Reklama
Czerwiec 14, 2009, godzina 20:17 · Społeczeństwo, Z innej beczki, Za firewallem »
W odróżnieniu od pewnej liczby osób, które twierdzą, że telewizja to śmietnik, to ja telewizję wciąż oglądam. Ba, nawet korzystam intensywnie z dobrodziejstw tak zwanego “pełnego” pakietu, oglądając zwłaszcza Discovery i tym podobne kanały, ale i nie gardząc AXN i tęsknąc do AXN Sci-fi.
Zasypiam przy telewizji. Często przy Discovery lub innym National Geographic, bo jakimś cudem doskonale zasypiam gdy leci jakiś interesujący program, gdy leci coś nudnego – nie zasnę. Zauważyłem tym sposobem pewną prawidłowość – często zaczyna mi się chcieć spać jakieś 10-30 minut po rozpoczęciu ciekawego programu – nastawiam wyłączenie telewizora, odwracam się na drugi bok… i mój pokój rozbrzmiewa rykiem przerwy reklamowej. Bo przerwy reklamowe w ciągu godzinnego programu są trzy – 10 minut po, 30 minut po i 45-50 minut po. I charakteryzują się czymś, na co każdy narzeka – zwiększoną, znacznie, głośnością. Dlaczego?
Na popularnym AXN śledzę losy bohaterów serialu “Stargate: Atlantis”. Doskonale wiem, że jestem zapóźniony, że w Ameryce to już robią kolejny serial z tego cyklu, że lektor i tłumaczenie… a nie, moment – lektor mi nie przeszkadza. Cały czas, mimo znajomości angielskiego, łapię się na tym, że bardziej zwracam uwagę na tekst w obcym języku i bardziej się muszę koncentrować na nim – lektor mi nie przeszkadza, brakuje co prawda trochę oryginalnych głosów aktorów, ale – według mnie – jest to lepsze rozwiązanie niż proponowane przez niektórych napisy. Ale zostawmy tą kwestię. AXN również stosuje strategię trzech przerw reklamowych, wydłużając 40-minutowy odcinek do pełnej godziny. Najgorsze jest jednak to, że reklamy są raczej krótkie – najwięcej czasu zajmują informacje o nadchodzących serialach, godzinach emisji i tym podobnych rzeczach. Z uwagi na to, że wspomniana stacja nadaje “Gwiezdne Wrota” po trzy odcinki w weekendy rano, to ja tych samych przerywników i zapowiedzi “Kyle XY”, “Medium” i przede wszystkim “CSI” w różnych smakach, mam dość. Aczkolwiek często oglądam nagrane na kasetach wideo (tak! archaiczny nośnik dalej w użyciu!) odcinki i mogę użyć magicznej technologii Starożytnych w postaci przewijania. Niebywale przydatna sprawa.
I właśnie te powtórzenia, ta wtórność, to ryczenie telewizora w trakcie reklam jest najgorsze. Ile razy można oglądać zapowiedź “Powrotu Króla” w TVN z podłożoną piosenką niby-to-pasującą do niej? Przeróbka oryginalna, ale po 10 razie zaczyna być nudna. Ile to razy możemy oglądać uśmiechniętą prezenterkę mówiącą “Dzień dobry, poleję pana olejem!”? A rozmowa gospodyni domowej z masłem? Okropieństwo.
Są reklamy, które zapadają w pamięć – dowcipem, oryginalnością. Fajnie, że pojawia się takich coraz więcej – od Mumio z Plusem, do aktualnych Playa z dziwieniem się czy Heyah z “through”. Nawet bóbr, który zna tysiąc bitów, nie był taki zły, gdy się go porówna do całej rzeszy reklam nadawanych wciąż i wciąż.
A ponoć w historii polskiej reklamy i tak największym sukcesem była Pollena 2000.
Permalink |
Windows 7 RC umie rozpoznać jak piszę po polsku
Maj 29, 2009, godzina 16:17 · Beta, Microsoft, Windows »
Rozpoznawanie polskiego pisma odręcznego było zapowiadane w Windows 7 już od pierwszych wersji beta – ale wciąż niedostępne – teraz wraz z polskim “language pack” wreszcie jest. A jak działa?

Świetnie – rozczytuje nawet moje bazgroły, moje dziwnie pisane niektóre literki, bezproblemowo rozumie nasze ogonki, do tego słownik zgadujący i poprawiający słowa – pisanie naprawdę sprawia przyjemność! No i ten nowy panel do pisania o wiele wygodniejszy od tego z Visty. Problemy pojawiają się czasami, gdy miesza się polskie i angielskie słowa, poza tym jest bezproblemowo.
Cały ten post napisałem odręcznie – możliwe, że trwało to dłużej odpisania na klawiaturze mojego laptopa, ale pewnie kilkanaście razy krócej niż stukając w literki klawiatury ekranowej. Dobra robota! Wreszcie korzystanie z komunikatora na tablecie nie będzie takie najgorsze. No i może przypomnę sobie jak to się pisało odręcznie…
Teraz czekamy na rozpoznawanie mowy w ojczystym języku.
