Archive for wrzesień, 2005
Gdy siądziesz do kompilatora…
wrzesień 30, 2005, godzina 11:26 · Z Joggera »
Chcesz zostać programistą. Takie powziąłeś postanowienie. Dlaczego? A bo chcesz sie wyróżniać, chcesz być dobry, chcesz poznać komputery od środka, chcesz by komputer robił to co ty chcesz. Bo liczyć na poważanie u płci pięknej nie masz szans. Jak to kiedyś powiedział Patrys: “Laski uciekają na widok geeków. Jeśli ktoś liczy na to, że poderwie pannę na opowieści o .htaccess czy sztuczki w Ruby on Rails, to jest w błędzie raczej ;]”. Więc uznajmy, że masz inne powody.
Więc postanowione. Chcesz zająć się programowaniem. Pierwszy krok - należy wybrać język. Tak więc pytasz znajomych, ewentualnie pytasz na jakimś forum. I rozpętujsz kolejną wojnę typu “C vs Pascal - od czego zacząć?”. I w końcu dostajesz tą odpowiedź. Sam sobie wybierz to co ci najbardziej odpowiada. Nieważne czy to jest C, Pascal, Java, Python, Visual Basic czy cokolwiek innego co wymyślono. Bo programowanie to nie jest jeden język. W ogóle programowanie ma niewiele wspólnego z językiem programowania. To jest sposób myślenia. Myślenia algorytmicznego, logicznego. Plus potrzebny jest upór, wytrwałość i pewnie jakaś mała doza talentu.
Ściągnałęś tak więc kompilator i jakieś kursy z Internetu i rozpoczynasz swoją zabawę. zaczynasz od nieśmiertelnego programu “Hello world!”. Pokazanie tekstu na ekranie. Wpisujesz mozolnie kod z kursu, ksiazki czy czego tam, naciskasz magiczną kombinację klawiszy odpowiadającą za uruchomienie, wstrzymujesz oddech… i jest. Twój pierwszy program. Ale może nie? Może wystąpił jakiś błąd? Co się stało? Kompilator pokazuje błąd: “; expected on line 1″. Chwila zastanowienia - znasz angielski - tak. Więc co to może być? Ach tak, zgubiony średnik w pierwszej linii kodu. Mała poprawka, rekompilacja i jest. Działa.
Co dalej? Trzeba by napisać jakiś ciekawy program. Może kalkulator? I tak uczysz się, tworzysz coraz bardziej złożone programy, posiłkując się kursami, pytając na forach (cczywiście przedtem należy szukać!). I rozwijasz się. Po jakimś czasie dochodzisz do wniosku - coś trzeba napisać, co można by pokazać światu. Tak aby zobaczyli, że oto pojawił sie kolejny, który coś umie.
I myślisz. Co by tu zrobić? To często jest okropne. Gdy wysilasz się, chcesz coś zrobić, ale nie masz co. Kolejny notatnik, komunikator, program do wysyłania poczty, wirus? Nie masz pomysłu? Rozejrzyj się. Brakuje ci czegoś w codzinnej pracy? Napisz narzędzie, które ułatwi Ci życie. Cokolwiek. A może komuś też to pomoże? Tak więc udostępniasz kod gdzieś w Internecie i otwrzymujesz pierwsze komentarze od innych niż ty użytkowników twojego programu.
Dowiadujesz się, że program nie działa na Windows innych niż XP + SP1, że program wywołuje błędy…. Wściekasz się. I co teraz? No właśnie, teraz należy pracować, aby błędów nie było. Co z tego, że program X też ma błędy? Co z tego, że Windows ma błędy? Błędów być nie może. Znaczy są na pewno, w każdym programie, ale ty spróbuj wszystkie wykryte usuwać. Masz problem - szukaj, pytaj… Ale najpierw sam sobie spróbuj poradzić. Bądź uparty, siedem razy sprawdź dlaczego Twój kod może nie działać, zanim zapytasz na jakimś forum.
Nie szukaj zawsze najłatwiejszych gotowych rozwiązać. Nie pytaj czy jest komponent, który robi to czy tamto. Bo to nie musi być komponent, to może byc klasa, procedura, funkcja czy cokolwiek innego. Szukaj w pomocy, w Google, w wyszukiwarkach na róznych forach. Nie pytaj jak zrobić taki program, pytaj o konkretne rzeczy.
