Adobe Flash otwarty
maj 2, 2008, godzina 13:37 · Komputery, Technologia »
Wczoraj świat obiegła straszliwa wiadomość, a echo jej dotarło do piekła, które od jakiegoś czasu powoli zamarza. Adobe zamierza opublikować specyfikacje formatu Flash (.swf i .flv). Straszliwa? Gdzie tam. Bardzo fajna. Bo nie dość specyfikacją mają zostać opublikowane, ale i zniesione restrykcje dotyczące tego formatu.
Kojarzy się to z inną, wcześniejszą akcją Adobe. Gdy PDF został otwarty i standaryzowany przez ISO stał się natychmiast czymś, co jest dla nas całkowicie naturalne. A mimo iż istnieją formaty konkurencyjne (DJVU czy XPS Microsoftu - ktoś o nim pamięta oprócz mnie?) to trzyma się świetnie, i pojawia wszędzie.
Czego Adobe szuka? Oficjalnie (za OsNews):
Projekt stopniowego uwalniania Flasha nazwano “Open Screen Project”. Razem z Adobe, współtworzą go takie firmy jak Intel, Cisco, Motorola, Nokia, LG, Samsung, BBC, NBC czy MTV Networks. Zadaniem projektu jest promowanie adaptacji technologii internetowych na szerokim spektrum urządzeń takich jak telefony komórkowe, telewizja, urządzenia przenośne i komputery biurkowe.
Nieoficjalnie mówi się, że to reakcja na Microsoft Silverlight, który ma otwartą specyfikację i niezależną (teoretycznie) otwartą implementację na inne platformy niż Windows (Moonlight).
Teraz każdy programista na świecie może sobie ściągnąć specyfikację i napisać odtwarzacz albo edytor plików Flasha. Także na nasze coraz powszechniejsze urządzenia mobilne, gdzie batalia dopiero się rozpocznie - choć Flash już tam jest, a Silverlight tak w sumie to niezbyt wiadomo jak się ma (trochę mi się z Yeti kojarzy - jest, ale nikt nie widział w akcji). Oprócz tego jeszcze Adobe wyszło ze swoim Fleksem do tworzenia tych tak zwanych Rich Internet Applications… I tak doszliśmy do kolejnej wojny.
Pozostaje pytanie jedno.
Co z tego wyniknie? Gnash posunie się w rozwoju o lata świetlne? Czeka nas era dominacji Flasha na urządzeniach mobilnych? Microsoft zostanie zepchnięty do defensywy na wielu frontach? Czas pokaże, jak zwykle.
A ja będę stał i przyglądał się z boku, bo jakoś tak szczególnie mi na Flashu nie zależy…
Permalink |
Witty
kwiecień 22, 2008, godzina 12:55 · Komputery, Programowanie »
Kiedy ostatnio wspomniałem o aplikacji o dźwięcznej nazwie Witty, która to jest klientem Twittera, pozwalającym na łatwiejsze śledzenie co też nasi znajomi wysyłają do tego serwisu, dla mnie - znacznie łatwiejsze niż z użyciem komunikatora czy strony internetowej, to martinez zwrócił uwagę w komentarzu, że aplikacja wprost idealnie wywraca się.
I taka też była prawda - Witty, wówczas w wersji 0.1.6 beta 2 wywracał się pięknie na każdym komputerze, który miał inne ustawienia regionalne niż en-US. Błąd ten sobie był zgłoszony nawet, a ja - dla siebie tylko - poprawiłem go (ale i informując autorów aplikacji co i gdzie należy poprawić). Zwolennicy ruchu Open Source tutaj się szeroko uśmiechnęli ;-)
Witty jest napisany w C# z użyciem technologii WPF (Windows Presentation Foundation), co oznacza, że akurat pasuje do moich zainteresowań. Szczerze mówiąc - znalazłem go przypadkiem, gdy chciałem poszukać jakiś bibliotek do obsługi Twittera by napisać samemu, bo poprzednio używany przeze mnie klient, Tweet-r, napisany dla platformy Adobe AIR, w ogóle nie zechciał działać po aktualizacji. Do dziś nie wiem dlaczego. Miał też kilka innych dziwactw, które za bardzo nie wiem z czym miały związek nawet - choćby otwieranie linków w Internet Explorerze, zamiast domyślnego dla mojego systemu Firefoksa.
Mniejsza o to. Witty 20 marca dorobił się wersji 0.1.7, która niestety nadal nie umiała działać na naszych systemach. Ściągnąłem całkiem niedawno bezpośrednio znów wersję z SVN, chcąc poprawić znów błąd i wypuścić program dla naszych użytkowników, ale spotkała mnie niespodzianka. W pobranej rewizji 199 błędu już nie było i program po kompilacji działał poprawnie. Do tego ta wersja udostępniała kilka nowych funkcji, takich jak klikalne “@imię”. Przed paroma minutami pobrałem z SVN rewizję 302, zmodyfikowałem w niej dosłownie jeden fragment kodu XAML, by uwidocznić w nagłówku, że nie jest to oficjalna wersja 0.1.7, a wersja “nightly” i skompilowałem - najpierw testując chwilę w trybie debug, potem do release.