PS I tak, wiem, że w oryginalnej wersji tego tekstu jest “pchnąć w tę łódź”, pomyliłem się trochę ;-)
Permalink |
HTC S710
Kwiecień 24, 2009, godzina 09:45 · Misz-masz »
Wspomnianego w tytule telefonu używam od tygodnia. Jest już zatem trochę doświadczeń, by opisać, jak się sprawuje.

HTC S710 alias HTC Vox to smartphone – w nomenklaturze urządzeń z Windows Mobile oznacza to, że posiada system Windows Mobile Standard i nie posiada ekranu dotykowego. Przyznam, że po dwóch latach używania telefonu z dotykowym ekranem bałem się jak będzie wyglądał powrót do urządzeń “zwykłych”, ale naprawdę nie jest źle – brakuje mi tylko trochę pewnych ułatwień, ale nawet straciłem już nawyk dotykania ekranu.
Największa zaleta? Jest mały. Po prostu jest wielkości (i wagi!) zwykłego telefonu, nie powoduje, że spadają spodnie. Poza tym bardzo dobrze leży w dłoni, tylna ścianka wykonana z plastiku o miłej fakturze. Ładnie wyglądający z przodu i z logiem HTC, a nie wielką pomarańczową plamą “Orange” ;-)

Druga zaleta? Rozsuwana klawiatura. Problemem aktualnie dla mnie jest przyzwyczajenie się do gęściejszego upakowania klawiszy niż w HTC Wizard, oraz do przestawienia miejsc niektórych z nich. Poza tym – pisanie czegokolwiek to przyjemność. Klawiatura główna jest za to trochę zbyt mała, zwłaszcza przeszkadza mi klawisz kierunkowy, który muszę naciskać górną częścią palca, by nie nacisnąć kilku klawiszy naraz. Za to jestem mile zaskoczony słownikiem T9 i podpowiadaniem wyrazów – dostępny jest zarówno polski, jak i angielski. W zasadzie cały system można bezproblemowo przestawić na jeden z kilku języków, inaczej niż większość dotykowych wersji Windows Mobile.
A propos systemu – w wersji Standard brakuje mi bardzo możliwości własnego dysponowania wyglądem ekranu Today… znaczy “Home screen” – oprócz wyboru jednego z predefiniowanych stylów (np. z paskiem Live Search, bez szybkich ikonek ostatnio używanych programów itp.) nie ma możliwości ręcznej zmiany jakie to elementy i w jakiej kolejności powinny się pojawiać. Szkoda. Za to – jako iż to jest Windows Mobile 6 – mamy do dyspozycji lepszego IE Mobile czy Outlook Mobile oraz możliwość używania Live Mesh (o, to jest to, czego mi brakowało). Aplikacje? Klasyczny zestaw: Office Mobile, Windows Media Player, Windows Live i to, co w każdym sprzęcie z WM. Mile zaskoczony jestem Adobe Readerem LE i Task Managerem od HTC. I oczywiście mile zaskoczony jestem faktem, że telefon ma około 24 MB wolnej pamięci na uruchamiane aplikacje (i rzadko zostaje mi mniej niż 5 MB wolnego), można mieć trochę rzeczy otwartych naraz.
Co poza tym? Ukochana migająca diodka informująca, że jesteśmy w zasięgu, bezproblemowa synchronizacja z Outlookiem w komputerze, jak dotąd świetnie działające Wi-Fi i coś, czego nie pamiętam w żadnym telefonie od czasów Ericssona T65 – automatyczne przełączanie profilu na “Wibracja”, gdy kalendarz wykryje, że aktualnie trwa spotkanie. No i aparat – cudem techniki niby nie jest, ze swoimi 2Mpix, ale działa świetnie, zwłaszcza przy dobrym oświetleniu, robiąc zdjęcia, które można ludziom pokazywać bez obaw. Boję się o szybkę chroniącą obiektyw – w moim Wizardzie została ona bardzo porysowana, co spowodowało, że wszystkie zdjęcia obecnie składają się z różnokolorowych plam, tutaj również nie ma żadnej zasłonki do jej ochrony.
Czy brakuje mi 3G? Nie. Wi-Fi w domu zapewnia mi dostęp do internetu, poza zasięgiem różnych sieci jest EDGE, który do sprawdzenia rozkładu jazdy autobusu czy wysłania wiadomości na Twittera zdecydowanie wystarcza. Ale tak, to może być wada. Tak jak i brak dotykowego ekranu. Do wad mógłbym też zaliczyć brak gniazda słuchawek normalnego i zastosowanie extUSB, ale za to zaletą jest mini-USB do ładowania i transmisji danych – nawet nie rozpakowałem oryginalnego kabla, cały czas używając tego od Wizarda.
