tylko i wyłącznie małą popularnością tego systemu? Czy gdyby był popularniejszy to wirusów byłoby więcej? Użytkowników Maców jest sporo (no, może nie u nas) - a wirusów na MacOS?
Permalink |
Hateemelowe dziwadełka #11
marzec 18, 2006, godzina 20:39 · Dziwadełka »
Dawno tego nie było. Ale znalazłem pewną stronę pewnej firemki, która ma “za sobą duże doświadczenie w dziedzinie webdesignu”, tworzy strony “tableless” i w ogóle jest według ich strony super. No, ale każda pliszka swój ogonek chwali :-)
Dziś, zgodnie z nową formułą, pokażę kilka rzeczy, których nie należy robić.
<!DOCTYPE html PUBLIC "-//W3C//DTD XHTML 1.1//EN"
“http://www.w3.org/TR/xhtml11/DTD/xhtml11.dtd”>
<html xmlns=”http://www.w3.org/1999/xhtml”>
<head>
<meta http-equiv=”Content-Type” content=”text/html; charset=windows-1250” />
(…)
Kodowania Windows-1250 nie należy stosować. O tym wiadomo już od dawna. Jest to wymysł tylko jednej firmy, Microsoftu, nie jest uznanym standardem, użytkownicy innych systemów operacyjnych czy przeglądarek nie muszą zobaczyć tej strony z prawidłowymi ogonkami - bo producent mógł nie zaimplementować obsługi tego kodowania. W dodatku jest to dokument XHTML 1.1 - jest to aplikacja XML, której kodowanie powinno być ze zbioru kodowań ISO (w przypadku naszego regionu i alfabetu należy stosować kodowanie ISO-8829-2, które jest także Polską Normą) bądź kodowaniem Unicode. Do zamiany kodowania znaków Win-1250 na ISO czy UTF można użyć róznych programów - wiele edytorów posiada tą funkcję wbudowaną.
Ach, jeszcze jeden szczegół odnośnie XHTML 1.1 - dokumenty tego standardu powinny być wysyłane jako typ MIME application/xml+xhtml, a nie jako zwykły text/html. Jednak ten prawidłowy typ MIME nie jest poprawnie rozpoznawany przez najpopularniejszą przeglądarkę internetową świata, Internet Explorer, także w wersji 7 beta - należy więc uciekać się do technik w rodzaju Accept-Type sniffing. O tym można poczytać w Internecie, są gotowe skrypty PHP.
Dalej na stronie był ładny, beztabelkowy kod, ale dwa szczegóły. Pierwszym było zastosowanie dużej ilości klas, z których części na pewno dało by się pozbyć. Poza tym były one nazywane nie zawsze rozsądnie (style1, style2, … style10) - co sprawia, że można się pogubić. Ale ja bym chciał powiedzieć o czymś innym, o tym drugim szczególe. O braku semantyki kodu.
<span class="naglowek">Webdesign </span>
Taki kod jest nic nie wart. Nagłowki powinny być nagłówkami, tabele tabelami, akapity akapitami i tak dalej. Jasne, można wszystko włożyć w znaczniki Div oraz Span, tylko co to da? Ważne jest, by kod był semantyczny, by znaczniki odpowiadały typowi zawartości - stąd mamy te wszystkie dziwne rzeczy jak Abbr, Acronym, Q, Cite czy Address. Do nagłowków winny być stosowane znaczniki H1, H2, … H6. Czy 6 poziomów nagłowków to za mało (no dobrze - czasami tak)? Przede wszystkim, gdy nie mamy dostępu do arkusza stylów to strona ta wygląda jako tako - widać gdzie akapit, gdzie lista, gdzie obrazek. Po drugie - tekst znajdujący się w znacznikach nagłówków ma wyższy priorytet dla wyszukiwarek internetowych niż w jakiś spanach czy czymś takim.
Strona tej firmy, mimo iż całkiem przyjemna, nie ustrzegła się błędów. A szkoda, bo dobrze się zapowiadała na pierwszy mój rzut oka.