I oto i on. Witty rev. 302.

Co ciekawego daje Witty oprócz przeglądania wpisów? Powiadomienia, szybką obsługę wiadomości bezpośrednich czy też przeglądanie globalnych odpowiedzi na nasze tweety.
Do pobrania archiwum ZIP (około 1 MB) jeżeli ktoś już teraz chciałby zacząć używać. Jeżeli ktoś jest programistą i ma dostęp na przykład do Visual C# 2008 Express - może samodzielnie pobrać wersję z SVN i skompilować. Instrukcje są do znalezienia na stronie programu.
Mam nadzieję, że programiści Wittiego się nie zmartwią, że udostępniam ich program ;-) Ale spodziewam się, że skoro jest to w SVN to program w wersji następnej będzie już działał jak trzeba oficjalnie.
Permalink |
Lubelskie Dni IT 2008
kwiecień 14, 2008, godzina 20:46 · Społeczeństwo, Technologia »
Fakt faktem Lubelskie Dni IT pojawiły się w moich delicjach już jakiś czas temu, na co potem zwrócił uwagę Łukasz, ale plan sesji pojawił się dopiero niedawno. Z reguły nie piszę o takich wydarzeniach jak IT Academic Day, nawet jeżeli w nich uczestniczę, o tyle jednak owe “Dni IT” zasługują na nieco większą reklamę.
Nie angażując się w żadne międzyuczelniane konflikty (jako iż jestem studentem innej uczelni ;-)) i nie czepiając się tego, że strona jest zrobiona na ramce, przejdźmy do tego, co ciekawego się nam szykuje. Sama impreza ma oczywiście duży związek z Microsoftem i spotkaniami z cyklu Heroes Happen Here, czyli związanymi z premierą Windows Server 2008, SQL Server 2008 i Visual Studio 2008, choć wśród sponsorów widzę też telerik, Anica Systems i - co mnie osobiście zdziwiło - nie ma tam Comarchu, który ostatnio w Lublinie pojawił się ostrzej (razem z K2 Internet).
Spojrzawszy na plan sesji (który może się jeszcze zmienić) wrażeniem moim - oraz znajomego - było “ale to pomieszane”, bo mamy wrażenie, że przydałby się jakiś podział tematyczny dla danego dnia na przykład, jednak i tak rzuciło się w oczy kilka prezentacji, na których mam wielką nadzieję się pojawić. Jakich to?
- Windows 2008 - Network Access Protection
- Programowanie aplikacji mobilnych
- Tworzenie gier na PC i XBOX360
- Czym jest Web 2.0 i co nas czeka w przyszłości (Rafał Agnieszczak!)
- Windows 2008 - Wirtualizacja systemów i aplikacji
- Programowanie równoległe w erze procesorów wielordzeniowych oraz GPGPU
- Silverlight 2.0 - Rewolucja w tworzeniu stron internetowych
- Unified Communications (Karol Stilger!)
Wracając do samej imprezy, to ma ona miejsce 6-8 maja, czyli w okresie Juwenaliów, które dla braci studenckiej są ciężkie powiedzmy (a o samych Juwenaliach to mi przynajmniej wciąż niewiele wiadomo). Chyba jednak warto nawet poświęcić trochę zabawy by się spotkać tutaj, prawda?
Swoją drogą to ja się zastanawiam od kiedy to ja zacząłem w ogóle o takich rzeczach myśleć. Kiedyś to by mi do głowy pójście na takie coś nie przyszło. Ta informatyka coś robi z ludźmi.
Permalink |
Beztechniczny spokój
marzec 25, 2008, godzina 15:15 · Prywatne, Społeczeństwo, Technologia, Z innej beczki, Za firewallem »
Zanim przejdę do sedna sprawy najpierw mała dygresja. Na kanale telewizyjnym Discovery Travel&Living (i żeby ostatecznie pogubić czytelników dygresja wewnątrz dygresji: kiedyś to były dwa kanały: Travel oraz Home&Leisure) leci sobie program telewizyjny “Grand Designs”, w którym to ekipa filmowa przygląda się budowie domów, które ogólnie rzecz biorąc łączy pewien rodzaj rozmachu architektonicznego, który może ujawniać się w wielkości pomieszczenia, nietypowości tegoż, czy nowinkach technologicznych zainstalowanych w domu. Wielokrotnie jednak zdarza się, że owe prezentowane wspaniałe nieruchomości są nie tylko naprawdę wspaniałe wewnątrz, ale i umieszczone w ciekawej, ładnej czy nawet - moim zdaniem - przepięknej okolicy, choćby posiadając widok na rozległe pola na równinie, czy też nawet widok ze wzgórza na jezioro.