Nie mogę aktualnie jeszcze stwierdzić, czy ma głośniejszy dzwonek i wibracje od poprzedniego mojego telefonu, przez który czasem nie zauważałem SMS-ów, czy rozmów – jak dotąd jedyny SMS jaki dostałem na zewnątrz pozostał przemilczany, bo nie miałem ustawionego w profilu wibrowania oraz bardzo głośnego dzwonienia na wypadek nowej wiadomości.
Ocena ogólna? Na razie zapowiada się bardzo fajnie. Zobaczymy za dwa lata.
Permalink |
Dotykowy ekran? Fuj!
Kwiecień 11, 2009, godzina 21:01 · Prywatne, Technologia »
A przynajmniej w niektórych urządzeniach.
Pojawiły się pogłoski o nowym Zune, tzw. ZuneHD. I jak się patrzy na to urządzenie tutaj zaproponowane, to w oczy rzuca się – w stosunku do poprzednich wersji Zune – brak przycisków. Zamierzają wprowadzić dotykowy ekran, wzorując się na iPod Touch? Tylko nie to!
Używam dotykowego ekranu w telefonie (no dobra, nie używam aktualnie, bo karty SIM nie wykrywa – ale używałem). Ale bez przycisków było by gorzej. Tak, mogę, bez patrzenia, włączyć na przykład w kieszeni tryb wibracji. Łatwo i szybko. Używam dotykowego ekranu w Tablet PC… ale fizyczne przyciski, zwłaszcza taki działający jak strzałka w górę i dół są niebywale przydatne.
Używam Zune 30. Ma on sobie pięcioprzyciskowy D-Pad oraz dwa dodatkowe przyciski: play/pause i “back”. Najczęściej używam D-Pada – żeby ściszać, rozgłaśniać i przechodzić do następnej piosenki na playliście. No i zdarza mi się pauzować odtwarzanie, po czym je wznawiać. Wszystko to da się zrobić bez wyciągania urządzenia z kieszeni, a nawet przez kieszeń, bez wkładania ręki do niej, wystarczy wyczuć gdzie są przyciski. Żeby zmieniać piosenkę miałbym wyciągać odtwarzacz, odblokowywać ekran i “dotykać” opcji “Next”? No chyba żartujecie. To jest bez sensu!
Tak samo nie wyobrażam sobie dłuższej pracy na klawiaturze ekranowej. Może jeśli ktoś faktycznie używa komputera do oglądania zdjęć/filmów czy czegoś to ekrany (wielo)dotykowe są fajne. Ale to IMO zabawka, ewentualnie coś do specyficznego użytku. Nie do codziennej pracy.
To samo mówiłem o ekranach dotykowych w palmtopach. Dziubanie rysikiem/palcem w klawiaturkę, żeby napisać wiadomość jest głupie. Klawiatura fizyczna FTW! I to najlepiej pełne QWERTY – właśnie pisząc SMS-a na – niegdyś uwielbianym przeze mnie – słowniku T9 miałem się ochotę pochlastać.
Dotyk? Niekiedy fajne, ale błagam, nie wszędzie!
PS. I liczę, że Zune HD – o ile się pojawi – będzie faktycznie dostępne w Europie. Chociaż szczerze wątpię, że w Polsce.
Permalink |
Windows PowerShell Step by Step
Luty 27, 2009, godzina 19:05 · Książki »

W dobie nadchodzącego wielkimi krokami Windows PowerShell w wersji drugiej publikacja recenzji pozycji opisującej wersję 1.0, i do tego pozycji pochodzącej z maja 2007 roku? W świetle szybkości rozwoju technologii może się to wydawać dziwne, ale PowerShell V2 nie odbiega przecież główną koncepcją od swojego poprzednika i swobodnie można uczyć się elementów pochodzących z wersji pierwszej.
Podstawową wadą tej niezbyt grubej, bo liczącej “tylko” 300 stron, książki jest stosunkowo wysoka cena – $39.99. Na Amazonie na przykład teraz jest jednak blisko $13 zniżki, a niektórzy szczęśliwcy – między innymi ja – nawet dostali ją za darmo. Wydana jest pod egidą Microsoft Press.
Jest tutaj sporo: providery, skryptowanie, WMI, zarządzanie Active Directory i Exchange 2007, plus płyta CD z przykładami, narzędziami i wersją elektroniczną. Spory plus zwłaszcza za to ostatnie? Niestety, nie do końca, e-book jest zabezpieczony przed kopiowaniem, nici z kopiowania przykładów z książki – za to można przeszukiwać. Skrypty z książki są z kolei dostarczane w oddzielnym instalatorze (!).
Formułą nie odbiega od innych poradników z serii Step by Step – naprawdę krok po kroku pojawiają się zrozumiałe opisy cmdletów i jest duża ilość przykładów użycia i przykładowych skryptów PowerShella. Problemem jest wrażenie niedosytu – czy tak w krótkich rozdziałach udaje się zawrzeć wszystkie informacje na temat skryptowania? Oczywiście nie, jest trochę problemów, zdarzają się nagle wprowadzane elementy, niezbyt dobrze wyjaśnione, są przeskoki, czasem jest wyjaśniane aż do bólu, a czasem pojawia się znikąd bardziej zaawansowany temat. I są literówki.