Co dalej? Rozwijaj się. Czytaj, ucz się. Pisz nowe rzeczy, udoskonalaj stare. Pomagaj ludziom. Możesz pomóc w jakiś projektach Open Source, bądź założyć własne. Stań się częścią społeczności. I ucz się, ucz, rozwijaj. Nie poprzestań na jednej specjalizacji, języku. Powinieneś poznać co najmniej kilka - choćby pobieżnie. Nie udawaj mądrzejszego niż jesteś, naucz się pokory. To jest trudne. Ja wiem. Sam tego nie umiem.
“Bądź wierny. Idź.”
Nie popełnij błędów, jakie wielu popełniło. Zaczynając ode mnie, przez wiele tysięcy ludzi pragnących zgłebić programowanie.
Permalink |
Pewna firma, systemy i święte wojny
wrzesień 26, 2005, godzina 11:19 · Z Joggera »
Jest w świecie IT pewna firma, mająca swoją siedzibę w Redmond w stanie Waszyngton, w USA. Ulica Microsoft Way 1. Ktoś jeszcze nie wie o jaki koncern chodzi?
Owa firma jest faktycznym monopolistą na rynku systemów operacyjnych dla komputerów domowych. 90% komputerów domowych “chodzi” pod jakąś z odmian systemów rodziny Windows. Z tego powodu, Komisja Europejska i inne instytucje antymonopolowe naciskają na Microsoft, aby zmienił swoją politykę. Ta jest bardzo agresywna, często dopuszcza niewłaściwe praktyki. Właśnie takie jak dołączanie do ssytemu jakiś programów za darmo aby zapewnić im większy udziałw rynku, tworzenie zamkniętych standardów, utrudnianie współpracy z innymi firmami i tak dalej.
Konkurencją dla Microsoft staje sie dzisiaj ruch Open Source. A jego “flagowym okrętem” jest system operacyjny GNU/Linux. Linux, gdy tylko powstały łatwe dla przeciętnego użytkownika dystrybucje, pozwalajace na bezproblemową instalację i konfigurację, przyciąga do siebie już nie tylko geeków, czy inne osoby bardziej “techniczne”. Nie, coraz więcej zwykłych ludzi chce zobaczyć jak naprawdę sprawuje sie ten darmowy system. To, ze jest on darmowy (ewentualnie bardzo tani), to główna jego zaleta. Oczywiście nie jedyna. Ale “święte wojny” między zwolennikami Linuksa i Windowsa wybuchają na róznych forach internetowych z częstotliwością co najmniej jednej miesięcznie. Nawet, jeżeli już wszyscy wiedzą, że ta jałowa dyskusja nie prowadzi do niczego.
Pojawiają się też głosy, które mówią, że żaden z wymienionych systemów nie jest dobry, a najlepszy jest jakiś inny. Czy to FreeBSD, czy MacOS czy cokolwiek innego z nieprzebranej ilości systemów i ich dystrybucji.
Ale, pójdźmy dalej tropem firmy z Redmond. Przez zwolenników Linuksa jest ona często określana różnorodnie bardzo - M$, Mikrosyf, Mikroświń, a ich produkt to Winda, Winshit i tym podobne. Skąd bierze się ta nienawiść do firmy MS i jej produktów? Jest to na pewno spowodowane niechęcią firmy MS wobec Linuksa i środowisk Open Source, prowadzenie negatywnej kampanii przeciwko otwartym programom, monopolistycznymi praktykami… Ale nie tylko. Otóż, zauważam, że wyrażanie swojej niechęci do Microsoftu jest uważane jako przejaw “dobrego smaku”. Nienawiść do MS staje się czynnikiem podwyższającym ego danej osoby, pozwala ono podwyższyć się danej osobie w grupie.
Nienawiść jest często zjawiskiem bardzo powierzchownym. Zwłaszcza zadziwia mnie, gdy osoby używające systemu Windows i nie mające żadnego związku z Linuksem mówią pogardliwie, że ich “Winda znowu sie powiesiła, ja temu Gejtsowi dokopię”. SKoro się system nie podoba, to co za problem go zmienić? No tak, wtedy wychodzi często pojawiający się argument “pod Linuksem gry nie chodzą”, ewentualnie “ja bym zmienił, ale siostra/brat/rodzice używają Windows”. Gry.. nowe tytuły coraz częsciej pojawiają się też w wersji na Linuksa, istnieje mechanizm Cedega pozwalający na teoretycznie na granie gry Windowsowe pod Linuksem… A co do drugiego argumentu - można mieć dwa systemy operacyjne. Kto broni? Zawsze mnie śmieszy gdy osoby “nienawidzące M$” używają tylko i wyłącznie Windows.