Do czego zmierzam? Chodzi mi o fakt, że piękne otoczenie mnie osobiście nastraja bardzo refleksyjnie i aż chciało by się tam mieszkać. A nie, moment, bo zaczynam się sam gubić w swoich rozważaniach. Dzisiaj miało być o technologii, która nas otacza i o pewnych pomysłach, by się z nią pogodzić na nowych zasadach. Po cóż jednak ten dom z pięknym widokiem na jezioro przez olbrzymie okno wspomniałem? Wyobraźcie sobie zatem, że oto mieszkamy w tak znakomitym domu z pięknym widokiem i co wieczór możemy oglądać zachód Słońca nad brzegiem jeziora, które ciepłym blaskiem oświetla nasz “living room”. Piękne. Po prostu marzenie. Spokojny, cichy wieczór się zbliża, w kominku wesoło trzaska ogień… i nagle to wszystko jest przerwane przez jakże znany odgłos najpopularniejszego polskiego komunikatora sygnalizujący nadejście nowej wiadomości. Hm, coś tu nie pasuje, prawda? Z jednej strony spokojna natura za oknem, z drugiej zakłócająca nam spokój technologia? No niestety, ale to jest rzeczywistość.
Co by tu ukrywać, jesteśmy, w dużej części, niewolnikami technologii. Ja to chyba już kiedyś pisałem, że mój odtwarzacz muzyki stale znajduje się gdzieś w pobliżu, a bez mojego PDA się z domu nie ruszam (z wyjątkami), podczas gdy jestem w domu to stale aktywny jest laptop - a w nim dwa komunikatory oraz - od niedawna - Witty, czyli program do śledzenia Twittera. Tak, jestem uzależniony od Twittera. Zdałem sobie z tego sprawę właśnie, co oczywiście znając życie nie spowoduje jakiegoś radykalnego kroku, ale być może ograniczenie. Choć i tak na przykład nie używam SMS-ów Twitterowych, odkąd zwróciłem uwagę, że jednak kosztują one więcej niż do Polski wysyłane (choć co ciekawe, mam wrażenie, że tak nie było!), a tenże aktualizuję głównie korzystając z jakiś przygodnych sieci Wi-Fi. Znów się zapędziłem, miało być o technologii, a ja tu o przygodnych kontaktach… technologicznych jednak przynajmniej…
Idźmy jednak dalej krokiem ograniczania technologii, a raczej ograniczania używania jej. Pojawił się w zeszłym roku pomysł na Shutdown Day. Dzień bez komputera tak ogólnie. Pomysł niczego sobie. Powiedzmy, że przez 24 godziny w roku akurat się świat nie skończy, a jeżeli nawet to ktoś nam to powie poza e-mailem. Ewentualnie pojawi się wizja, która nam o tym powie. Dlaczego by nie pójść jednak dalej? W portalu Onet.pl przypadkiem natknąłem się na artykuł “Lekkość bytu bez pulpitu”. Tutaj jest już pomysł posunięty dalej - bez technologii, bez telefonu, bez telewizora, bez komputera, raz w tygodniu. “Świecki szabat”.
Przesada? Być może. Ja jeszcze nie jestem taką ofiarą ery informacji, nie potrzebuję wiedzieć wszystkiego, a mój głód informacji o światowej sytuacji zaspokaja przeglądanie jednego portalu internetowego oraz “Fakty” w TVN o 19:00, czasami. Nie potrzebuję śledzić notowań giełdowych, a wracając po kilku dniach bez przeglądania poczty nie widzę w skrzynce 3000 nowych wiadomości, jak niektórzy (nie licząc spamu ;-)). Jednak z drugiej strony, jak wspomniałem, Twitter jest stale obecny w moim życiu, a przed komputerem spędzam - nawet w wolne dni - stanowczo za dużo czasu, jako że jest to dla mnie zarówno praca, jak i rozrywka (ostatnio namiętnie zagrywam się we “Frets on Fire” i mnie boli brawa ręka.).
Ale wiecie co? Pomysł mi się podoba. Można skupić się na poświęceniu większej ilości czasu nawet na myślenie o czymś, o jakiś planach. Ja mam najlepsze pomysły w głowie albo gdy rano wstaję z łózka, albo gdy leżę w wannie (stąd wanny będę bronił, prysznic to nie to!). Można nawet wyjść na spacer, czy też pobiegać - nawet gdy nie mieszka się nad brzegiem jeziora, a w środku miasta. Nie mogę doczekać się wiosny, takiej prawdziwej, bo chcę znów móc wsiąść na rower i gdzieś pojeździć. Podczas gdy obecna temperatura i ilość śniegu są zdecydowanym utrudnieniem.