Nie jestem zachwycony. Widać, że autor posiada sporą wiedzę, także na temat WSH (pod koniec jest porównanie różnych poleceń Visual Basic Script z opisem jak je zrealizować w PS), jednak chyba starał się zawrzeć zbyt wiele informacji naraz.
Permalink |
Jeszcze raz o backupie
Luty 22, 2009, godzina 11:20 · Komputery »
Ludzie się dzielą na tych, którzy robią backup i na tych którzy będą robić backup. Ja robię – choć utrata danych zdarzyła mi się w rzeczywistości tylko chyba dwa razy, a i nie była wtedy bardzo bolesna. Dmucham jednak na zimne, tak na wszelki wypadek.
Problem pojawia się z systematycznością robienia backupu. Lenistwo jest potężnym wrogiem i aż nie chce się walczyć przeciwko niemu. Podpowiada ci nad uchem “ej no, przecież się nic nie stanie”, a ty machasz ręką niedbale i idziesz robić coś ciekawszego niż backup, choćby grać we “Frets on Fire”. A co się dzieje? Albo się okazuje, że dysk już dożył swoich dni, albo że nowo zakupiony dysk niestety taki wspaniały nie był (mój już wyczyściłem, teraz muszę się udać do sklepu i wymienić). Albo że jednak prąd elektryczny nie jest naszym przyjacielem i potrafi elektronikę usmażyć. Albo że stwierdzasz, że najpierw zrobisz backup telefonu, a potem hard reset tegoż – najpierw robisz hard-reset. Albo… no, i tak dalej, i tak dalej.
Ostatni raz o backupie pisałem trzy lata temu – gdy ten blog miał jeszcze jakiś czytelników. Od tego czasu sporo się zmieniło, choćby pojawił się produkt Apple, Time Machine. I w tym momencie już mógłbym zakończyć, robi kopie automatycznie, samo, kupmy sobie Maki i żyjmy w spokoju. Tak pięknie oczywiście nie ma, nie stać nas na Maka, ba – nawet na iPoda, i musimy sobie radzić sami.
Problemem z jakim się stykam w moich backupach jest nie tylko moje własne lenistwo – to dało by się przeżyć przy użyciu jakiejś automatyki. Problem pojawia się, gdy okazuje się, że dane do archiwizacji rosną szybciej niż miejsce na nie. Przykład? 80 GB miejsca na moim aktualnym dysku (i cztery razy większy nowy dysk), a miejsca na backup też 80 GB. Tylko, że ma to być kopia z kilku komputerów. Całe szczęście dyski są tanie, aczkolwiek po ostatnich przebojach z moim nowym dyskiem oraz zasłyszanych opiniach o Seagate z serii 7200.11 boję się kupować coś dużego.
Ja sam wykonuję kopie na wspomnianym, zewnętrznym dysku. Plus na kilku komputerach równocześnie. Plus niektóre rzeczy są w Internecie, dzięki odpowiednim serwisom internetowym. No i wreszcie – nagrywam na płyty. Kiedyś CD, dziś i DVD to za mało. I właśnie odnośnie płyt mam pewną uwagę – mam płyty nagrane pod koniec 2002 roku, jako jedne z moich pierwszych nagranych płyt. I są świetne, wszystko się da odczytać. Mam też płyty nagrane w połowie 2006, których już nie da się obejrzeć – wczoraj to zauważyłem. Sam backup to nic – przydatna jest jeszcze kontrola backupów. Próbne odzyskiwanie kopii zapasowych, sprawdzanie jak po długim okresie czasu mają się nośniki. Bez tego może się okazać, że wszystko co zrobiliśmy jest bezużyteczne.
Wczoraj postanowiłem, że warto zrobić kopię zapasową danych, taką większą. Nagrałem na płyty sporo rzeczy, ale okazało się, ze ich jest więcej i muszę to zrobić jeszcze dziś, zatem do tego wracam…
…i szczerze się zastanawiam czy prowadzenie “Notatek na piasku” ma jeszcze jakiś sens.
Permalink |
Windows 7 – czas na mnie
Styczeń 15, 2009, godzina 19:55 · Microsoft, Windows »
Nie mogło być inaczej – ja także, razem z połową Internetu, rzuciłem się do pobierania Windows 7 beta 1. Także i z mojego powodu padły im dnia pierwszego serwery. Niemniej udało się pobrać później, wygenerować klucz i pozostało tylko zainstalować i sprawdzić jak to tak naprawdę jest.
W odróżnieniu od Visty we wczesnych wersjach testowych, 7 jest chwalony (chwalona?) za wydajność. Zachęcony tymi opiniami posłużyłem się sprzętem, który spełnia wymagania sprzętowe w tylko dwóch dziedzinach z nawiązką – ma 1 GB RAM i sporo wolnego miejsca na twardym dysku. Mowa o moim Tablet PC – HP Compaq TC1100. Procesor Pentium M o szybkości zatrważającego 1 GHz we współpracy z kartą graficzną z układem GeForce 4 Go do której się nawet NVIDIA nie przyznaje nie zapewnią mi ani dobrych warunków używania, ani interfejsu graficznego Aero Glass.