Permalink |
Niepozorne polecenie start
marzec 16, 2006, godzina 16:03 · Windows »
Mojego bloga odwiedzają głównie użytkownicy systemów z rodziny Windows, Linuksowcy zdarzają się bardzo rzadko, najrzadszymi gośćmi są ludzie od Maca czy innego BeOS-a, ewentualnie systemów z rodziny BSD. Tak więc postanowiłęm co jakiś czas pisać m.in. o firmie Microsoft, o Windowsie, podawać jakieś sztuczki, wskazówki i bronić przed atakami zagorzałych fanatyków pewnego wolnego systemu ;-)
Dziś więc będzie o mało znanym, niepozornym, a czasem bardzo przydatnym poleceniu wiersza poleceń, o poleceniu start. Polecenie to, zgodnie z jego własną pomocą “Uruchamia oddzielne okno w celu wykonania określonego programu lub polecenia.”. Czyli ogólnie służy do wywoływania poleceń, uruchamiania programów i tak dalej. I ma nieco więcej możliwości niż okno “Uruchom” z Menu Start, czy normalne wpisanie nazwy programu w oknie konsoli tekstowej. Można zatem je z powodzeniem stosować we własnych plikach wsadowych.
START ["tytuł"] [/Dścieżka] [/I] [/MIN] [/MAX] [/SEPARATE | /SHARED]
[/LOW | /NORMAL | /HIGH | /REALTIME | /ABOVENORMAL | /BELOWNORMAL]
[/WAIT] [/B] [polecenie/program]
[parametry]
Tak wygląda składnia polecenia start. Pierwszy, opcjonalny, parametr pozwala nam ustawić tytuł otwieranego okna. Kolejny określa katalog początkowy dla uruchamianego procesu. /MIN i /MAX odpowiadają za uruchomienie aplikacji w stanie zminimalizowanymlub zmaksymalizowanym, /SEPARATE lub /SHARED pozwala uruchamiać starsze aplikacje 16-bitowe w oddzielnych obszarach pamięci (lub wspólnych poprzez /SHARED).
Ciekawe są parametry /LOW, /NORMAL, /HIGH, /REALTIME, /ABOVENORMAL i /BELOWNORMAL, które odpowiadają za przydzielenie nowootwieranemu procesowi odpowiedniej klasy priorytetowej - od Low do Realtime. Klasy priotytetowe odpowiadają za kolejność przetwarzania procesów przez system operacyjny. Dzięki temu, możemy ustalić, by na przykład program nagrywający płyty miał większy priorytet niż odtwarzacz MP3, przez co w pierwszej kolejności system zajmie się zgłoszeniami nagrywającego płyty niż jakiegośtam odtwarzacza. Priorytet Realtime jest przyznawany niektórym procesom systemowym, nie jest zalecane stosowanie go przy uruchamianiu innych aplikacji - w przypadku zawieszenia procesu o priorytecie Realtime mozę dojść do krachu całego systemu. Nie wszystkie aplikacje jednak dają się uruchamiać z określonym priorytetem poprzez polecenie start. Wyjątkiem jest np. Winamp, w którym priorytet ustawia się w oknie konfiguracji programu.
Parametr /WAIT czeka z zamknęciem okna na zakończenie programu, natomiast /B nie tworzy nowego okna, co powoduje, że aplikacja nie będzie potrafiła obsłużyć kombinacji klawiszy CTRL+C.
Polecenie start może, tak jak i na przykład okno “Uruchom”, uruchamiać nie tylko programy czy polecenia, ale także automatycznie uruchamiać program przyporządkowany do danego protokołu. Przykładowo, polecenie:
start mailto:nobody@example.com
Uruchomi domyślny program pocztowy (o ile jest skojarzony z protokołem mailto) przy oknie pisania nowej wiadomości na podany adres. Podobnie możemy zastosować polecenie
start http://www.ktos.info
do uruchomienia strony internetowej. Oraz - jeśli na danym komputerze jest odpowiedni program obsługujący ten protokół - wpisanie na przykład:
start gg:12345
czy
start xmpp:nobody@example.com
w pierwsym przypadku otworzy okienko komunikatora (zwykle Gadu-Gadu) z możliwością napisania do danej osoby, a drugie - to samo, ale okienko komunikatora klienta protokołu Jabber/XMPP.