Chyba po prostu czas się zatrzymać, pomyśleć, przemyśleć. I nie pędzić gdzieś dalej w pogoni za tą informacją, za tą techniką, może bez tego da się trochę przeżyć. Nie namawiam bynajmniej do całkowitego porzucenia rozwoju i zaszycia się w amiszowskim miasteczku, ale…
Warto zwrócić też uwagę, że ten jeden dzień bez komputera, to jest świetna dyscyplina dla umysłu.
Nawet jeżeli naprzeciwko Ciebie leży świeża płyta z Windows Server 2008, która aż czeka, by zostać zainstalowaną.
I możecie się śmiać, ale chyba nawet wieczór z puszką piwa przed telewizorem, oglądając ciekawy program w TV, jest lepsze niż kolejna godzina siedzenia na bezproduktywnych forach internetowych.
Permalink |
Windows Vista Service Pack 1
marzec 19, 2008, godzina 19:23 · Microsoft, Windows »
Wczoraj wieczorem został udostępniony pierwszy pakiet serwisowy (Service Pack 1) dla Windows Vista - póki co dla pięciu języków tylko (angielski, niemiecki, francuski, hiszpański i japoński, polski jak zwykle nie). Można go pobrać albo w liczącym około 450 MB pliku standalone albo zostanie sam pobrany przez Windows Update (choć u mnie się tam jeszcze dziś rano nie pojawiał - nie mam najmniejszego pojęcia dlaczego - jednak via WU ma tylko 65 MB dla wersji x86).
Zapowiadany z olbrzymią liczbą poprawek, nowych sterowników, miał uczynić system szybszym, lepszym, stabilniejszym i tak dalej i tak dalej. Głównie miał poprawić denerwujące problemy związane z kopiowaniem plików, zwłaszcza przez sieć.
Ja osobiście nie miałem problemów z kopiowaniem plików przez sieć, było to nawet szybsze niż przenoszenie z partycji na partycję. Niekiedy jednak były problemy przy plikach na dysku - ich przenoszenie do katalogu innego, tagowanie, czy nawet usuwanie powodowało, że pokazywał się komunikat o szacowaniu czasu operacji i szacowanie trwało i trwało… Ja sam mam także problemy z nagrywaniem płyt pod Vistą, a raczej z samym napędem DVD, który potrafi sobie z systemu “zniknąć” aż do czasu restartu. Dotychczas nie próbowałem tego naprawić aktualizacją BIOS czy czymś takim, używając napędu DVD na tyle rzadko, ze to nie przeszkadza.
Mój system ma już nieco ponad rok - przez ten czas przeżył instalację niezliczonych ilości oprogramowania, co sprawiło, że jego początkowa szybkość już nie jest nawet zbliżona do szybkości obecnej - co zadaje kłam stwierdzeniom, jakoby Vista pozbyła się problemu z zaśmieceniem rejestru i wolniejszą pracą przy długotrwałym używaniu. Gdzie tam, mój system, obecnie, po zainstalowaniu SP1 uruchamia się ponad dwie minuty (od naciśnięcia włącznika do uruchomienia ostatniego programu z autostartu), a kiedyś robił to w minutę (i to miał do tego 0,5 GB mniej pamięci RAM).
Sama instalacja Service Pack 1, z użyciem tego “Standalone” instalatora, trwała około godziny. Można było spokojnie od komputera odejść i wrócić po dłuższym czasie, gdzie przywitał system, który się nie różnił niczym na pierwszy rzut oka.

Na co zwróciłem uwagę? Na bardzo dziwne zachowanie mojej karty dźwiękowej, która zaczęła się przycinać i wyłączać. Włączała się gdy trzeba było jakiś dźwięk odtworzyć, a że trwało to moment, to na przykład powiadomienie w komunikatorze było spóźnione. Stało się to denerwujące, ale sprawę załatwił nowy sterownik do dźwięku, który był z sierpnia 2007 roku notabene. No cóż, ciekawe.
Zwróciłem uwagę też, że kopiowanie niewiele się zmieniło - nadal są wyraźne problemy gdy przenoszę obrazki, za to szybciej je system oznacza tagami.
Ciekawi mnie jak wygląda sprawa wydłużenia czasu pracy na baterii, czego jeszcze nie miałem okazji spróbować. Niewiele mi także pomogą usprawnienia w pracy w domenie Windows Server 2008, ani BitLocker czy Windows Media Center.