Instalacja była stosunkowo szybka. Po niej już działał dotykowy ekran (o ile pamiętam Vista wymagała sterownika do doinstalowania), chwila połączenia z Internetem przez kabel zapewniła sterowniki do karty Wi-Fi. Sterowniki przeznaczone dla Windows XP TCE dla klawiszy specjalnych oraz karty graficznej zainstalowały się w trybie zgodności z XP, jak i program QMenu, jedyna metoda na zmniejszanie jasności ekranu czy wyłączanie modułów łączności bezprzewodowej.


Moje uwagi? Tak, jest szybszy niż Vista. Widać to wyraźnie, gdy Viście brakuje mocy na otwarcie okna folderu (najpierw pojawia się ramka, a po dłuższej chwili zawartość), “siódemka” to robi bez większych problemów. Jako użytkownika Tablet PC oczywiście najbardziej interesowało mnie rozpoznawanie pisma – nowy Tablet PC Input Panel jest bardzo fajny, zarówno w trybie klawiaturki ekranowej, jak i rozpoznawania pisma jako takiego – nowy mechanizm jest bardziej intuicyjny, nie wymaga ciągłego przełączania się w różnych widokach (klikasz na słowo i już możesz je poprawiać litera po literze, widząc treść dalej i wcześniej, jednak o mniejszych wymiarach). Jednak w CHIP-ie 01/2009 twierdzono, że W7 potrafi rozpoznawać pismo w języku polskim – niestety, w beta 1 po ustawieniu języka polskiego mamy do wyboru tylko klawiaturę ekranową jako metodę wprowadzania znaków.

Z nowości w tabletach pojawił się Math Input Panel. W gruncie rzeczy to wygląda mi na włączenie do systemu kawałka Microsoft Education Pack for Tablet PC, w którym było takie coś – potrafi przerabiać pismo na MathML. Poważna wada, że nie działa tak intuicyjnie jak nowy Input Panel – skasowanie czegoś to nie przekreślenie, ale konieczność kliknięcia gumki i ręcznego wymazania.
Teraz do rzeczy, czyli do nowości: Nie podobają mi się nowe ikonki w trayu – są takie zbyt… proste. Nowe Action Center wydaje się być interesujące. Możliwość otworzenia okna na połowie ekranu odpowiednio je przysuwając do krawędzi jest fajna… ale tylko fajna. Nowy taskbar? Fakt, że przyciski na nowym Quick Launch są jakby zintegrowane z aplikacjami które uruchamiamy, bo nie ma zbytniego rozróżnienia, bardzo mi kojarzy nowy Pasek Zadań z MacOSX w odróżnieniu od KDE o którym wszyscy mówią. Niebywała nowość – nareszcie możemy przesuwać miejscami znaczki uruchomionych aplikacji. “Jump lists”? Wydaje się być ciekawe, ciekawy jestem jak to zaimplementują oczywiście ISVs. Nowe Menu Start? Nie zauważam większych różnic. Oprócz tego, że nie da się włączyć klasycznego (ale nawet ja się do tego nowego przyzwyczaiłem) i nie ma linków “Internet” i “E-mail” jakie były w Viście. Szkoda, bo akurat używałem stosunkowo często.
Uwagi dotyczące aplikacji: WordPad otwiera pliki DOCX i ODT. Fajnie… ale DOC to już nie łaska? Paint ma wstążki i jest jakby łatwiej używalny – choć jakoś tak nie wygląda na to, by mu opcji przybyło. Kalkulator nowy jest nieco ciekawszy, XPS Viewer nareszcie jest aplikacją samodzielną, a nie Internet Explorerem. Nowych Windows Media Player i Windows Media Center nieszczególnie miałem okazję testować. Jest Windows PowerShell w wersji drugiej, wraz z graficznym środowiskiem, które wygląda bardzo zachęcająco.
Błędy? No cóż, pierwsze wykrycie karty sieciowej bezprzewodowej doprowadziło mnie do sytuacji gdy mogę sieci wykrywać, ale połączyć się z nimi nie, bo… “nie mam sterowników”. Restart naprawił sytuację. Druga błędna rzecz to taka, że Windows Experience Index niestety jest chyba tak niski, że program testujący szybkość komputera wiesza na amen system. Zresztą powieszenie systemu na amen mogę też łatwo zrealizować wkładając kartę do czytnika SD, ale taka sytuacja była i w Viście (także z SP1, a miało tak nie być…). No i to, że nie mam dual-boota z jakiegoś powodu i z Visty i 7 mogę używać póki co tylko 7 też chyba jest błędem.
Ogólna ocena? Ciekawe. Ewolucja. Zobaczymy co będzie dalej.