Używanie Linuksa pochodzi ostatnio pod przejaw czegoś w stylu “zaawansowania”. Osoby pracujace pod Linuksem są postrzegane jako “hakerzy”, osoby doświadczone komputerowo. I z tego się rodzi też takie myślenie, że Linux jest trudny. Nic bardziej mylnego, najnowsze systemy mogą byc naprawdę proste, nawet dla laika w dziedzinie komputerów. Jest tylko jedno - Linux wymaga myślenia. Nie wszystko się da załatwić reinstalacją, klikaniem “Next” itp. Trzeba czasami poszukać na forach internetowych jakiegoś rozwiązania, czy wpisać jakieś polecenia w konsoli. Czy to jest straszne?
Ale wracając do Microsoftu. Zadam tylko pytanie szanownym czytelnikom. Czy uważacie, że firma Microsoft zrobiła coś dobrego w ciągu 30 lat swojego istnienia? Czy może tylko i wyłącznie same złe rzeczy? Wypuściła same beznadziejne produkty?
Permalink |
Coraz bardziej się oddalamy od “mojego komputera”?
wrzesień 24, 2005, godzina 14:19 · Z Joggera »
Sam przerzuciłem się z śledzenia Joggów via Jabbera i RSS na rzecz Bloglines (choć to też RSS), za dużo zakładek zaczęło mnie denerwować, więc też założyłem moje del.icio.us… Używam też teraz głównie GMaila… I powiem tyle, że częściowo martwi mnie wizja przyszłości jaka nadchodzi.
Pisało się o tym już kilka lat temu, w artykułach fachowych, ale taka wizja pojawiała się także w książkach (”Wielki Wyścig”, z serii “Zwiadowcy” Toma Clancy’ego mi się przypomina). Otóż coraz bardziej rezygnujemy z używania naszych, lokalnych komputerów na rzecz usług gdzieś na odległych serwerach.
Zaleta tego podejścia, uniezależnienie dostępu do naszych danych od jednego komputera jest niezaprzeczalna. To jest świetne rozwiązanie, z dowolnego miejsca na świecie, przy użyciu róznych środków dostepu (telefonów komórkowych, PDA, komputerów PC, komputerów przenośnych) możemy mieć dostęp do naszych danych. Czy są to e-maile, Ulubione strony czy cokolwiek innego.
Wizja przyszłości, w której posiadamy tylko i wyłącznie “głupie terminale”, które łączą się z jakimiś serwerami, gdzie mamy wykupione miejsce do przechowywania naszych danych, korzystamyz aplikacji zainstalowanych na serwerze, to wizja straszna. Czyżby nadchodził kres komputera osobistego? Nigdy już nie będziemy mogli powiedzieć, że wiemy co się dzieje z naszymi danymi. Teraz komputer na jakim to piszę jest prawdziwie “mój”. Mój komputer, na dysku moje dane, wiem gdzie one są fizycznie, sam dbam o ich bezpieczeństwo. A co będzie w przyszłości?
Przechowywanie danych nie na komputerze pracownika firmy, a na na przykład firmowym serwerze daje możliwości takie jak praca grupowa, systemy kontroli wersji dokumentów, łatwiejsza archiwizacja i zabezpieczanie danych. A dla użytkowników domowych? Możliwość dostępu do danych z dowolnego miejsca na świecie - z kawiarenku internetowej, z innego miasta, z innego kraju… Już nie trzeba by było przenosić fizycznie komputera do nowego, tymczasowego miejsca zamieszkania. Wystarczyło by uruchomic stojący tam terminal. A jak się zapłaci firmie za backup i ochronę antywirusową - też będzie dobrze, samemu się nie będziemy musieli martwić.