Ciekawe czy szybkość startu i zamykania się systemu się poprawi, może samo i wkrótce? Choć trochę w to nie wierzę…
Permalink |
Sztuka pisania oprogramowania. Wybór i redakcja Joel Spolsky.
marzec 16, 2008, godzina 14:58 · Książki »
Książka o takim tytule, wydana na początku zeszłego roku, wpadła w moje ręce przypadkiem. Przypadek ten polegał na tym, że wybierając książki do kupienia - bo skoro już kupuję książki informatyczne to lepiej kilka naraz niż jedną, natknąłem się na nią szukając innej książki - autorstwa samego pana Spolsky1.

“Sztuka pisania oprogramowania” to zbiór 29 esejów, wybranych i zapewne lubianych przez redaktora wybierającego, autorstwa kilkunastu autorów, wśród których są tak znane w świecie programistycznym osobistości jak Bruce Eckel czy Ron Jeffries, oraz garść mniej znanych - ale są to programiści, konsultanci, bloggerzy. Zresztą książka jest zbiorem tekstów, które już wcześniej ukazały się w Internecie - tutaj jednak są one w formie papierowej (to jest ważne, tak!), przetłumaczone i zebrane razem.
Czyta się przyjemnie - choć niektóre teksty są w mojej opinii okropne, to inne - nawet krótkie - wstawki są niekiedy naprawdę wciągająco napisane i świetnie opowiadają o niektórych elementach pracy programisty w wielkiej (lub mniejszej) korporacji. A moją ostatnią metodą na śmiech jest spojrzenie na Rozdział 2, i krótkie przedstawienie najgłupszego interfejsu użytkownika w historii, czyli psa szukającego w Windows XP i porównanie z Google (#).
Z jednej strony są żartobliwe wstawki, jak ta wyżej. Z drugiej - dyskusja o statycznej kontroli typów czy języku Processing. O pisaniu Worda dla Maków, ale i o tym jak wygląda praca Starbucks w oku programisty. A nawet “czego nas nauczyły flamewars” oraz “jak Microsoft przegrał wojnę o API”.
Możecie się śmiać, że na randce będziecie rozmawiać o tym, że oto jedno ostatnio przeczytało powieść Moniki Szwai “klub mało używanych dziewic”, a drugie - czyta eseje o programowaniu. Nie ma się z czego śmiać, świetna lektura i polecam - nawet dla odprężenia, ale i przemyśleń o paru sprawach. W końcu dlaczego informatycy mają czytać tylko takie opasłe tomiska jak “Introducing Windows Server 2008″ czy “Applications = Code + Markup”? Kawałek nieco luźniejszego tekstu, związanego z branżą, nie jest niczym złym, wręcz przeciwnie.
Zasłużona piątka w mojej opinii. Aż żal mi znów oceniać kolejną książkę tak wysoko.
[1] - na jednym z wykładów z przedmiotu “Inżynieria oprogramowania” została postawiona teza, iż dziadek tego pana wyemigrował do USA i tam został zapytany “Who are you?”, na co odpowiedział “Z Polski” i tak już zostało ;-)
Permalink |
Otoczony gadżetami
marzec 13, 2008, godzina 21:10 · Technologia »
Któregoś dnia, szukając informacji o sprzętach znanych jako Tablet PC (bo znikąd przyszła mi ochota taki nabyć, nie wiadomo po co), natrafiłem przypadkiem na forum amerykańskich studentów, używających właśnie tego typu komputerów jako środków do notowania na wykładach na przykład. Pomysł całkiem ciekawy, aczkolwiek ja osobiście chyba nadal bardziej wierny jestem papierowi i długopisowi w tej kwestii.
Jednak wśród różnorodnych dyskusji o wyższości Della nad Gatewayem, o aplikacjach Office OneNote, Windows Journal i innych, znalazła się także jedna, w której było wymieniane, cóż taki student, użytkownik Tablet PC, nosi ze sobą w torbie. To aż prosi się o wspomnienie, że była też taka blogowa zabawa, w której bloggerzy ujawniali zawartość swoich toreb/plecaków. Niestety - ja już nie pamiętam, kto brał w niej udział, i czy ja brałem w niej udział (pewnie nie). Ale nie o to mi chodzi.