Ale mam wrażenie, że bardziej byłem zachwycony nowościami w Viście w stosunku do XP. Obecnie Windows 7 to taka Vista na sterydach. Ew. “ciąg dalszy eksperymentu Mojave” jak to ujął Karol Stilger.
Permalink |
Pedanteria cyfrowa
Styczeń 4, 2009, godzina 12:44 · Komputery, Prywatne »
Trudno było by stwierdzić, że lubię porządek, patrząc na moje biurko lub to co się znajduje pod nim. Nawalone różnych karteczek, gratów, czasopism starszych lub nowszych. Ja jednak porządek lubię – cyfrowy. Przekonałem się o tym już wielokrotnie przychodząc do kogoś kto niezbyt wiedział gdzie znajduje się jakiś jego plik.
Ostatnimi czasy jednak spędziłem bardzo dużo czasu bawiąc się (no, porządkując) moją kolekcją muzyki. Pozbierana jest z różnych źródeł, najczęściej od znajomych, równie często zgrywana z płyt CD – do tego doszło wiele utworów pobranych z Internetu (skądinąd ostatnio pojawiła się setka pobrana z Last.fm). Problem pojawił się gdy zacząłem używać Zune (przy okazji: wiem, że wszystkie Zune 30 padły pod koniec roku – moja nie, bo nie włączałem tego dnia ;-)), który to odtwarzacz współpracuje tylko z jednym oprogramowaniem, dedykowanym. Owo oprogramowanie jest bardzo fajne, samo pobiera informacje o albumach, okładki, i tym podobne rzeczy. Nie mogłem znieść patrzenia na tytuły utworów nie pasujące do treści, na albumy w postaci “Unknown Album”, na braki okładek i po paru dobrych godzinach zabawy, przenoszenia, przeglądania Last.fm, jakieś 90% mojej kolekcji zostało uporządkowanej.
A potem przyszedł Sylwester. Korzystaliśmy jako ze źródła muzycznego z laptopa jednego z współuczestników. On jako odtwarzacza muzycznego używał Winampa. Spojrzałem na katalogi, wybrałem jednego z wykonawców, dodałem na playlistę… a na niej pojawiły się “nieznany artysta – bez nazwy 1″ i tym podobne utwory. Takie dane były wpisane w tagach ID3. Również dla mnie niezrozumiałe było, by jeden album podzielić na “Album CD1″ i “Album CD2″ – co było by przecież przez aplikacje traktowane jako dwa różne albumy. Szczyt pojawił się przedwczoraj – oglądając muzyczną kolekcję zwróciłem uwagę, że o to może być fajne, skopiuję. W końcu prawo pozwala się ze znajomymi dzielić, czyż nie? Po przyjściu do domu oczywiście pierwszym krokiem było użycie Mp3Tag. A co tam ujrzałem? O ile tytuły utworów się zgadzały, o tyle wykonawcy mieli formę: numer ścieżki – nazwa wykonawcy. Dla moich systemów zarządzania utworami było to 20 wykonawców, nie jeden. Nie mogłem tego zostawić bez poprawiania przecież ;-)
Podobnie porządek mam we własnych projektach (z pewnymi wyjątkami drobnymi, których się muszę pozbyć), w kolekcji zdjęć umieszczanej w katalogach “[data] [tag]“, a nawet w Menu Start, któremu nie pozwalam się zanadto rozrosnąć, grupując aplikacje w kolejnych poziomach folderów – co przynosi problemy, bo programy instalacyjne lub deinstalacyjne się gubią – jedne nie pozwalają czasem zmienić grupy Menu Start, inne nie usuwają skrótów, jeśli je gdzieś przeniosłem.
Wspomniałem o tagu przy zdjęciach. Windows Photo Gallery pozwala mi tagować zdjęcia, co czynię opisując jakie to osoby są na tych poszczególnych ujęciach. To daje mi możliwość, że jeśli akurat nie będę miał nic ciekawszego do roboty mogę wyszukać wszystkie fotografie na których znajduję się np. ja, A. oraz M., a nie ma na nich K.. Tagowanie jest także dostępne dla innych plików, np. dokumentów MS Office – i to także skrzętnie wykorzystuję, bo przydaje się przy wyszukiwaniu plików o określonej zawartości. Zresztą również kontakty, zdarzenia, zadania i tym podobne kategoryzuję w Outlooku.
Do tego dbam o porządek we własnych plikach, jeśli coś leży w katalogu “Temp”, do którego ląduje wszystko pobierane z Internetu, to albo szybko leci do kosza albo do jakiegoś docelowego miejsca przeznaczenia. Jakby było jednak mało tego – ja nie tylko porządkuję, ale i chomikuję (choć zmniejszająca się ilość wolnego miejsca na dysku twardym nieco to utrudnia) setki różnych rzeczy, począwszy od logów serwera ktos.info sprzed dwóch lat przez 1200 SMS-ów na telefonie do archiwum komunikatora sprzed niewiadomo jak dawna i do tego dochodzą nawet programy komputerowe, które pisałem wieki temu, bo będzie jakieś 10 lat. Oczywiście to jest problem, bo bez nowego dysku (który jednak zamierzam zakupić w tym miesiącu) częściej będę widział komunikat “You don’t have enough storage for this item”.