Acha, co do poleceń, jakie uznawane są przez komendę start. Można uruchomić wszelkiego rodzaju pliki wykonywalne oraz dowolne pliki skojarzone z jakimś programem - zostaną one wtedy otworzone w danym programie. Jeżeli nie podane zostanie rozszerzenie pliku przy poleceniu to program cmd.exe używa zmiennej środowiskowej PATHEXT do określenia, których rozszerzeń szukać, i w jakiej kolejności. Domyślnie, zmienna ta ma postać:
.COM;.EXE;.BAT;.CMD
Jeśli mimo to cmd.exe nie znajdzie pasującego pliku, to przeszukiwane są nazwy katalogów. Jeśli zostanie
znaleziony katalog pasujący do nazwy bez rozszerzenia, komenda uruchamia okno Eksploratora dla tej ścieżki.
Permalink |
Przyjacielskie podszepty
marzec 14, 2006, godzina 19:05 · Społeczeństwo, Za firewallem »
Wczoraj w portalu Gazeta.pl można było przeczytać artykuł na temat “przyjaciół” pracujących dla róznych firm i zamujących się ogólnie rzecz biorąc reklamą. Można się zgodzić z byte, że agencje reklamowe nam robią wodę z mózgu. I jeszcze raz się okazuje, że ja w wiosce mieszkam (bo prowincja to tam Gdańsk czy inny Szczecin) :-)
Ale jeśli tak się weźmie pod lupę przyjacielskie podszepty i pocztę pantoflową, to czy nie jest to najpopularniejszy środek marketingowy? Przykłady akcji marketingu wirusowego znakomicie to nam udowadniają. Sieci społeczne, których członkiem jest prawie każdy z nas, nasze więzy, nasze kontakty - to wszystko może stać się po prostu towarem! Nie zdziwiłbym się, gdybym usłyszał, że oto osoba, która na Grono.net ma dużo znajomych, dostała propozycję pracy w agencji reklamowej. Nie zdziwiłbym się, gdyby autor poczytnego polskiego bloga otrzymał podobną propozycję opisania jakiegoś produktu (bez wyliczania wad oczywiście). W Polsce może i to nie jest jeszcze widoczne, ale pewnie przyjdzie.
Czy więc miarą człowieka będzie ilość jego kontaktów? Od zawsze znajomości pomagały w życiu, czy to w znajdowaniu pracy, czy w poszukiwaniu innych ludzi, którzy mogli by mu pomóc. A odkąd powstały serwisy typu Social Networking - Orkut, Grono, Spinacz, LinkedIn - tym bardziej widać rolę znajomości - teraz także tych “zdalnych” w naszym życiu. A każdy z naszych znajomych może nam coś polecać - czy to produkt, czy markę, czy stronę internetową… Przyjacielskie podszepty teraz pojawiają się coraz częściej. A jeśli zjawisko opisane we wspomnianym artykule się upowszechni, to skąd będziemy wiedzieć, czy osoba polecająca nam powiedzmy nowy serwis internetowy, nie jest przez niego podkupiona? A czy ludzie wytykający wady danego… telefonu powiedzmy nie są opłacani przez konkurencję producenta danego aparatu?
Jeśli dojdzie do nadużywania mechanizmów “poczty pantoflowej” to może to za sobą przynieść spadek zaufania do naszych przyjaciół - co jeszcze bardziej nas wystawi na ataki agencji marketingowych - bo już nie będziemy mogli nawet zaufać przyjaciołom i ich ocenie.
Do czego ten świat zmierza? Do przeprogramowania naszych mózgów przy pomocy naszych przyjaciół?
Permalink |
Świat według Google
marzec 11, 2006, godzina 15:59 · Internet, Komputery »
Jakiś czas temu modna była idea NetPC, sieciowego komputera, głupiego terminala korzystającego z programów i danych gdzieś na zdalnym serwerze, a odbierającego tylko obraz. Wpierw wróżono im świetlaną przyszłość, potem poszły w zapomnienie, jak wiele innych idei w światku IT. Teraz jednak znów coś podobnego rodzi się na naszych oczach. Podobnego, ale także bardzo innego. A za wszystkim stoi tym razem Google.