Chodzi o fakt, że wśród osób w jakimś stopniu związanych z technologiami to ilość gadżetów różnej maści stale się zwiększa. O ile taki przeciętny człowiek to nie ma problemu, o tyle ktoś, kto jest gadżeciarzem, bądź za takiego chce uchodzić, ewentualnie mu to jest rzeczywiście wszystko potrzebne, to ma problemy. Choćby takie jak mała ilość kieszeni, oraz “macarena ritual” (sprawdzanie czy się wszystko wzięło mówiąc po ludzku). Laptop, palmtop, telefon komórkowy. Dodatkowe baterie, czy zasilacz. Kalkulator. Do tego trochę papieru, długopis, ołówek, linijka, cokolwiek. Już się robi za dużo… A gdy jeszcze, jako student, nosi się na przykład książki, zwłaszcza do chemii lub informatyki (z bliżej nieznanych powodów z moich doświadczeń te są najgrubsze) - to nie dziwi się takim słowom, jak ze wspominanego forum:
My backpack AT THE BEGINNING OF THIS SEMESTER weighed in at a hefty 34 lbs [15 kg - przyp. Ktos]
Metoda na likwidację wagi? No cóż. Eliminacja zbędnych elementów. Osoby używające Tablet PC wspominają, że lepiej jest mieć książki i materiały do zajęć w wersji elektronicznej, nie papierowej, co jest przede wszystkim lżejsze. Oczywiście, że podejście “paperless” nie jest dobre dla każdego (dla mnie na przykład nie), ale fakt jest faktem, że jeżeli już mamy tego tableta pracującego wiele godzin, to może on służyć jako podręczna pomoc naukowa.
Ja, może i nie cierpiąc na nadmiar wagi, cierpię raczej na zwiększającą się ilość gadżetów, niż ich masę. Nie noszę przeważnie laptopa na uczelnię, aczkolwiek mój palmtop i odtwarzacz jest raczej stałym elementem. Gdybym oprócz palmtopa miał jeszcze telefon komórkowy to była by to kolejna zajęta kieszeń. Wiele osób nosi też pendrive czy tego typu przenośne pamięci, niektórzy aparaty cyfrowe. A te z kolei mają różne formaty kart pamięci (palmtopy też), do których możemy mieć różnorodne czytniki. Są tacy, którzy mają przenośne konsole w rodzaju PlayStation Portable…
A co powiedzieć o niektórych, którzy mają więcej niż jeden komputer? A - już bardziej stacjonarne - mamy drukarkę, mamy skaner. Odtwarzacz DVD, nagrywarka z twardym dyskiem, wieża stereo… A jakby ktoś chciał grać w gry zarówno na Xboksa, jak i na PS3? Mam wrażenie, ze następuje ciągła dywersyfikacja (trudne słowo) gadżetów, ogólnie elektroniki, że coraz bardziej się zwiększa ich ilość… pozostaje zatem proste pytanie. Czego się pozbyć? A może przejść na urządzenia typu all-in-one? W przypadku urządzeń noszonych przy sobie podejście typu wszystko w jednym jest niezłe, ale powoduje problem jakim jest fakt, że tego typu sprzęty albo są do niczego, albo ich zasilanie jest po prostu beznadziejne.
Więc może lepsze będzie zatrzymać się, nie iść za modą, i nie korzystać z pojawiających się nowych elektronicznych sprzętów?
Permalink |
Microsoft Expression Web 2.0
marzec 6, 2008, godzina 22:42 · Beta, Expression Web Designer, Microsoft »
Ostatnio dużą część uwagi światka informatycznego przyciąga Microsoft. Z uwagi na to, że nagle pojawiło się kilka interesujących posunięć tej firmy. Z jednej strony - udostępnienie dokumentacji binarnych formatów plików Microsoft Office, z drugiej - informacja, że Internet Explorer 8 przechodzi test Acid2 oraz - wczoraj około godziny 20:00 naszego czasu - udostępnienie pierwszej wersji beta nowego Internet Explorera. Do tego doszło pojawienie się Singularity na CodePlex. Oraz fakt, na który mało kto zwrócił uwagę - pojawienie się wersji beta nowej wersji programów z pakietu Microsoft Expression.
Microsoft Expression to zestaw narzędzi dla projektantów aplikacji na platformę .NET oraz - co dla webmasterów najbardziej interesujące - między innymi Microsoft Expression Web, program do edycji stron. Nie mający już nic wspólnego z przestarzałym FrontPage, EW jest bardzo sprawnym narzędziem, w którym dużą uwagę przywiązano do kwestii standardów sieciowych.
16 maja 2006 pisałem o tym, jak pojawiła się pierwsza wersja CTP narzędzia Microsoft Expression Web. Dzisiaj, niecałe dwa lata po tym, pojawiła się pierwsza wersja beta Microsoft Expression Web w wersji drugiej.
Jakie są różnice? Nieznaczne. Po uruchomieniu obok siebie starszej i najnowszej wersji jedyną zauważalną różnicą jest to, że kolorystyka nowego EW jest utrzymana w ciemnych barwach i jest bardzo podobna np. do Expression Blend.

Menu są dokładnie takie same i zawierają dokładnie te same pozycje. Głębsze różnice kryją się we wnętrzu.