Chociaż jak tak patrzę to chyba jestem jednym z niewielu którzy dbają o porządek w swoich cyfrowych zasobach. I chyba trochę przesadzam miejscami…
Permalink |
Nadmiar pendrive
Grudzień 13, 2008, godzina 13:44 · Komputery »
Pamiętam wyraźnie, jak jakieś dwa lata temu udałem się do marketu elektronicznego, by zakupić sobie pendrive. Wówczas wielu już miało, mi nie był zbyt potrzebny, do czasu aż potrzebowałem czegoś, by nosić ze sobą mobilne środowisko do pracy (w postaci aplikacji “portable”: Notepada++, Firefoksa i FileZilli).
Kupiłem jednogigabajtowy Kingston DataTraveler i ma się on dobrze wciąż i wciąż go używam. W międzyczasie jednak w nośniki flash zaopatrzyli się moi rodzice, znajomi, ja sam mam do dyspozycji także telefon z wejściem kart miniSD oraz oprogramowanie (i kabel) pozwalający go jako pamięć przenośną użyć. Do tego udało mi się wygrać kolejne nośniki tego typu – w zeszłym roku był to DataTraveler o pojemności 2 GB, jedyną różnicą w stosunku do mojego poprzedniego był kolor (i cena zapewne), w tym roku wygrałem na IT Academic Day DataTravelera Mini, także 2 GB. I nagle pendrive’ów w domu zrobiło się więcej niż zastosowań dla nich, jeśli też dodatkowo wliczymy kartę pamięci microSD również o pojemności 2 GB.
W pierwszej chwili pomyślałem, ze wszystkie dane z moich DataTravelerów wrzucę na tego najmniejszego, “Mini” a te dwa zostaną użyte jako ReadyBoost dla Windows Vista na moim tablecie, który wyraźnie cierpi na brak zasobów (choć chyba bardziej procesora niż pamięci RAM). Jednakże gdy tylko pendrive jest umieszczony na stałe w stacji dokującej to start systemu jest opóźniany (i to znacznie), bo BIOS próbuje startować z każdego urządzenia USB.
W rezultacie oddałem jeden z moich starszych pendrive’ów zostając obecnie z dwoma, z których jeden zostanie chyba użyty jako dodatkowy dysk w serwerze (nawet 1 GB się przyda), sam jednak zacząłem się zastanawiać nad tym, czy nie istnieje może jakieś urządzenie – ewentualnie czy nie dało by się go zrobić – które by miało powiedzmy kilka portów, do każdego można by było włożyć pamięć flash i stworzyć z tego jeden wielki dysk widziany przez system jako jeden, nie jako kilka. Zapewne Linux pozwoliłby mi na stworzenie LVM na napędach USB połączonych w huba… a może by nawet pozwolił na stworzenie macierzy RAID0 z pendrive? Nie testowałem tego pomysłu, ale mogło by działać. Dziwne? Dziwne. Ale na wykorzystanie “nadmiarowych” pamięci tego typu w domu całkiem fajny pomysł, prawda?
Zastanawiam się także, czy i Windows nie pozwoliłby stworzyć tzw. woluminu łączonego na dyskach USB, choć nie przyglądałem się temu rozwiązaniu, a intuicja podpowiada mi, że zapewne są jakieś ograniczenia i takie coś by nie było możliwe. WIęc, by zapewnić pełną uniwersalność, należało by stworzyć taki hubo-kontroler, działający podobnie jak kontroler pamięci SSD – dla systemu byłby jeden dysk, a urządzenie zajmowałoby się już rozprowadzaniem tych danych po podłączonych pendrive.
Choć chyba prostszym rozwiązaniem – i zapewne tańszym patrząc na spadające ceny pamięci półprzewodnikowych – było by kupienie jednego, większego “klucza”.
PS Pierwszy raz użyłem Windows Live Writera do napisania posta na blogu – swoją drogą zbiegło się to z upgrade do Wordpressa 2.7, który przynosi nowy panel administracyjny, Mam nadzieję, że to wszystko zadziała.
PPS Nie zadziałało, nieprawidłowo przekazane zostały znaczniki otwarcia i końca akapitów. Chyba czas zgłosić błąd…
Permalink |
Integruj się!