Zaczynali od wyszukiwarki. Potem pojawiły się kolejne usługi. Wraz z Google Mail wiele osób (między innymi i ja) porzuciło swoje Outlooki czy inne grzmiące ptaki na rzecz AJAX-owego interfejsu poprzez przeglądarkę WWW. GMail, oprócz wielkiej pojemności, dobrego interfejsu (choć oczywiście niektórzy na niego narzekają) oferuje nam dostępność do naszych e-maili z każdego miejsca na świecie, o ile dysponujemy połączeniem internetowym. “GMail in your Domain” pozwala dodatkowo na “podpisywanie” się własną domeną i korzystanie z tego webinterfejsu. Podobnie bardzo wygodny Google Reader może zastąpić nam lokalny czytnik RSS. Google Talk jest komunikatorem, klientem Jabbera. Wszyscy się zastanawiali, czym Google ma nas zaskoczyć teraz.
I gdy najpierw zobaczyliśmy Google Pages, potem świat obiegła informacja o zakupie przez Google Writely a w końcu ujrzeliśmy obrazki Google Calendar, wszystko “zaczęło być jasne”. Tak przynajmniej niektórzy stwierdzili. Google ma według nich dążyć do stworzenia sieciowego pakietu biurowego. Jako konkurencji oczywiście dla Microsoft Office.
Idea wykupywania dostępu do aplikacji, które są gdzieś na serwerach producenta, nie jest młoda. Ale mechanizmy AJAX, które pozwalają na budowanie ładnie wyglądających i użytecznych aplikacji sieciowych dostępnych przez przeglądarkę WWW mogą nam przybliżyć tą wizję, którą kiedyś opisałem, twierdząc, że coraz bardziej oddalamy się od “Mojego komputera”. Tak. Coraz bardziej pozostawiamy nasze dane na serwerach Google - a gdy przeczytałem informację o Google Drive, od razu przypomniała mi się wizja z którejś książki Toma Clancy’ego z serii “Net Force”, gdzie płaciło się za składowanie danych na serwerach dostawcy Internetu. Nasz komputer i nasze dane stają się powoli czymś oddzielnym. E-maile mamy w GMail, pliki na GDrive, kalendarz w GCalendar, piszemy w GWritely…
Czy ta wizja jest koszmarna? Czy nasze komputery stają się powoli tylko i wyłącznie terminalami dostępowymi do serwerów potężnego usługodawcy, jakim jest Google?
Niebezpieczeństwo jest takie, że możemy zacząć bardzo obawiać się o prywatność naszych danych. Dotychczas, gdy mieliśy je fizycznie na dysku twardym, szansa, że złośliwy hacker zechce je przechwycić (i uda mu się to) nie była duża. Teraz, gdy wiele róznych plików będzie na serwerach firmy zza oceanu, musimy mieć się na baczności, sprawdzać, czy nie jest to próba inwigilacji, musimy ufać, że zabezpieczenia serwerów stoją na wysokim poziomie… A zaufanie do Google spada, po ostatnich aferach związanych z Google China, dziurze w GMail wykrytej przez nastolatka… Pojawia się pytanie - czy rodzi się kolejny monopol, a my przyglądamy się temu? Moloch, któremu oglądanie danych użytkowników nie będzie sprawiało problemu?
Wielu zarzuca Microsoftowi szpiegowanie użytkowników systemów Windows XP czy 2003, które wysyłają raporty do producenta, które mają mechanizmy aktywacji, same ściągają poprawki… A tutaj się okazuje, że kolejna firma może mieć chrapkę na nasze dane. Wizja iście przerażająca.
Nie mówię, żeby od razu zrezygnować z GMaila, rzucić spersonalizowaną stronę Google i zainstalować RSSBandit czy Liferea rezygnując z Google Reader. Nie mówię, by iść z fanatycznymi minami na Google Drive, czy cokolwiek ta firma wymyśli i chcieć od razu spalić na stosie serwery na których się będzie to opierało. Nie. Mówię tylko, że nasze dane i nasze komputery teraz to coś rozdzielnego. A musimy uważać, by ta rozdzielność nie wyszła nam zgodnie z powiedzeniem “zamienił stryjek…”.