Jedną z najbardziej pożądanych cech dla Expression Web była by współpraca z PHP, oprócz ASP.NET. Czekaliśmy na to w wersji pierwszej, czekaliśmy na dodatki innych producentów… a teraz mamy wsparcie dla PHP w nowej wersji narzędzia. Gdzie “wsparcie” oznacza na razie ubogi IntelliSense (nie wspomaga programisty zbytnio, nie oferuje pokazywania zmiennych, nie wyświetla nawet funkcji użytkownika) oraz kolorowanie składni. Z drugiej strony - zawsze coś.


Co oprócz tego? Oprócz tego ulepszone zachowanie przy BOM, wreszcie go będzie można wyłączyć, wsparcie dla Silverlight 1.0, trochę ulepszeń w obsłudze ASP.NET (między innymi dodanie obsługi ASP.NET AJAX) i trochę drobniejszych poprawek.
Zapowiada się bardzo ciekawie, ale nie jest to jak widać zbytnia rewolucja - raczej powolna ewolucja pakietu i nawet nie był bym pewien czy zasługuje na miano nowej wersji (a tym bardziej o numerku o jeden większym). Póki co - 1.5 było by odpowiedniejsze.
Permalink |
Zły monopol, dobry monopol
luty 9, 2008, godzina 20:16 · Internet, Społeczeństwo »
Uczono mnie na ekonomii, że monopol jest zawsze złą sytuacją. Dla konsumentów rzecz jasna, bo dla monopolisty jest to sytuacja idealna. Że drogo, że nie ma innowacji, bo nie ma sensu ich wprowadzać. Że z monopolem trzeba walczyć. I stąd mamy różne urzędy antymonopolowe i różne pomysły w rodzaju podziału Microsoftu na przykład czy też skargi na zbytnią integrację Internet Explorera z Windows.
Ostatnio jest cały czas głośno o ofercie, jaką złożył Microsoft - o wykupieniu serwisu Yahoo. Ja - jako użytkownik Flickr - podobnie jak wielu innych mam mieszane odczucia w stosunku do tej propozycji, ale cały czas zauważam, że Flickr nie zmienił się zbytnio po przejęciu przez Yahoo - konieczność założenia ichniejszego konta mogę przeżyć. Gdybym z moim kontem na Flickr miał przenieść się teraz do Microsoft to nie było by też wielkiego problemu, bo Windows Live ID posiadam również (a swoją drogą to Microsoft ostatnio dołączył do OpenID Foundation - myślicie, ze Live ID, dawny .NET Passport, stanie się kompatybilny z OpenID?).
Wróćmy jednak do monopolu - wraz z różnorodnymi komentarzami na temat tego przejęcia, które wciąż nie doszło do skutku, pojawiają się między innymi takie, że Microsoft znów chce zmonopolizować rynek - a że w przypadku Internetu źle zaczął, to chce teraz się odegrać. Zwłaszcza na Google - i w związku z praktykami monopolistycznymi Google (są takie? coś mi się w sumie po głowie kołacze, ale nie potrafię wymienić chyba) - pojawiają sie komentarze “ja już wolę monopol Google niż Microsoftu”. A zatem czyżby istniał monopol będący dla użytkowników dobry? Czy gdyby któraś dystrybucja Linuksa, dajmy na to Ubuntu, miała monopol na rynku systemów operacyjnych, to czy też byłby to dobry monopol?
Najpierw rozważmy tego Google. Nie da się ukryć, ze walczy on z Microsoftem, i to tworząc produkty nieporównywalnie lepsze niekiedy, i wyprzedzając swojego konkurenta, i cały czas go dystansując. Do tego posiada bardzo ważną rzecz jaką jest przyjazna marka, bo Microsoft automatycznie kojarzy się ludziom ze złem “w krainie Redmond, gdzie zaległy cienie”, na co wpływ ma oczywiście historia postępowania tej firmy i średnio się zapowiada, by się cokolwiek miało zmienić. Google natomiast ma znacznie bardziej przyjazną markę, “Don’t be evil”, mimo iż to hasło już czasem przestaje obowiązywać. Do tego promocja otwartych rozwiązań (np. Firefoksa czy XMPP) i trochę świetnych aplikacji. Może to z tego ogólnego odbioru Google bierze się przekonanie, że ich monopol byłby czymś dobrym? Ja szczerze mówiąc - wątpię w to. Konkurencja - chcąc czy nie chcąc - napędza rynek. Najbardziej jaskrawym przykładem jest choćby Internet Explorer, który w momencie walki z Netscape Navigatorem (…a światłość wiekuista…) rozwijał się (i - moim zdaniem - w wersji 5/6 był znacząco lepszy niż Navigator 5/6), a potem stał się gnuśnym produktem, którego rozwój zatrzymał się po uzyskaniu monopolu na rynku przeglądarek internetowych. Czy gdyby doszło do monopolu Google to czy doszło by do tego samego? No cóż - obecnie mam wrażenie, że Google - jako swój sztandarowy produkt - się nie rozwija zbytnio. Ma znaczną przewagę zarówno nad Yahoo czy Live.com, ale nie widzę jakoś drastycznych zmian w funkcjonalności produktu, a Google samo zbacza w inne, dodatkowe usługi - Docs, GMail, Google Talk…
W przypadku hipotetycznego monopolu Ubuntu na rynku klienckich systemów operacyjnych już sytuacja mogła by być inna, bo siłą napędową projektów z rodzaju F/OSS jest społeczność. I to ona jest nastawiona na innowacje… ale moment - największymi ośrodkami innowacji obecnie nie jest społeczność, a korporacje - np. Apple. Czy ten Microsoft Research. Oczywiście nie twierdzę, że ruch wolnego oprogramowania tylko powiela pomysły podpatrzone u kogoś innego, bo chyba to przenikanie się pomysłów zachodzi w dwie strony - i wiele korporacji bierze i daje do ruchu tak zwanego WiOO naprawdę wiele.