Interfejs aplikacji sieciowych jest coraz lepszy. GMail i jego system webmail uchodzi za wzór doskonałego systemu obsługi poczty przez WWW. Dzięki technologiom AJAX, nowym, lepszym stronom, bardziej dostępnym mamy coraz wygodniejsze narzędzia do obsługi naszych danych. Darmowe skrzynki e-mail zachęcają użytkowników do ich usług oferując na przykład także terminarze dostępne przez WWW, coś w stylu PIM, rozbudowane książki adresowe… Są też procesy intergracji danych użytkownika i danych w całej Sieci, choćby Google Desktop Search. Wiele osób nie używa już własnych agregatorów RSS, a raczej zbiera dane poprzez spersonalizowane strony startowe, takie jak oferuje Google, pochodny od MSN start.com, czy polski startowy.com. Aplikacje typu Wiki ułatwiają wspólną pracę nad dokumentami… Nasze dane i nasze komputery powoli stają się rzeczami niezwiązanymi.
Burzliwy rozwój odnoszą też media strumieniowe, zamiast polegania na własnej bibliotece mediów na lokalnym komputerze.
Czy za kilka lat, gdy usiądę przy moim pececie z Windows 2010 SP4 na pokładzie (czy choćby Ubuntu 9.34, Fedore Core 10 czy Slackware 20.0) to nadal będę odczytywał dane i aplikacje z mojego twardego dysku? A może już będę pracował na czymś zewnętrznym? Zamiast kupować pakiet Microsoft Office 2010 zapłacę mojemu dostawcy Internetu za możliwość napisania określonej liczby dokumentów w Wordzie 15.0 i spokojnie będę pracował poprzez przeglądarkę internetową… Wyniki zapiszę na moim prywatnym koncie i korzystając z webmaila wyślę stworzone dokumenty do kolegi… Czy będę jeszce mógł powiedzieć że mam dane na moim komputerze?
Ale jak będzie jak zwykle pokaże przyszłość.
Permalink |
Uniwersalne lekarstwo zwane format
wrzesień 22, 2005, godzina 10:23 · Z Joggera »
O tym uniwersalnym lekarstwie pisałem już kiedyś na forum 4programmers.net (prawie dwa lata temu), ale tak mi się to teraz skojarzyło i postanowiłem napisać raz jeszcze. Bo jak się też czyta takie dyskusje jak “co ile robicie format c:?” to się człowiek może załamać.
Używam Windows XP od 3 grudnia 2003 roku. Od tego czasu nie było żadnego formatowania i reinstalacji Windows na tym komputerze. Na drugim domowym - od czasu zainstalowania ME też żadnej reinstalacji czy formatowania.
Formatowanie/reinstalacja ssytemu Windows jest niestety strasznie zakorzenionym zjawiskiem. Sam stosuję tylko w konieczności, gdy na przykład system nie startuje w ogóle, nawet w trybie awaryjnym, naprawa plików ssytemowych czy Przywracanie Systemu nic nie dają. A i tak staram sie zachować istniejące ustawienia (zwykle poprzez proste skopiowanie Documents and Settings).
Ale sięgnijmy do przyczyn. Co jest najczęstszym powodem reinstalacji systemu Windows? Zauważalne zwolnienie działania. W Windowsach występuje niestety, od samego początku, do aktualnej wersji XP SP2. Dopiero następna wersja Vista ma się temu nie poddawać. W jaki sposób - MS nie napisał. Ale tak naprawdę, co jest przyczyną zwolnienia działania? Śmieci w postaci DLL z instalowanych i odinstalowanych programów, nagromadzenie plików tymczasowych, wirusy, fragmentacja dysku systemowego. Co z tym zrobić? Najlepsza jest profilaktyka antywirusowa, czyszczenie systemu, defragmentacja dysku i w miarę możliwości nie bawienie się ciągle jakimś nowymi programikami które sie co chwilę instaluje i deinstaluje.
Ważne jest także, aby danych użytkownika nie trzymać na partycji systemowej. Moje Dokumenty można bezproblemowo przenieść na inną partycję - to jest znakomite rozwiązanie. Documents and Settings się nie “brudzi”, tam jedynie będą ustawienia użytkownika zachowywane przez programy (oczywiśćie te lepsze, przystosowane do Win NT). A dane spokojnie będą leżały gdzieś indziej. To zapewni łatwiejszą archiwizację, łatwiejszy dostęp, lepsze przeszukiwanie. Dobrze, dane mamy już oddzielnie od systemu. Co jeszcze wypadało by zrobić? Regularne refragmentacje dysku będą szybsze niż te wykonywane raz na jakiś długi okres czasu. Niestety, Windows nie obsługuje systemów plików, w których fragmentacja jest niezauważalna, stąd o tą rzecz należy dbać. Szkoda, ale trudno.