Musimy być czujni.
Update:
RAFi zwrócił uwagę, że i on kiedyś pisał o swoich obawach na temat nowych usług Google, zwłaszcza w sprawie prywatności naszych danych. Dyskusja warta przeczytania.
Permalink |
Jestem oderwany od rzeczywistości
marzec 8, 2006, godzina 18:30 · Internet, Prywatne »
Samorząd mojego pięknego miasta zorganizował konkurs na stronę internetową Urzędu Miasta. Nagrodą jest 5000 złotych. Podobnoż w “Gazecie Wyborczej” było napisane, że konkurs jest adresowany do zdolnych studentów, więc bardzo się zastanawiam nad wzięciem udziału w nim. Ale oprócz tego, ze w wymaganiach jest podanych kilka ciekawych punktów (”Wygenerowany kod musi być zgodny ze standardami organizacji W3C (XHTML 1.0 Strict).”, “Szablon musi działać w popularnych przeglądarkach Mozilla Firefox, Internet Explorer oraz Netscape (wersja 6 i wyższe), Opera, Konqueror.”) to niestety niektóre elementy wymagań konkursowych wzbudziły moje zdziwienie (jeśli mogę to tak łagodnie ująć - raczej to było coś w rodzaju wzburzenia).
Chodzi mianowicie o to, że projekty tychże stron internetowych muszą być do 7 kwietnia 2006 roku dostarczone pocztą na adres odpowiedni, wypalone na płytach CD. A jeszcze zanim to zobaczyłem chciałem pochwalić organizatorów konkursu za wymóg XHTML-a. Dlaczego poczta, a nie e-mail? Czy jest na to jakiekolwiek logiczne wyjaśnienie? W końcu jest to konkurs związany z Internetem, więc niby e-mail powinien być normalnym środkiem komunikacji i przesyłania prac, prawda? No cóz, wymóg to wymóg, co najwyżej poświęcę kilka złotych na płytę, kopertę i znaczek.
Drugą sprawą jest jednak punkt “Projekt, który zwycięży musi zostać dostarczony w pliku graficznym z warstwami (format PhotoShop).”. I tu jest problem. A nawet kilka problemów. Po pierwsze - nie posiadam Photoshopa. Czy GIMP potrafi w formacie PSD zapisywać? Mam nadzieję że tak. Photoshop może i jest standardem “przemysłowym”, ale jeśli konkurs jest adresowany do studentów to niewielu stać na program za 2000 PLN. Ale jednak drugi problem jest o wiele większy. Ja stron w Photoshopie nie tworzę. Żadnych projektów na żadnych warstwach! W programie graficznym (nie na warstwach, ale na obiektach akurat, bo to Corel Photo-Paint ;-)) tworzy się przecież tylko elementy graficzne, które potem się umieszcza w odpowiednich regułach CSS, by tworzyły wygląd witryny.
No cóz, większość ludzi rzeczywiście projektuje strony w Photoshopie. Rzekłbym, że jest to w miarę normalne. Tylko nie wszędzie. Po co taki wymóg, skoro niektórzy tak nie robią? A może wszyscy robią, a ja tylko tutaj głupoty gadam i za chwilę zostanę objechany przez bardziej doświadczonych w tej branży?
Ale co do tego wysyłania pocztą to się nie mogę nadziwić. Choć pewnie to jest normalne, a ja żyję w oderwaniu od rzeczywistego świata pracy webmasterów i będzie mnie czekało brutalne przebudzenie. Czy tak jest? Czy zgodnie z tematem jestem oderwany z moimi wyobrażeniami od rzeczywistości i już po mnie i powinienem zająć się sprzedażą orzeszków, bo z webmasterki z takim podejściem nie wyżyję? :-)
PS. No to czas aparat zabrać i zdjęcia Lublina do wykorzystania na stronie zrobić ;-)
Permalink |
« Poprzednia strona