Jednak spójrzmy na inną stronę - gdy jeden system ma zdecydowaną przewagę, to na niego jest tworzone “mainstreamowe” oprogramowanie. Jeden Linux - jeden format paczek, jeden system oficjalnie wspierany przez jakieś 3rd party firmy. Dla ludzi, którzy cenią sobie obecną różnorodność środowiska Linuksowego (bo to między innymi jest jego wielką siłą) to jest nie do przyjęcia.
Czy zatem może istnieć dobry monopol?
Permalink |
Warto pakować się w 802.11n?
styczeń 17, 2008, godzina 23:01 · Sieci bezprzewodowe, Technologia »
Zrobiłem w swoim życiu kilka błędów w dziedzinie kupowania elektroniki. W sumie jak dotąd nie kupiłem kompletnie beznadziejnego urządzenia, ale kupiłem rzeczy, które okazały się nie dość dobre - zwłaszcza po pewnym okresie użytkowania. Nie mogę sobie wybaczyć, że gdy kupowałem jakiś czas temu router to kupiłem wersję pozbawioną sieci bezprzewodowej. Dlaczego? Po pierwsze dlatego, że wtedy to jeszcze było tuż przed rozkwitem technologii Wi-Fi, więc urządzenie było droższe nieco (ale w sumie niewiele o ile pamiętam), za to z drugiej strony powiedziałem sobie “ale ja nie mam żadnego urządzenia obsługującego Wi-Fi, po co mi to?!”.
Dzisiaj posiadam trzy urządzenia mające łączność sieci bezprzewodowej w standardach 802.11b/g. I zastanawiam się nad kupnem routera bezprzewodowego, a raczej - i przewodowego i bezprzewodowego, który ma zastąpić mojego starego już D-Linka DI-504. Popatrzyłem trochę po sklepach komputerowych i stwierdzam, że coraz więcej urządzeń widać, które mają wsparcie dla póki co drafu technologii 802.11n. Czyli wykorzystującej MIMO wersji sieci bezprzewodowej, w której transfery mogą osiągać ponoć 180 Mb/s. To jest wielkość fajna, bo większa znacznie od tego, co oferuje używany przeze mnie Fast Ethernet, który zużywam czasami (rzadko to rzadko…) do granic wysycenia kabla sieciowego.
Dzisiaj rano gdy powiedziałem znajomemu o moich chęciach zakupu routera z obsługą “enki”, on zapytał: “a czy masz jakikolwiek sprzęt obsługujący 802.11n?”. Hm, czy nie przypomina to pytania które podałem na wstępie? Tak, nie mam żadnego urządzenia, które obsługiwało by 802.11n. Ale na szczęście ten standard jest kompatybilny wstecz, więc moje urządzenia (z których jedno chyba obsługuje tylko “b”) będą działać. Z drugiej strony można liczyć, że gdy wreszcie pojawi się finalna wersja standardu 802.11n, bo to co mamy na razie to draft, czyli szkic projektu, to pojawi się także aktualizacja firmware, dzięki której będzie można korzystać z ostatecznej wersji standardu sieci.
Jest jeden, mały problem. A raczej spory problem, jest nim cena sprzętu o którym myślę, czyli Linksys WRT350N. 500 PLN, podczas gdy urządzenie oparte o 802.11g i bez funkcji NAS można nabyć za znacznie mniej. Z jednej strony NAS to jest fajna sprawa (dysk podłączony przez USB posiadam, pudełka z samą funkcją NAS nie chciał bym kupić, a tutaj ten Linksys umie te udziały sieciowe udostępniać po SMB), a także nie chciał bym pewnego dnia się obudzić w świecie, gdzie każdy ma “n”.
Nie mam pomysłu, na razie może poczekam aż mój wypatrzony sprzęt stanieje, albo pojawi się coś podobnego u konkurencji…
Permalink |
« Poprzednia strona