Profilaktyka antywirusowa. Już chyba każdy wie, że firewall, antywirus, antyspyware to powinno być podstawowe wyposażenie systemu Windows. Do tego dochodzi zdrowy rozsądek, stałe łatanie systemu (Windows Update znakomicie sie do tego nadaje), praca na koncie Użytkownik/Użytkownik zaawansowany, a nie Administrator… Regularne sprawdzanie antywirusem, najlepiej monitorowanie. Plus regularna archiwizacja danych użytkownika - to juz nie ma znaczenia czy to Windows czy Linux czy cokolwiek innego. Tak na wszelki wypadek.
Po świeżej instalacji systemu, zainstalowaniu poprawek, niezbędnych programów i skonfigurowaniu według własnych potrzeb, dobrą rzeczą jest wykonać obraz partycji - tak aby na wszelki wypadek mieć, aby móc szybko odtwoarzyć system. Dobra sprawa, szkoda tylko, ze najpopularniejsze programy do robienia obrazów partycji są płatne.
Miałem pisać o formatowaniu, a wyszły rady. No trudno. Ale jeszcze powiem użytkownikom Linuksa. Przynajmniej tym początkującym. W systemie Linux formatowanie nie jest uniwersalnym lekarstwem. Przeciwnie, prawie zawsze da się system postawić na nogi. Trzeba poszukać na róznych forach, grupach pomocy. No bo po co się męczyć z reinstalacją?
Permalink |
Homo sapiens neo
wrzesień 20, 2005, godzina 10:01 · Z Joggera »
Wczoraj wieczorem, przy okazji wpisu u Shetani zaczęła sie tam dyskusja na temat człowieka. A dokładniej na temat tego “opakowania”, które zwiemy ciałem. I ja nadal jestem za tym, że ciało człowieka to genialne dzieło Natury. Milionów lat ewolucji, która wytworzyła organizm tak niesamowicie uniwersalny. Oczywiście niekoniecznie musiała być to ewolucja - mogła też być to jakaś siła wyższa, ale nie o to chodzi w tym wpisie. Chodzi bardziej o to, że ciało mimo wszystko felery jednak ma. A jak by je poprawić? Korzystając z wyobraźni przesyconej obrazami z róznych dzieł sci-fi…
Zacznijmy od szkieletu. Lekki, wytrzymały, utrzymuje wszystko na miejscach. Ale jednak - przy ekstremalnych obciążeniach nasze kości potrafią się złamać. I co? Jak by sobie z tym poradził nowy, “lepszy” Homo sapiens? Kojarzycie postać Wolverine z X-Men, którego szkielet był wzmocniony niezniszczalnym stopem metali? Ten pomysł jest ciekawy, aczkolwiek metale, jak to metale są ciężkie. Do wzmocnienia szkieletu potrzebowali byśmy czegoś lżejszego i też wytrzymałego. Może włókna węglowe? Kevlar? Potem pozostaje problem, jak to wprowadzić do organizmu, i jak zrobić aby on to przeżył. Uznajmy, że mogą to zrobić nanoboty. I to nawet mogło by być wykonalne - aczkolwiek oczywiście w dalekiej przyszłości.
Idźmy dalej. Mięśnie. Pokazywali na Discovery faceta, który ma je wyjątkowo zbite, dzięki czemu pomimo że waży “nędzne” 70 kg, to jest najsilniejszym człowiekiem świata. Uznajmy, że inżynieria genetyczna potrafiła by takie coś wytworzyć u naszego “superczłowieka”. A jeżeli nie? Zawsze zostaje technika. Egzoszkielet? Czy coś innego w tym stylu.