Grudzień 5, 2008, godzina 19:33 · Komputery »
Jakiś czas temu, nie powiem już jak dawno, usłyszałem, że powstała nowa wersja usługi o nazwie Windows Live FolderShare, którą od tej pory zwą Windows Live Sync. Na cóż ona pozwala? Na synchronizację katalogów pomiędzy komputerami, dostęp z dowolnego miejsca, udostępnianie plików znajomym… hej, czy my tego już nie znamy skądś? Toż przecież synchronizacją we wszystkie strony i na wiele urządzeń na się zająć inny produkt ze stajni Microsoftu, Live Mesh! A do wrzucania plików, zdjęć i innych rzeczy do sieci wraz z udostępnianiem dla znajomych mamy przecież Live SkyDrive! Pewna niekonsekwencja? Możliwe. Choć o ile wierzyć pracownikom koncernu to ma to związek z nowymi metodami zarządzania (”Ray Ozzie effect”), gdzie wewnętrzne grupy nie są już tak blisko ze sobą związane, pracują w innej atmosferze i tak dalej. Oczywiście pewną wadą tego rozwiązania jest to, że mogą powstać produkty o podobnych funkcjonalnościach w dalszej perspektywie któryś z nich może przestać istnieć na rzecz innego (obstawiam, że Live Sync ustąpi miejsca Mesh).
Jednak brak integracji i konsekwencji w produktach sięga dalej: produkty Windows Live istniejące razem z aplikacjami w systemie operacyjnym (Windows Mail i Windows Live Mail, Windows Photo Gallery i Windows Live Photo Gallery itd.) – co ma zostać rozwiązane w elegancki (także dla Komisji Europejskiej) sposób – z Windows 7 nie dostaniesz niczego oprócz linków by sobie aplikacje Live pobrać z Internetu, tak jak dzisiaj z Vistą nie ma Live Messengera. To nie jest jednak akurat problemem – dla mnie większą niedogodnością związaną z używaniem niektórych programów Microsoftu jest to, że nie potrafią ze sobą współpracować.
Windows Media Player nie umie obsłużyć odtwarzacza Zune, który potrzebuje swojego oprogramowania i ma swoją bibliotekę utworów (i tak dobrze, że współdzielą oceny dla piosenek), a do tego nie umie użyć kodeków Windows Media Playera. Ponoć za to Zune się synchronizuje z XBoksem360.
Urządzenia z Windows Mobile bez problemu zsynchronizują się z Outlookiem, ale już z Windows Calendar, Mail i Contacts wbudowanych do systemu są problemy. Za to Outlook nie umie standardowo współpracować z Hotmailem na przykład, wymaga specjalnego connectora, a o współpracy z kontaktami wbudowanymi w Vistę nie ma mowy (przynajmniej w wersji 2003)… A teraz w dodatku następuje upgrade usług Live (Wave 3) i niektóre już uzyskały nowy (fajny, lepszy niż nowy Google Reader) wygląd, niektóre nie. Ogólnie rzecz biorąc – chaos!
Tak naprawdę jedyną naprawdę widoczną oznaką tego, że te wszystkie aplikacje i strony Microsoftu mają coś wspólnego jest Live ID, jeden system logowania. Ale i w nim niby w swoim koncie mam ikonkę, przy logowaniu się nie pojawia, a w Live Messengerze jest zupełnie inna (choć to akurat jest chyba zamierzone).
No cóż, jestem niezmiernie ciekawy czy z tego chaosu wyciągnie się coś naprawdę konstruktywnego. Odczuwam niepokój, że brak integracji we własnych produktach nie wróży dobrze możliwościom współpracy z konkurencją. Zresztą ja tutaj się zastanawiam nad integracją w obozie jednego producenta, ale przecież fajnie by było mieć zintegrowane dokładnie wszystko, jedno centrum sterowania, co oczywiście nie tak łatwo uzyskać.
Mam trzy konta na GMailu (w tym dwa Google Apps), co daje mi trzy identyfikatory Google Account. Nie mogę połączyć ich w jeden, mogę ustawić przekierowania z kont GMailowych na inne, ale nie mogę połączyć czy przenieść poczty (ok, mogę, ale przez POP3…). Mój Google Reader jest przypisany do jednego z tych kont, tak jak i moje iGoogle. Do mojego iGoogle mogę dodać gadżet pokazujący pocztę z tego samego konta do którego jest przypisane iGoogle, ale już nie do innego. Pocztę odbieram Outlookiem. Kontakty w Outlooku mogę wysłać na serwer GMaila, ale nie ma mowy o synchronizacji. Google Talk nie pogada z Windows Live Messengerem, zresztą GTalka nie używam, używam dwóch innych kont Jabberowych. Gdzieś tam pałęta się mój OpenID, do tego jest mnogość kont na różnych mniejszych i większych serwisach. To jest ogólnie chaos w tak zwanym “cyfrowym życiu”.
Jak temu zaradzić? Brak dywersyfikacji? A może rezygnacja ze wszystkiego?
Albo po prostu pogodzenie się z faktem, że nie można mieć wszystkiego naraz i w jednym, zresztą nawet średnio byłbym to sobie w stanie wyobrazić – jeden serwis internetowy który mnie informuje o wszystkim co się dzieje we wszystkich usługach w których mam konto?
Zakręciłem się. Zacząłem pisać z myślą wytknięcia problemów integracji w produktach Microsoftu, a pod koniec zdałem sobie sprawę, że rozproszenie to nie jest takie złe. Czasami.
Permalink |
« Poprzednia strona Następna strona » Następna strona »