Skóra. Niestety, łatwo jest nas zranić i nic się na to za bardzo poradzić nie da. Ale da się poradzić coś na szybszą naprawę uszkodzeń. Nanoboty, które przejmują funkcję białych krwinek, które pomagają w odbudowie komórek skóry. To mogło by skrócić czas leczenia głębokich ran. A, jeszcz izolacja termiczna. Niestety człowiek w zimnie sobie sam nie poradzi, potrzebuje ubrań. Stąd pomysł na “inteligentne ubranie”, które mogło by być jednocześnie ciepłe i przewiewne, w zależności od warunków zewnętrznych. A może nawet wyposażone w światłowody pozwalające na przybranie kolorów otoczenia? Kamuflaż prawie doskonały.
Zmysły. Wzrok człowieka jest świetny - widzenie obuoczne, kolorowe - czegoś lepszego nie ma w świecie zwierząt. Mogło by nam brakować jedynie widzenia w podczerwieni i ultrafiolecie, oraz widzenia na dalsze odległości. To za nas może załatwić technika - lornetka z noktowizorem. Nic nadzwyczajnego, takie urządzenia są już w użyciu od dłuższego czasu. Przydatne by było też “oko z tyłu głowy”, ewentualnie poszerzenie kąta widzenia. Za bardzo nie mam pomysłu, oprócz kamery na plecach przekazującej obraz do okularu na oku - coś w stylu jak kamera na broni w systemie Land Warrior (projekt amerykańskiego “superżołnierza”). Słuch - czego nam brakuje? Ultradźwięków - raczej nie. Słuch mamy dobry, zwłaszcza po wytrenowaniu. Węch za to jest słabością. Jest w porównaniu do byle psa beznadziejny. Ale jego ulepszenie było by trudne, nawet nie mam za bardzo żadnego pomysłu na zrobienie takiego czegoś. Dotyk i smak mamy bardzo dobre rozwinięte.
Wraz z wzmocnieniem mięśni moglibyśmy jednocześnie spróbować nauczyć się lepiej skakać, biegać, pływać. A czego nam brakuje do dobrego pływania? Możliwości wstrzymywania oddechu pod wodą. Albo oddychania pod wodą. Skrzela? Niekoniecznie. Nie pamiętam w tej chwili jaka jest średnia ilość tlenu w wodzie, ale gdybyśmy mogli spowolnić metabolizm tak, aby móc wykorzystywać tlen z wody, to byłby to wielki sukces. Udowodniono doświadczalnie, że nie ma większej róznicy czy mysz oddycha powietrzem, czy wodą z 21% zawartością tlenu. Z kolei w serialu SeaQuest DSV pojawiały się zmodyfikowane genetycznie osobniki ludzkie, które mogły oddychać przy mniejszej ilości tlenu w powietrzu. I w wodzie też sobie radziły.
Co jeszcze? Interakcja z maszyną? Porty, takie jak mieli w Matriksie czy Harper z Andromedy? A może implanty podskórne, takie jak pewien profesor cybernetyki sobie wszczepił - tak że drzwi labolatorium otwierają się przed nim automatycznie?
Ale zostaje jedno, najważniejsze pytanie. Po co nam to? Po co mamy stworzyć lepszych siebie? Na innych planetach i tak sobie, nawet ulepszeni nie poradzimy. Na Ziemi, gdy ludzie byli by lepsi, dłużej żyjący, bardziej odporni (tak, nie spomniałem o lepszył układzie odpornościowym - zapomniałem. Ale mogłby by to byc nanoboty.), do przeludnienia doszło by o wiele szybciej. Obecnie, to czego nam brakuje, nadrabiamy techniką. Wymyśliliśmy dźwigi, podnośniki, samochody, samoloty i tak dalej. Wykorzystanie “superludzi” było by najlepsze oczywiście w warunkach bojowych. Czyli znowu podczas wojny. Gdzie ulepszeni genetycznie Homo sapiens neo byli by wojownikami doskonałymi. A kolejnych wojen, to byśmy jednak nie chcieli.
Permalink |
Jednostki miar
wrzesień 18, 2005, godzina 20:10 · Z Joggera »
Potrzebne mi jest tylko 100mb miejsca na stronę
Post o takiej treści (między innymi) zobaczyłem na pewnym forum internetowym. I co? Niby nic szczególnego. A jednak. Jestem człowiekiem wyczulonym na poprawność ortograficzną (choć sam błędy oraz literówki popełniam) i takie rzeczy jak tutaj zauważam. A chodzi mi o niechlujność. Nie tylko o pomijanie polskich znaków, nagminne w rozmowach na IM, pomijanie znaków interpunkcyjnych, nagminne stosowanie emotek… Tutaj chodzi o coś innego już. Otóż różnica między mb i Mb i MB jest duża. Bardzo duża. To pierwsze to milibity, to drugie to megabity, to trzecie to megabajty. Niestety wiele osób nie zauważa tego - ja wiem, ja mam umysł ścisły, to mnie to wzrusza, innych nie. No ale jak się już pisze o rzeczach technicznych to można by stosować prawidłowe nazewnictwo, prawda?
Podobnie często widać w róznych firmach, dostawcach Internetu, które oferują łącza 128 KB/s (kilobajtów na sekundę). Ludzie nie widzą zwykle różnicy też w megabajtach “handlowych”, a megabajtach “komputerowych”. Stąd ciągle powtarzające się pytania typu “Dlaczego mój pendrive ma 124 MB?”.
Próbowano to ustandaryzować, wprowadzając przedrostki z końcówką “i”, na przykład MiB - mebibajty. 1 MiB = 1024 KiB. A 1 MB = 1000 KB. Niestety, to się nie przyjęło.
Czym się różni stary informatyk od młodego?
Młody myśli, że kilobajt ma 1000 bajtów, a stary, że kilometr ma 1024 metry
I tym optymistycznym akcentem kończę tą notkę.
Permalink |
Czeka nas los niewolników
wrzesień 16, 2005, godzina 17:18 · Z Joggera »
Takim wstępem rozpoczyna się pewien artykuł na Onecie, w którym bliżej mi nieznany Daniel Estulin przekonuje, że tajny klub rządzi światem, a w niedalekiej przyszłości wszyscy staniemy się niewolnikami.
Nie miałem w ogóle mówić o komentarzach, ale jak zwykle pojawia się tam już słynne 2012 (które już do słow kluczowych Joggera wpisałem - ale pojawia się też 12 maja 2007 i 3 grudnia 2010 - moje urodziny). No, ale do rzeczy.
Klub JakMuTam chce “stworzyć globalny rząd, który zawładnie światem. Zlikwidują podział na państwa, za to wprowadzą jedną uniwersalną walutę, religię i wspólną armię.”. Apokaliptyczna wizja. Oczywiście wiadomo, że globalny rząd za długo nie potrwa gdy pojawią się tam polscy politycy… Ale nie o to mi chodziło.
Czy ta wizja ma jakiekolwiek szanse się spełnić? Owi “rządzący” by się pewnie ucieszyli gdyby tak, ale ja ich rozczaruję (nawet, jeżeli nie czytają tego wpisu, co jest bardzo prawdopodobne). Natura ludzka jest taka, że ludzie nie dają się zniewalać, zawsze znajdą się jednostki buntownicze i przeciwne aktualnej władzy. Prawdą jest, że żyjemy w świecie manipulacji, zniewolenia przez pieniądze, konsumpcje, władzę informacji i tysiące innych rzeczy. Ale są i buntownicy. Nie wiem, czy ludzie mają taką naturę, ale często dążą do konfliktów, wojen, stąd “światowy pokój” (nieważne czy zaprowadzony poprzez dyktaturę) raczej nie nastanie (wiem, pesymistyczna opinia). Chyba że posuniemy się do implantowania ludziom elektrod do mózgu, ewentualnie generatorów fal mózgowych o odpowiedniej częstotliwości…
Wróćmy do teorii spisku. Ów jej autor twierdzi “Ci z Klubu już raz próbowali mnie zabić.”. Profesjonaliści nie próbują. On już powinien nie żyć, gdyby rzeczywiście był tak dla Klubu groźny, jak mówi. “Na jednym ze spotkań założyli, że w 2050 roku na świecie będzie żyło około trzech miliardów ludzi. Resztę trzeba wyeliminować wojną i głodem. Oto ich plan!”. Wyeliminować 4 miliardy ludzi? Może jeszcze potajemnie? A do jasnej cholery, po co? Teoretycznie - im więcej niewolników tym lepiej, nie?
A jeszce jedna rzecz. Superkomputer BEAST i chipowanie ludzi. Nieważne w tej chwili konteksty biblijne i to czy to jest prawda, to jest tylko taka moja dygresja. Odkąd przeczytałem w CHIP-ie o facecie (jak się on nazywał?), który jest już nieźle połączony z maszyną, zacząłem się zastanawiać… No cóż, cyborgizacja chyba nie jest dobrą perspektywą… choć z drugiej strony, połączenie człowieka i maszyny… to mogło by być coś wspaniałego… Istota fizycznie silna, umysłowo twórcza i szybko licząca… jeżeli nie była by wyzuta z emocji, to było by to coś niesamowitego. Ale kto normalny zgodził by się na cyborgizację?
Permalink |
Hateemelowe dziwadełka #2
wrzesień 15, 2005, godzina 20:29 · Dziwadełka, Z Joggera »
<center> </center><center> <br></center>
A potem jeszcze następowało tworzenie marginesów za pomocą . brr.
Permalink |
Hateemelowe dziwadełka #1
wrzesień 12, 2005, godzina 15:18 · Dziwadełka, Z Joggera »
<a> webmaster</a>
Ciekawy sposób na kontakt z webmasterem…
Permalink |
Znowu polityka. Ale tym razem krótko.
wrzesień 8, 2005, godzina 10:50 · Z Joggera »
Blogi mają siłę przekonywania. W USA sa już traktowane jako siła polityczna. Ale to, że pod moim wpisem o m.in. parku Jedlinie (a dokładniej o jego strinie) startującym do Sejmu znalazł się komentarz ze sztabu wyborczego wspomnianego kandydata… Gratuluję podejścia do obywatela. Program kandydata został zaktualizowany, ciekawsze rzeczy się tam znalazły… Nieważne. Jeszcze o tym napiszę. Ale pytanie pozostaje - czy ja już jestem taki sławny, że tutaj można trafić szukając informacji o politykach? :)
W każdym razie kampania w toku. Posłanka Beger denerwuje się, ze domena www.beger.pl przekierowywuje na rózne inne strony. Najpierw Kaczyński, potem Cimoszewicz. Jakie mogłyby być komentarze internautów, jeżeli nie coś w tylu “to bezprawie” itp.? No, ale przecież domenę można sobie samemu wykupić, tylko jeżeli jest wolna i zrobić z nią co się chce. Prawie. Ale to prawda, ze “cybersquaterzy” to nowa plaga. Ale nie o to mi chodziło.
Chodzi o “kandydata internautów”, o którym pisałem już na KtosRF. Grzegorz Kostrzewa-Zorbas, “kandydat internautów”, który pisze o projekcie e-Polska (notabene tym samym stwierdzeniem posługuje się SDPL), ma swoją stronę internetową. Powinien mieć, prawda? No i co? Odwiedzamy ją i widzimy w pasku adresu “main.xml”. XML? Super. Ale podgląd źródła i walidacja ukazują coś innego.
<html>
<head>
<META http-equiv="Content-Type" content="text/html; charset=UTF-8">
Mi to jak to miał by być XML to czegoś brakuje. Nie powiem, że nie widzę tutaj w ogóle XML. Czy to jest jakiś XML transformowany już na serwerze do HTML? Nawet jeśli tak, to powiem tylko jedną rzecz. Brak DOCTYPE, wielki top i menu we Flashu, 5 błędów walidacji (przy HTML 4.01 Transitional). I nie “darmowy Internet dla wszystkich”, a “darmowy Internet dla wszystkich warszawiaków”. A to niestety dwie rózne sprawy.
Ale wspomniana osoba prowadzi bloga. To jest akurat coraz częściej się pojawiające zjawisko. Ów blog, założony w serwisie blog.pl jest - brzydki. A że jest to blog.pl to ja się kodu strony czepiać nie będę. Ale kolory linków są strasznie dobrane w stosunku do tła i powinny zostać zmienione na jakieś ciemniejsze.
Przyjrzyjmy się jeszcze jednej rzeczy. Portalowi założonemu przez pana Kostrzewę-Zorbas. PHP-Nuke - stąd prawie standardowy, brzydki wygląd, błedy w tłumaczeniu, jakość kodu pozostawiająca wiele do życzenia.
Jako “kandydata internautów” strony te są niestety - słabe. A człowiek liczył na promyk nadziei.
To ględzenie jest ględzeniem nawiedzonego geeka i nie trzeba go traktować zbyt poważnie.
Permalink |
« Poprzednia strona